
27Pablo – ekspat z kamerą i pytaniem o to, jak się żyje na portugalskiej prowincji
Nie każdy, kto przeprowadza się do Portugalii, zaczyna od Lizbony. Nie każdy zaczyna od w ogóle. Dla 27Pablo to miasto było początkiem, choć nie tym, który się potem wytrwale kontynuował. Miał tam swoją przeszłość – mieszkali w latach 2002–2005 – ale gdy rodzina po latach znowu zaczęła snuć marzenia o powrocie, stolica wydała się za droga, za gęsta, za pełna turystów i cieni dawnych wspomnień. Wtedy padło na coś innego: prowincja. Region Zachodni, gdzie czas płynie wolniej, a życie zakłada się jak nowy dom – od fundamentów, z otwartą przestrzenią i targiem otwartym 364 dni w roku.
To właśnie z tej przestrzeni, z tych lokalnych warzyw i średniowiecznych murów, wyrosła historia kanału 27Pablo. Nie był to projekt zaplanowany z rozmachem, raczej naturalny przelew z codzienności do narracji – mężczyzna z kamerą, ciekawość i pytanie: jak tu żyje się naprawdę? Jego pierwszy film, poświęcony Regionowi Zachodniemu, miał charakter zaproszenia – przemierzaliście wąskie uliczki Caldas da Rainha, robiliście zakupy na targu pod chmurką, piliście kawę w kafejce, którą nie trzeba reklamować, bo i tak ją znajdziesz. To nie był przewodnik, tylko spacer z sąsiadem, który wie, gdzie jest najlepszy kurczak i dlaczego zamek w Óbidos to nie tylko muzeum, ale miejsce, gdzie ludzie wciąż mieszkają, a urzęd skarbowy mieści się w średniowiecznej wieży.
Z czasem jego wędrówki zaczęły się rozszerzać, ale nie w kierunku miast, tylko w głąb – do wiosek, które tracą ludność, ale trzymają ducha. Tęsknota za przeszłością, jakiej nawet sam nie przeżył, pojawia się w jego głosie, gdy opowiada o Torrão, XVI-wiecznej wiosce, której mieszkańcy walczą z pustkami i apatia. To nie była tylko wizyta dziennikarska – to był odruch empatii, ciekawość, może nawet nadzieja, że coś takiego da się ocalić. Jego kamera nie ocenia, tylko obserwuje: stare kamienie, ciche uliczki, ludzi, którzy mówią cicho, ale z pasją.
W międzyczasie Pablo eksperymentował z formą. Raz prosił widzów o pomoc w wyborze plaży – nie po to, by wyłonić zwycięzcę, ale by opowiedzieć o rybołówstwie, o zarobkach z czterech dorad i o tym, że woda na zachodnim wybrzeżu rzeczywiście bywa zimna, ale to nie znaczy, że nie warto wejść. Inny raz zjeżdżał do Algarve, by pokazać, że prawdziwa Portugalia nie chowa się w turystycznych uliczkach, ale w prostych restauracjach, gdzie kuchnia żyje z dobrych składników, a nie z efektów specjalnych. A potem – niespodzianka: w Sardoal przypadkiem trafia na obiad z całym miastem. To nie był zaplanowany event, raczej jedna z tych sytuacji, które dzieją się tylko w miejscach, gdzie ludzie wciąż wychodzą na ulicę, by się spotkać, nie kierując się algorytmem, tylko instynktem wspólnoty.
Nie był jednak tylko optymistą. W jednym z najpopularniejszych filmów – tym z największą liczbą odtworzeń – pokazał ciemniejszą stronę życia ekspata. Trzy sytuacje, które wydawały się beznadziejne: załatwienia administracyjne, lokalne pułapki, momenty, gdy język, kultura i biurokracja łączą się w zespół, który wydaje się stworzony po to, by zniechęcić. To był film bez ironii, ale pełen autentyczności – może pierwszy, w którym nie zapraszał, tylko ostrzegał: tak, tu też bywa ciężko.
W tle jego opowieści pojawiają się ludzie, choć nie zawsze po imieniu. Są ci z Capinha de Óbidos – Svetlana, Diego, Marcio – ci, którzy przygotowują śniadanie w zabytkowym zamku. Jest profesor sztuki, który opowiedział mu o Torrão. Są sprzedawcy z targu, który przypomina warszawski Stadion X-lecia – miejsce pełne energii, chaosu i kurczaków. Ale też są ci, których nie widać już od dawna – nikt z rodziny, żadne wcześniejsze towarzystwo. Jego świat wydaje się coraz bardziej samotny, choć nie osamotniony – bo rozmawia z widzami, z mieszkańcami, z historią.
Jego historia nie toczy się po linii prostej. Zaczęła się od nostalgii, przeszła przez odkrywanie, eksperymenty z formą, by w końcu dotrzeć do momentu, w którym widać: nie chodzi już tylko o to, jak się żyje na prowincji, ale o to, jak się w niej wpisuje – jako obserwator, uczestnik, może nawet współtwórca. Jego największym sukcesem nie jest liczba subskrypcji, ale fakt, że utrzymał kanał przy życiu, mimo że każdy film ma tysiące, nie miliony odsłon. Jego największym potknięciem – jeśli w ogóle da się to tak nazwać – było zapewne to, że formuła czasem się powtarza: wizyta, spacer, opowieść, zaproszenie. Ale właśnie to nadaje mu charakter: nie jest to kanał dający sensację, tylko ciągłość.
Zniknęły tematy, które nie wytrzymały próby czasu – początkowe plany dotyczące Lizbony, marzenia o dużym mieście. Zniknęły też lokalizacje, które nie zostawiły śladu – Anadaluza, o której wspomina tylko jako o kontrhaście cen. Ostatnio nie widać też żadnych filmów z rodzinnymi wyjazdami, wspólnymi decyzjami – jego życie wydaje się coraz bardziej indywidualne, może nawet introspekcyjne.
A jednak wciąż chodzi po murach Óbidos, wciąż pyta, gdzie najlepsze śniadanie, wciąż szuka fontanny, która okazuje się być... no, sami zobaczcie. Wciąż mówi o Portugalii, ale coraz częściej – między wierszami – mówi o sobie.
To historia człowieka, który wrócił, by zrozumieć, co go przyciąga – kraj, czy może tylko to, kim się staje, gdy mieszka daleko od szumu.