
Bartłomiej Mielcarek: podróżnik z kamerą
Bartłomiej Mielcarek to człowiek, który najwyraźniej nie potrafi dłużej siedzieć w jednym miejscu — albo przynajmniej tak sugeruje jego kanał, który zaczyna się od lokalnych jarmarków w Jaworze i w mgnieniu oka przenosi widza na plaże Bali, do klimatów tropikalnych Filipin, a potem wprost na wygasłe wulkany Panamy. Jego historia nie toczy się po linii prostej, lecz wijąco, jak tropikalna ścieżka wśród paproci — czasem prowadzi do miast, czasem do wysp, a zawsze z kamerą w ręku i nieco sceptycznym uśmiechem na ustach.
Początkowo wydaje się, że Bartłomiej to Polak o ziemskich korzeniach, który lubi spacerować po małych miastach Dolnego Śląska — Jawor, Walim — miejsca, które nie kojarzą się z dalekosiężnymi wyprawami, ale raczej z chlebem, jarmarkami i ostatnimi chwilami ciepłego lata. To jednak tylko spokojny wstęp do tego, co ma nadejść. Bo już w grudniu 2016 roku, jakby ktoś nagle przekręcił gałkę na maksimum, pojawia się Madryt, potem Budapeszt, a zaraz po tym — lotnisko w Pekinie, Hongkong, Macau, i w końcu Bali, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda. Wygląda na to, że gdzieś między jesienią a zimą 2016 roku Bartłomiej po prostu wstał, spakował walizkę i postanowił, że Europa to za mało.
Jego pierwsze dni na Bali to mieszanka zachwytu i dezorientacji — 30 stopni w cieniu, hinduskie ceremonie, kawa luwak i masaż, który najwyraźniej pomógł mu odnaleźć się w nowym świecie. Ale to nie tylko relacje turystyczne — w jego narracji czai się delikatna ironia, jakby zawsze patrzył na to wszystko z dystansem: „szkoda, że to pora deszczowa”, „czy choć na chwilę poczujesz klimat Święta Bożego Narodzenia w Macau?”, „uratowane spodnie” — to nie są typowe zwroty podróżnika z przewodnika, to raczej komentarze przyjaciela, który właśnie wrócił z wakacji i opowiada przy piwie, co się wydarzyło.
Z Bali udaje się na Filipiny — długie dni w drodze, smog w Manili, walki kogutów w El Nido, wycieczki po wyspach i zjazdy na zip line’ie. Jego opowieści nabierają tempa, jakby każde miejsce było szybsze od poprzedniego. A potem — powrót do Hiszpanii, gdzie nagle wszystko zwalnia. Fiesta w małym miasteczku, paella gotowana wspólnie przez całą dzielnicę, spacer po ulicach, gdzie ludzie rozmawiają, śmieją się, żyją. Bartłomiej wyraźnie tęskni za takim klimatem — za wspólnotą, która w Polsce, jak sam zauważa, wydaje się zagubiona.
W 2017 roku odkrywa Maderę — całą serię filmów poświęca tej portugalskiej wyspie, jakby chciał dokładnie wszystko zobaczyć: od stolicy Funchal, przez klify i ryby, po najdłuższe schody ruchome w Europie i restauracje na skałach. To nie są przypadkowe wypadki — to metodyczne eksplorowanie, jakby chciał zapisać każdy zakątek świata, zanim ktoś inny to zrobi. A potem znów Hiszpania — Alhambra w Granadzie, Sewilla, kulturowe mieszanki, meczety i katedry, miasta, gdzie czas zdaje się zatrzymać.
W 2018 roku pojawia się brat Michał — wspólna podróż do Izraela, Jerozolima, Masada, Morze Martwe. To jedyna chwila, gdy Bartłomiej nie jest sam — wspomina o bracie, ale potem ten zniknie bez śladu. Nigdy więcej nie pojawi się w filmach, jakby ta podróż była wyjątkiem, rodzinnym wyjazdem, po którym każdy wrócił do swojego życia. Z kolei Gwadelupa — raj na Karaibach — to miejsce, które wydaje się idealne, gdyby nie ceny. „Gdyby nie wysokie ceny… uznałbym, że to raj” — zdanie, które brzmi jak lekka rezygnacja z doskonałości.
Panama w 2019 roku to szczyt jego pasji do tropików. Kanał Panamski, Bocas del Toro, wygasły wulkan, zachód słońca nad Pacyfikiem — opisuje to wszystko z podziwem, ale też z nutą zdziwienia, że tyle różnorodności mieści się w jednym małym kraju. A potem — Kolumbia. Kartagena. Getsemani, Bocagrande, plaże Blanca i Tranquilla. To już nie są tylko wakacje — to wydaje się początek czegoś dłuższego. Przeprowadzka? Przynajmniej na chwilę. Bo w marcu 2020 roku aklimatyzuje się w wynajętym mieszkaniu, spaceruje po osiedlu, które „w niczym nie przypomina tych z Polski”. I nagle — cisza. Film z czerwca 2021 roku to prom z Hiszpanii na Wyspy Kanaryjskie. Opowieść o kajucie, jedzeniu, kawie, zwierzętach na pokładzie. To nie jest już relacja z kraju, który odwiedza, ale z trasy, którą pokonuje. Jakby przestał być turystą i stał się podróżnikiem na stałe.
Tematy, które kiedyś dominowały — lokalne wydarzenia w Polsce, jarmarki, Dolny Śląsk — zniknęły bez śladu. Nie ma więcej filmów o Jaworze, Walimiu, nie ma powrotów. Zamiast tego — ciągłe przemieszczanie się, jakby domem był nie kraj, ale ruch. Najpopularniejsze filmy to te z Bali, Filipin, Madery, Panamy — miejsca, gdzie piękno bije prosto w oczy, ale też gdzie widać, że Bartłomiej nie boi się pokazywać zmęczenia, deszczu, smogu, długich przejazdów.
Nigdy nie mówi, dlaczego wyjechał. Nie wyjaśnia, czy wróci. Nie komentuje, co go spotkało po 2020 roku. Ale widać to w tle — w tonie głosu, w wyborze miejsc, w tym, jak mówi o „przetrwaniu” na promie dzięki kawie. To nie jest już tylko kanał o podróżach. To dziennik kogoś, kto wybrał życie w ruchu — z humorem, z krytycznym okiem, z wiedzą, że raj bywa drogi, a smog nawet w rajskich miastach nie oszczędza nikogo.
Jego największym sukcesem jest to, że potrafił z prostych filmów zrobić opowieść o zmianie — z człowieka z Jawora zrobił podróżnika, który nie pyta, dokąd jechać, tylko jak długo można zostać. A największym potknięciem? Może to, że nikt już nie pyta, kiedy wraca.
Ostatni film — o promie — to jak metafora całego życia: nie chodzi o miejsce docelowe, ale o to, co się dzieje po drodze, ile się wypije kawy, jak wygląda kajuta, czy da się mieć psa na pokładzie. To nie są ważne pytania dla turysty. To pytania dla kogoś, kto już nie wie, gdzie kończy się podróż, a zaczyna życie.
Bartłomiej Mielcarek to człowiek, który przestał odliczać dni w kalendarzu i zaczął mierzyć je odległościami między przystaniami.