Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Afrykańskie Wyzwanie

Afrykańskie Wyzwanie
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróże

Afrykańskie Wyzwanie

Kim są twórcy

To nie był jeden, ale trzej mężczyźni, których połączyła pasja do motocykli i jeszcze większa ochota do rzucania się w nieznane. Patryk, Miłosz i Dawid – imiona pojawiające się w filmach niemal jak podpis pod dziełem – wyruszyli z Polski, by pokonać Afrykę na dwóch motocyklach: legendarnym Suzuki Hayabusa, stworzonym do szosy i prędkości, oraz niezawodnym Suzuki DRZ400, który raczej nie bał się błota, piachu ani braku drogi. Ich wyprawa nie była eksperymentem technicznym, ale życiowym – trzej ziomkowie, trzy osobowości, trzy pary oczu patrzące na ten sam kontynent i widzące w nim coś innego: czasem chaos, czasem piękno, a zawsze porządek w bałaganie.

Przebywają obecnie w Republice Konga, w samym sercu kontynentu, choć nie zawsze było to zaplanowane. Afryka, jak się okazuje, nie słucha planów, ale oni i tak się tu znaleźli – pomiędzy dżunglą, korkami i nieludzkim upałem, gdzie hotel może zabronić dwóm mężczyznom pokoju, ale trójce pozwoli spać we dwójkach, tylko po to, by nie przekraczać miejscowych zasad.

Czym zajmowali się wcześniej

Zanim stali się podróżnikami, byli tylko zwykłymi facetami z Polski – motocyklistami, którzy pewnego dnia zamiast jeździć do domu po pracy, zdecydowali się wyruszyć w stronę miejsca, które na mapie nazywa się Przylądkiem Dobrej Nadziei. Co ich łączyło? Motocyklowa pasja, ale nie zawód, nie nazwa firmy. Ich przeszłość nie jest wyeksponowana – nie mówią o pracy, nie chwalą się kariery, nie mają oficjalnych biur czy kampanii reklamowych. Są tylko ekipą, która wsiadła na motocykle i po prostu pojechała.

Chronologia: podróż, która nie chciała się skończyć

W listopadzie 2023 roku z Gambii ruszyli w stronę Ziguinchor, by w 15 minut zdobyć wizę do Gwinei Bissau za 30 euro – tyle kosztowało zaryzykować pierwszy etap. Początek był niezręczny: asfalt zmieniał się w piasek, piasek w błoto, a Hayabusa, stworzona do lotniskowych prostych, nagle znalazła się w sytuacji, w której jej przyczepność była problematyczna. Pierwsze upadki, pierwsze strachy, pierwsze sekundy, gdy światła zgasły w ciemnościach Gwinei Bissau. Ale byli żarliwi. I jechali dalej.

W dżungli Gwinei Bissau utknęli w błocie, a lokalni mieszkańcy najpierw chcieli 50 euro za wyprzucenie motocykli, zanim doszli do porozumienia. To był początek – moment, w którym zrozumieli, że Afryka nie daje się przejechać tylko dzięki silnikowi. Trzeba negocjować, uśmiechać się, czasem płacić. Potem była przeprawa przez rzekę na łódce, przemoczony nocleg w wiosce, walka z odłączającym się filtrem paliwa. Hayabusa, która miała się przewozić jak tytan, nagle stała się ciężką, wadliwą maszyną w ręku człowieka, który nie ma drugiego planu.

Ale oni nie mieli planu B. Było tylko „dalej”. Z Gwinei do Sierra Leone – piękne wybrzeża, plaże, tanczona z miejscowymi kobietami na stacji benzynowej. Z Sierra Leone do Liberii – chaos Monrovii, gdzie ulice przypominały targowisko, a policja była bardziej pomocna niż straszna. Potem Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie drogi były jak stół, ale monotonia zaczęła być nudna. Aż pojawił się problem – gwoździe w oponach. Jeden w Hayabusie, dwa w DRZ400. I pomoc: mężczyzna przypominający Pudzianowskiego, który naprawił to za grosze i uśmiech. Moment, w którym Afryka dała im znak: nie jesteście sami.

Następnie Ghana. Tam Dawid zgubił buty z otwierającego się kufra. Tam spotkali Polaka Jarka, który był jak bóg ratunku na granicy Togo. Tam mieli awarię akumulatora, pluskwy i cudowną pomoc hotelowego personelu, który załatwił im lekarza i leki. Tam spotkali innych polskich motocyklistów – braterstwo kółek i hełmów. A potem kolejny przełom: załadowanie motocykli na łódź rybacką w Nigerii, by przepłynąć zimne, niebezpieczne wody Zatoki Gwinejskiej do Kamerunu. To była chwila, w której przestali być tylko podróżnikami – stali się uchodźcami wyobraźni, ludźmi w drodze, którzy nie wiedzieli, czy sięgną brzegu.

W Kamerunie czekały ich kolejne wyzwania: deszcz, błoto, policja, hotelowe absurdy, akumulator puchnący jak balon. DRZ400 odmówił posłuszeństwa – tłok trafił w zawory, silnik stanął. W samym środku Konga, gdzie nie ma warsztatów, tylko ludzi. I właśnie ludzie im pomogli – najpierw Niemcy z ciężarówką-kamperem, którzy zabrali motocykl, potem lokalny mechanik, który szlifował tłok szlifierką kątową, jakby to było coś normalnego. A na końcu – spotkanie z Polakiem, @swirek78, który przypadkiem okazał się w Brazzaville i bez wahania przyjechał im pomóc, jakby to było jego obowiązkiem.

Co się zmieniło?

Początkowo byli tylko trójką paradowzącą przez Afrykę na dwóch motocyklach. Potem zaczęli doświadczać rzeczywistości – upadków, aukcji, chorób, awarii. Ich wyprawa przestała być tylko o jazdzie – stała się o przetrwaniu. Z czasem filmika z drogi przemieniły się w opowieść o ludziach: o policjantce Francisce, o miejscowych dzieciach śpiewających „Barkę”, o Niemcach, którzy nie patrzyli na kolor paszportu, tylko na potrzebę.

Zniknęły tematy, które mogłyby być oczywiste – opisy techniczne, luksusowe hotelowe przeżycia, miękkie narracje o pięknie. Zamiast tego pojawiły się pluskwy, kanistry z paliwem, brak prądu, a nawet hotelowe zakazy spółżycia. Afryka była przedstawiana tak, jak jest – bez cenzury, ale i bez upiększania. I to właśnie było zmieniło: nie oni zmienili się, tylko ich sposób opowiadania.

Kto był, a kogo już nie ma?

Zawsze byli trzej – Patryk, Miłosz, Dawid. Ale pojawiły się twarze, które zniknęły po drodze: księża z Don Bosco, którzy przygarnęli ich w Freetown, Polak Jarosław, który ratował sytuację na granicy, lokalni mechanicy, których imion nie znał nikt poza wioską. A jednak pozostali w opowieści – jako wspomnienia, pomocnicy, ludzie, którzy sprawili, że Afryka nie była tylko przeszkodą, ale środowiskiem.

Sukcesy i potknięcia

Największym sukcesem było dotarcie do równika na motocyklach, których nikt nie powierzyłby takiej podróży. Hayabusa – maszyna szosowa – przeszła przez błoto, wodę, piach. To jak wozić linijkę na wędkę. I mimo to – przejechała tysiące kilometrów. Kolejnym sukcesem było spotkanie z innymi Polakami – dowód, że braterstwo na drodze nie zna granic.

Potknięcia? Tyle, że trudno je policzyć. Przewrócona Hayabusa, zgubione buty, przebite opony, pluskwy, brak paliwa, awarie. Ale najtragiczniejszą była chyba awaria DRZ400 – moment, w którym mogli zakończyć wyprawę. Zamiast tego – szlifierka kątowa i wiarę w ludzi.

Filmy o największej oglądalności

Nie były to odcinki z najpiękniejszych krajobrazów, ale te z największym dramatem. „Piasek w oczach” – film o jazdzie motocyklem przez trzy osoby – zebrał ponad 13 tysięcy widoków. „Suzuki Hayabusa offroad” – ponad 11 tysięcy. „Wyprawa motocyklowa! Motorem przez rzekę” – ponad 10 tysięcy. Ludzie chcieli widzieć nie piękno, ale chaos – to, co się może zepsuć, upaść, przegiąć.

Zakończenie

To była historia o trzech mężczyznach, którzy wsiadli na motocykły, by pokonać Afrykę, ale w rzeczywistości pokonali tylko siebie – swoje strachy, uprzedzenia i złudzenie kontroli.