
Antoni Ptuszkiewicz: podróżnik między wojną a widokami
Antoni Ptuszkiewicz to mężczyzna, który zamiast biurka wybrał drogę, zamiast krawatu — plecak, a zamiast rutyny — nieprzewidywalność świata. Kiedyś był prezenterem telewizyjnym, człowiekiem ekranu, który mówił do widzów z poziomu studia, teraz mówi z wnętrza świata — z gór, pustyni, wulkanów i miast walczących o przetrwanie. Jego kanał YouTube to nie tylko relacja z podróży, ale i dokument zmian — nie tylko geograficznych, ale i osobistych, wymuszonych przez historię, którą nie można było zaplanować.
Początkowo Antoni przedstawiał się jako ukraiński filmowiec podróżniczy, człowiek, który przez lata przemierzał kontynenty, zbierając kadry z 68 krajów. Jego marzenie było proste: pokazywać świat takim, jakim go widzi — pięknym, różnorodnym, pełnym historii wartych opowiedzenia. Ale wiosną 2022 roku świat, który miał opowiadać, zmienił się radykalnie. Wojna w Ukrainie nie tylko przerwała jego plany podróżnicze, ale całkowicie odmieniła sens jego twórczości. Zamiast wyruszać w dalekie kraje, został we własnym, teraz już nie tylko ojczyźnie, ale też polem walki i oporu.
Pierwsze filmy z tego okresu były jak sygnały z oblężonego Kijowa. Antoni, mimo że wcześniej był podróżnikiem, nie uciekł — wrócił. Spędził w stolicy kilka dni, obserwując, jak miasto żyje pod ostrzałem, jak ludzie organizują się w wolontariat, jak codzienność miesza się z heroizmem. Jego film o życiu Kijowa pod rosyjskim oblężeniem nie był tylko reportażem — był przesłaniem. To wtedy zaczęła się nowa era jego twórczości: nie podróżnik, który opowiada o dalekich krajach, ale człowiek z Ukrainy, który mówi światu, co się dzieje w jego kraju. Wtedy też po raz pierwszy pojawiły się apele o pomoc — linki do fundacji, kont bankowych, inicjatyw wolontariackich. Kamera stała się narzędziem solidarności.
Wkrótce pojawił się Patron — pies do wykrywania bomb, który stał się symbolem odwagi ukraińskich saperów. Antoni nie tylko opowiedział o nim, ale zorganizował zbiórkę dla rodzin poległych i rannych. Jego głos, dotąd znany z opowieści o krajobrazach, zaczął brzmieć inaczej — poważniej, bezpośredniej. To była podróż, której nie zaplanował: w głąb rzeczywistości wojennej, wśród ludzi, którzy zamiast karier zawodowych postanowili bronić swojego kraju. Modelki, fizycy, menedżerowie cybersportu — stali się wolontariuszami. A Antoni — ich opowiadaczem.
Ale nawet wtedy nie przestał marzyć o podróżach. W jednym z filmów, mówiąc do polskiej publiczności, obiecywał, że kiedyś pokaże Norwegię, Szwajcarię, Emiraty. I rzeczywiście — obietnica została spełniona. Gdy sytuacja na linii frontu pozwoliła, Antoni znów wsiadł do samochodu, włączył kamerę i ruszył. Najpierw do Norwegii — kraju, który zrobił na nim takie wrażenie, że nazwał go miejscem, które „nie ma sobie równych”. Potem Japonia, gdzie fascynował się kapsułowymi hotelami i kulturą kolejkową. Szwecja, z jej tajemniczym „lagom” — pojęciem między nadmiarem a niedoborem. Australia, z jej hipnotyzującą scenerią. Szwajcaria, z jej idealnymi drogami i jeszcze bardziej idealnymi Alpami.
Jego filmy stawały się coraz bardziej rozbudowane — „duże odcinki”, jak je nazywał — pełne szczegółów o cenach, noclegach, kuchni, jakości życia. Ale za każdym razem pojawiał się ten sam motyw: nie tylko pokazywanie, ale też zastanawianie się. Dlaczego ludzie w Szwecji są szczęśliwsi? Czy Szwajcaria to kraj prawie idealny? Co czyni Dubaj miastem bogatych marzeń? Antoni nie był tylko obserwatorem — był pytającym. I właśnie to uczyniło jego twórczość ciekawą: nie pokazywał tylko pięknych miejsc, ale próbował zrozumieć, dlaczego są takie, jakie są.
Z czasem jego podróżniczy kalendarz stał się prawie nieprzerwany. Kanada, Nowa Zelandia, Islandia, Bali, Wyspy Owcze, Hawaje, Arabia Saudyjska — kraje, które jeszcze kilka lat wcześniej byłyby nieosiągalne dla zwykłego turysty, teraz stały się jego sceną. Nawet rejs po Karaibach, choć był doświadczeniem luksusowym, został opowiedziany z dystansem — jako recenzja, ale też refleksja nad turystyką masową. A potem Svalbard — miejsce na krawędzi świata, gdzie lodowce są bliżej niż sklepy, a człowiek musi liczyć się z warunkami ekstremalnymi. Tam, na skraju Arktyki, Antoni pokazał, że nawet w najdalszych zakątkach można znaleźć sens — i piękno.
Ale nie wszystko było tylko o dalekich wyprawach. W 2025 roku, po serii filmów z całego świata, nagle pojawił się powrót. Film z ukraińskich Karpat — dziesięć dni w dzikiej naturze, bez turystów, z dronem, statywem i burzą. To był film inny — cichszy, kontemplacyjny, pełen pauz i dźwięków wiatru. Antoni wspomniał wtedy o Craigu Adamsie, kanadyjskim twórcy, który słynie z minimalistycznych, medytacyjnych filmów o naturze. To było wyznanie: że po latach szybkich montaży i dynamicznych narracji, szuka teraz spokoju. I znalazł go w górach, na połoninach, wśród owiec i opuszczonych stacji radarowych.
Ten film — „Cicha wędrówka po Karpatach Ukraińskich” — był jak przełom. Nie tylko formy, ale i treści. Antoni wyznał, że nagrał go po to, by poradzić sobie ze stresem. Że to pierwszy film od wybuchu wojny, który nie mówi o oblężeniach, frontach, ani o zbiórkach. Mówi o oddechu. O ciszy. O możliwości bycia w swoim kraju bez strachu. To było potwierdzenie: że nawet w czasie wojny można szukać piękna. I że podróż może być nie tylko ucieczką, ale też uzdrowieniem.
Wśród tych wszystkich filmów, jedne wyróżniają się oglądalnością — te o Czarnobylu, Norwegii, Australii czy Nowej Zelandii. To właśnie one przyciągnęły największe grono widzów, być może dlatego, że łączyły ekstremalne lokalizacje z ciekawostkami życia codziennego. Ale najważniejsze były te, które pokazywały zmianę — nie kraju, ale człowieka. Antoni przeszedł drogę od blogera, który pokazuje świat, do świadka, który opowiada o wojnie, a potem z powrotem do podróżnika, który szuka spokoju wśród gór. I choć w jego filmach nie ma już tak często apeli o pomoc, choć zniknęły postacie z czasów wojennych — wolontariusze, saperzy, uchodźcy — to wciąż gdzieś tam, w tle, słychać echo tego, co było.
Jego najbliżsi współpracownicy? Trudno powiedzieć, bo Antoni działa sam — z kamerą, dronem, statywem. Tylko raz wspomniał o przyjaciółce Maszy w Japonii, tylko raz o Craigu Adamsie jako inspiracji. Reszta to on i świat. Ale widać, że nie jest sam — tysiące widzów towarzyszy mu w każdej podróży, a on dziękuje im, jakby to była rodzina.
Były też potknięcia. Kiedyś w Karpatach burza uszkodziła sprzęt. Inny raz wulkan Kīlauea przerwał planowaną trasę. Ale Antoni nie narzekał — opowiadał o tym z humorem, z ciekawością. To nie były porażki, tylko części przygody. A największym sukcesem nie była liczba subskrypcji, ale to, że nadal tworzy — pomimo wojny, zmęczenia, zmieniającego się świata.
Jego ostatnie filmy — o Azorach, Black Rock City, Wielkiej Rafie Koralowej — pokazują człowieka, który nie przestał się dziwić. Nawet po 68 krajach, nawet po wszystkim, co przeżył, wciąż ma ochotę pokazywać świat. I robi to nie z ambicji, ale z pasji. Z potrzeby dzielenia się tym, co widzi.
Antoni Ptuszkiewicz to historia człowieka, który podróżował po świecie, aż świat przyszedł do niego — i od tego momentu jego podróż nabrała głębszego sensu.