
Adrian z tuneli Vietkongu
Adrian nie mieszka w tunelach, nie był w nich jeszcze ani razu, a jego znajomość historii Wietkongu ogranicza się zapewne do tego, co przeczytał w podręczniku albo usłyszał w dokumentach. Nazwa jego kanału to żart, choćby po to, by przykuć uwagę, ale za tym clickbaitowym tytulem kryje się coś innego: historia Polaka, który zamiast wracać do domu po wyjeździe zarobkowym, zdecydował się zostać – nie w Niemczech, nie w Irlandii, ale w Saigonie, czyli Ho Chi Minh City, największym mieście Wietnamu. Tu, wśród huku motocykli, wilgotnego powietrza i zapachów ulicznych baraków, rozpoczął nowy rozdział – nie tylko życia, ale i narracji.
Zanim zaczął filmować, najprawdopodobniej zarabiał, jak wielu innych, pracując w systemie, który nie zostawia czasu na zastanawianie się, czy to, co się robi, ma sens. Ale potem coś się zmieniło. Może to był moment, gdy po raz pierwszy zobaczył, jak w sklepie spożywczym sprzedają opakowane kurcze łapki – nie jako odpady, ale jako przekąskę. Albo gdy pierwszy raz wszedł do Spanko i zrozumiał, że życie może mieć inny rytm, wolniejszy, ale ciągły – sklep otwarty całą dobę, kawa o trzeciej nad ranem, drzemka na ławce w rogu. W tamtym momencie coś pstryknęło. Zamiast tylko żyć w Wietnamie, postanowił pokazywać to życie – nie z perspektywy turysty, ale z pozycji kogoś, kto już się osiadł, przyjrzał, zaczął doceniać szczegóły.
Jego pierwsze filmy były ciche, nieśmiałe – zapowiedź kanału, test kurczych łapek, próba z wietnamską kaszanką. Nic wielkiego, niewiele widzów, ale widać, że Adrian nie filmuje dla zysku, tylko dla potrzeby opowiedzenia. Jego kamera nie ucieka przed obrzydliwością – pokazuje całą kurzą główkę, czarnego kurczaka, żołądek świnki – ale robi to spokojnie, bez przesady, z nutą ironii, jakby mówił: „Wiem, że to wygląda dziwnie, ale u nas też nie jest inaczej”. Tę samą lekką drwinę z siebie i otoczenia nosi w filmach o całodobowych sklepach, które w Polsce są stacjami benzynowymi, a tutaj – mini centrami życia. Wyraźnie polubił temat Spanko – wraca do niego dwa razy, jakby chciał powiedzieć, że to więcej niż sklep, to kultura.
Potem nagle – odwrót od narracji. Film z wietnamskiej szkoły podstawowej, zrobiony jak scenka z dnia powszedniego: dzieci, szum, ruch, żadnego komentarza. To nie jest materiał edukacyjny, to fragment życia, ujęty jak przypadkiem. I właśnie to zadziałało. Film zebrał ponad pół tysiąca odsłon – więcej niż wszystkie poprzednie razem. Widzowie chcieli więcej takich chwil: autentycznych, nieprzepieczonych, bez efektów specjalnych. Adrian nie przegapił sygnału. Wrócił z kolejnym hitem – żołądkiem świnki – i znowu zdobył uwagę, tym razem pokazując, że obrzydliwość zależy od kultury, a flaki w Polsce to nic innego jak flaczki po wietnamsku.
Ale to, co go naprawdę wyróżnia, to sposób patrzenia. Gdy robi spacerek po buddyjskiej świątyni, nie mówi ani słowa. Tylko obraz, mantry, cisza. Nie próbuje tłumaczyć, nie wymusza interpretacji. Daje przestrzeń. Potem pokazuje chaos instalacji elektrycznych – przewody wijące się jak węże po ścianach – i tylko uśmiecha się do kamery, jakby mówił: „no cóż, tak tu jest”. Dwa filmy o tym samym temacie – BHP w elektryce – wylądowały w jednym dniu, jakby Adrian nie mógł się zdecydować, który lepszy, albo po prostu chciał podkreślić, że to nie żart, tylko stan rzeczy.
Z czasem widać, jak jego kamera zmienia cel. Początkowo skupiona na jedzeniu, na szoku kulturowym, przechodzi do obserwacji codzienności – ulic zalanych w porze deszczowej, dzieci bawiących się w nowej rzece, minivanów Kia Carnival, które dominują na ulicach. Jego ulubiony temat – transport, sklepy, bezpieczeństwo – staje się przewodnim wątkiem. Znikają natomiast próby kulinarne, które początkowo wydawały się centralne. Adrian jakby przestał się bać, że jego kanał musi być o jedzeniu. Teraz pokazuje życie – całe, nieupiększone, czasem niebezpieczne, ale zawsze ciekawe.
W tle jego historii nie ma osób. Nikt się nie pojawia regularnie – ani partnerka, ani przyjaciele, ani rodzina. To historia jednostki, obserwatora, który trzyma się na dystans. Ale nie dlatego, że jest oschły – raczej dlatego, że nie potrzebuje współgrania. Jego kamera to jego głos, a miasto – jego scena. Choć nie mówi o tym, widać, że zaczyna czuć się tu jak w domu. Inaczej nie filmowałby spaceru po świątyni z taką uwagą, inaczej nie wracałby do tego samego sklepu, nie badałby różnic między czarnym a białym kurczakiem.
Największym sukcesem Adriański stała się odsłona o minivanie Kia Carnival – ponad 600 wyświetleń, rekord kanału. To nie jest nic spektakularnego – zwykły opis popularnego samochodu – ale pokazuje, że jego widzowie ufają mu nie tylko w kwestiach egzotyki, ale i rzeczy codziennych. Adrian stał się przewodnikiem nie po to, by zachęcać do podróży, ale by pomóc zrozumieć, jak to się żyje gdzie indziej.
Były i chwile, gdy kamera milczała – po filmie o Kia Carnival nie było nowych materiałów przez ponad miesiąc. Może to przerwa, może koniec. A może tylko pauza, by się zastanowić, co dalej. Bo widać, że Adrian rośnie – od zapowiedzi kanału do spokojnej refleksji nad kulturą, od prób z jedzeniem do analizy systemu, w którym żyje.
Adrian z tuneli Vietkongu to Polak, który nie uciekł od siebie, ale znalazł nowe miejsce, by być sobą – cicho, uważnie, z humorem i kamerą w ręku.