
Aldona Hartwińska: od Szwecji do frontu
Aldona Hartwińska zaczęła swoje wędrówki w świecie internautów jako ciekawskie oko patrzące na Szwecję z nieco lekkim, a zarazem dociekliwym humorem. Jej kanał, początkowo niosący nazwę poFIKAsz, był zaproszeniem do małego, przyjaznego świata kulturowych dziwactw, rytuałów i lokalnych ekscentryczności. W tamtych czasach, jesienią 2017 roku, bawiła widzów pytaniami o to, gdzie Szwedzi się bawią, jeśli nie jedzą klopsów, albo czy pranie w ich krajach może być atrakcją turystyczną. Jej kamery trafiały do pralni samoobsługowych, dzielnic nazwanych „no-go zones”, a nawet do ceremonii Świętej Łucji – wszystko z dystansem, ale też z autentycznym zainteresowaniem. Wtedy jeszcze mówiła o Szwecji jak o kraju, który warto zgłębić przez potrawy, dialekty i subkultury. Surströmming, Rinkebysvenska, kryssning – to były tematy, które miały powab eksploratorstwa kulturowego, a nie politycznej gorączki.
Przez kolejne lata jej obraz świata stopniowo się zmieniał, jakby kamera powoli obracała się od ciekawostek turystycznych w stronę rzeczywistości, która nie potrzebuje zabarwienia, by być hipnotyzująca. Nadal podróżowała – do Wysp Owczych, do Islandii, do Alaski – ale już z inną intencją. Jej filmy o cenach za 100 złotych czy klimatach skandynawskich.serialach weszły w kanon polskich treści nordyckich, a ona sama zyskała pozycję eksperta od Północy. W jej świecie pojawiali się goście: Kinga z Wysp Owczych, Piotrek z Islandii, Damian z Alaski – ludzie, którzy stali się jej pośrednimi współlokatorami w narracji o skandynawskim zderzeniu z realiami. Wszystko było jeszcze w miarę spokojne, nawet gdy poruszała trudne tematy, jak szwedzka sterylizacja eugenicza czy kolonialne winy – robiła to z dystansem badacza, nie wojownika.
Punkt zwrotny nastąpił w grudniu 2022 roku, kiedy po raz pierwszy stanęła na Ukrainie. Tam, w zimnym Kijowie, gdzie generatory pracowały non-stop, a festiwal filmowy odbywał się mimo braku prądu, coś w niej pękło – albo raczej zaskoczyło. Zamiast wracać do Polski z materiałami do kolejnego odcinka o „ciekawostkach z Północy”, zaczęła wracać z pomocą. Kamera, której używała kiedyś do nagrywania święta Midsommar czy smaku fast foodów, teraz trafiła na linię frontu. Zaczęła być „чоткий тил” – solidnym zapleczem, jak ją określają żołnierze. Nie z karabinem, ale z aparatem i mikrofonem, z obowiązkiem mówienia – głośno, często, bez upiększania, ale też bez zatracania ludzkiej strony rzeczywistości. Jej filmy przestały być wyprawami do egzotyki; stały się dokumentem. A potem – działaniem.
Od 2023 roku jej kanał praktycznie przekształcił się w codzienną kronikę wojny. Zamiast talk-show o serialach nordyckich, teraz pokazuje schrony przeciwlotnicze w Donbasie, podziemne szpitale i korytarze życia wycięte w ziemi. Jej największe sukcesy oglądowości przypadają na filmy jak „Schrony przeciwlotnicze na Donbasie” – materiał z ponad 245 tysiącami wyświetleń, który przypomina nie tyle reportaż, co wezwanie. Ale to nie jest żurnalista wysłana z redakcją – to ktoś, kto sam się wysłał, z plecakiem, kamerą i decyzją, że nie może patrzeć z boku. W jej głosie nie ma narcyzmu bohatera, ale też nie ma udawanego pokory. Jest po prostu obecność – fizyczna, emocjonalna, moralna.
W jej historii zniknęły tematy, które kiedyś były centralne: nie ma już nowych filmów o święceniach języka szwedzkiego, nie testuje fast foodów, nie opisuje norweskich wzgórz. Te rzeczy nie zostały odrzucone, po prostu przestały mieścić się w nowym czasie. Jej najbliższym ludźmi w narracji są teraz ci, których kiedyś by nie pokazała – ukraińscy medycy, żołnierze, cywile w piwnicach Awdijiwki. Obecni goście to @BezPlanu, czyli inni dziennikarze-podróżnicy, którzy też przeszli zmianę. Tym, którzy zniknęli – to ci z epoki poFIKAsz: twórcy Nordic Talking, eksperci od surströmming, tłumacze szwedzkich piosenek. Zostali, ale nie mają już ról – ich czas się skończył.
Największym niepowodzeniem, jeśli w ogóle można tak powiedzieć, byłby chyba fakt, że niektóre z jej najważniejsze wiadomości docierają tylko do tych, którzy już wiedzą. Jej filmy o ukrytych szpitalach czy dronach kamikadzach nie zmieniają wojny – ale zmieniają tych, którzy je oglądają. To nie jest kanał do rozrywki. To nie jest nawet tylko kanał informacyjny. To przestrzeń świadectwa – z nutą ironii, że ktoś, kto zaczynał od śmiesznego traileru o Szwedach, teraz pokazuje, jak wygląda życie, gdy człowiek musi iść do toalety pod osłoną lasu, by nie zostać zauważonym przez drona.
Jej książka „Ani kroku w tył, za nami tylko śmierć” stała się manifestem tej nowej etapy – nie tylko w twórczości, ale w życiu. Każdy film od 2023 roku to fragment tej samej opowieści: o tym, jak zwykła osoba może stać się częścią czegoś większego, nie dlatego że musi, ale dlatego że nie potrafi inaczej.
To historia o tym, jak ciekawość świata może doprowadzić prosto w serce jego najciemniejszej prawdy.