Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

4 lata na rowerze

4 lata na rowerze
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżerowerludziekultura

4 lata na rowerze: opowieść o człowieku, który jechał, aż świat przestał go dziwić

Nie zaczynał jako żaden bohater z opowiadania. Nie miał nawet idealnego roweru, tylko bagaż, który przy pierwszych górach Tien Shan zdawał się ważyć całe życie, i kondycję biurową, która po pięćdziesięciu kilometrach zmuszała go do klęczenia na poboczu jak do modlitwy. Ale miał plan: cztery lata, sto krajów, jeden film z każdego. I tak w lipcu 2018 roku wyjechał z Polski, by objechać świat na rowerze, nieświadomy, że plan zostanie przekreślony przez wirus, a podróż — rozciągnięta jak gumka w upale, aż do piątego roku.

Na początku był Kirgistan, a raczej jego mroczne brzegi Pamiru, gdzie świat wyglądał jak Mars, a lokalni handlarze, widząc, że pyta o ceny, ale nie kupuje, zaczęli mu po prostu wciskać jedzenie do torby. „Czy ja ich wykorzystuję?” — zastanawiał się, marszcząc czoło przed kamerą, nie zdając sobie sprawy, że pytanie to będzie towarzyszyć mu przez całą podróż: czy to on korzysta z ludzi, czy to oni — z niego, jako przybysza z innego świata, który zatrzymuje się w ich życiu choćby na jedną noc. Jechał powoli, zatrzymywał się często, nie zawsze, by odpocząć, ale by dać przestrzeń przypadkowi. A przypadki — jak przypływy — napływały bez zapowiedzi.

W Tadżykistanie nagle pojawił się „nacionalnik” — mężczyzna w samochodzie, który chciał mu odkupić rower. Scena miała się zakończyć jak w gorszej wersji westernu, gdyby nie to, że ów groźny typ po prostu wyemitoł z prądem i został odwieziony do szpitala. W szpitalu, jak na zakończenie absurdu, znalazł kolejnego zaproszenia do domu. To był początek wzorca: nie bezpiecznie, ale dobrze. Otaczali go ludzie, których nie mógł zrozumieć, a którzy mimo to otwierali mu drzwi, kładli na talerz oczy barana, a potem śmiali się, gdy odmawiał. W Iranie, gdzie zaczynał się „arabski czas”, a ludzie pytali go „czy Iran jest dobry?”, a potem, nie zważając na zakaz, pili bimber w kryjówkach, przeistaczał się. Zaczynał wierzyć, że świat nie jest podzielony na „bezpieczne” i „niebezpieczne”, tylko na te miejsca, gdzie ludzie wierzą w gościnność, i te, gdzie zapomnieli.

W Pakistanie życie stało się inwazją — eskorty policyjne, opancerzone wozy, nocy spędzane na komisariatycznych łóżkach, suszone daktyle, rozmowy z milionerami, którzy zapraszali go po skróconej wizytówce. A potem, jakby to wszystko było tylko grą, pojawił się Irfan — znajomy z Londynu, z pierwszej pracy, który kiedyś jadł obiad rękami, a teraz był bogatym biznesmenem w Lahore. Spotkanie to było jak echo dawnej wersji samego siebie: człowieka z przeszłości, który jeszcze nie wybrał się na drogę, ale już w niej był.

W Indiach, po islamie, pojawił się strach — nie przed ludźmi, tylko przed tym, czy znajdzie miejsce na spoczynek. Ale znów, los był uprzejmy: aptekarz, który spał z nim w jednej izbie, ale jednocześnie — jakby to było możliwe — wyzwoliło go to z jakiejś więzi. „Jeśli się nie narodzi powtórnie, nie zobaczy królestwa Bożego” — mówił, cytując Jana, ale raczej miał na myśli, że każdy dzień na drodze to drugie narodziny. A potem, w pustyni Radżastanu, utknął w wydmach, aż pomogła mu karawana z wielbłądami. W tym momencie przestał się bać. Teraz już wiedział, że nie zgubi się, jeśli nie przestanie się zatrzymywać.

Jego filmowy świat rozwijał się niezależnie od statystyk. Większość jego filmów miała kilka tysięcy wyświetleń, ale #17 — Utknąłem na pustyni — zbliżył się do pięciu tysięcy, jakby widownia wyczuła, że to był przełom: kiedy po raz pierwszy naprawdę zaginął, a potem został uratowany przez przypadkowych ludzi. A potem #46 — Rowerem przez Singapur — spadł do poniżej tysiąca. Było to jak metafora: kiedy wjechał do cyfrowego, sterowanego miasta, ludzie przestali się zatrzymywać. Tam nie było już ani dziwnych zaproszeń, ani namiotów pod klasztorem, tylko chłodne szyby i bezosobowe hotele.

Z czasem zaczął unikać tematów, które kiedyś były centralne. Nie mówił już o polityce, konfliktach, religiach — tylko o ludziach. O tym, jak przesiadują się na motocyklu, jak piją whisky pod drzewem, jak ich dzieci patrzą na niego jak na kosmitę. Zniknęły też niektóre postacie. Irfan z Lahore nie pojawił się ponownie. Prezydent miasteczka w Radżastanie, który opłacił mu zakwaterowanie, przestał się pojawiać po jednym odcinku. Nawet ten irański milioner, który miał dom z wodospadem, zatonął w zapomnieniu. Ale pojawiły się inne: holenderska para w Indiach, Holenderzy, którzy nie uśmiechali się, ale dawali dach nad głową; były pułkownik w Kerali, który oferował nocleg „w jego miejscu”; milioner z Bali, który zaprosił go po spotkaniu na Tinderze — bo tak, czasem realia współczesności wdzierały się do tej niezwykłej podróży jak nieproszony gość.

W Australii, Nowej Zelandii, Afryce i Amerykach podróż trwała, ale coś się zmieniło. Jechał wolniej, mówił mniej, ale patrzył dłużej. Zaczął cenić namiot — coś, co kiedyś traktował z pogardą. Teraz, pod moskitierą w klasztorze, patrzył, jak mnich karmi ptaka, który przylatywał codziennie o tej samej godzinie. To było jego nowe miasto: nie wideo z milionem odsłon, ale ten jeden kadr.

Największym sukcesem nie było to, że trafił do Times of India, choć było to zabawne — że nazwali go „Brytyjczykiem”, a on z kolei zareagował jak zirytowany szlachcic: „Uważajcie, to ja się chowam przed waszymi artykułami”. Największym sukcesem było to, że po pięciu latach nadal jechał, że nie przestał, że nawet po tym, jak stracił rower na stacji kolejowej w Indiach, a potem odzyskał go jako zdemontowaną konstrukcję z workami przytwierdzonymi jak średniowieczny skarabeusz — nie rzucił wojny systemowi.

Jego największe potknięcie? Może to, że wierzył, iż wystarczy mieć plan. Albo że podróż zmieni go w świętobliwca. Ale najwyraźniej nie była to podróż ku doskonałości — tylko ku ludzkości. I choć kilka filmów miało za mało wyświetleń, by nazwać je viralowymi, a ostatni — #63 — Rowerem przez Indonezyjski Timor — zaledwie trzysta, to nie miało znaczenia. Bo w jednym z tych kadrów, w krańcu świata, spotkał chłopca, który miał ten sam „obłęd w oczach”. I wtedy zrozumiał, że nie był pierwszy. I nie będzie ostatni.

To była podróż, w której najważniejsze nie było to, gdzie dojechał, ale kto mu otworzył drzwi po drodze.