Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

BatiTV

BatiTV
1K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

BatiTV – podróżnik bez cenzury

Kim jest BatiTV?

To nie jest typowy podróżnik z opalonym nosem i plecakiem markowanym przez słońce. To facet z Pomorza Zachodniego, który najpierw wybrał pociąg do Terespola, potem przekroczył granicę, a od tej chwili zaczął pisać historię kanału, który mówi o świecie takim, jaki jest – bez ściemy, bez nadęcia, ale z odrobiną zdziwienia w głosie i z kamerą w ręku. Na BatiTV nie ma miejsca na luksusowe rejsy ani wyreżyserowane scenki. Jest natomiast dużo codzienności, kilka błędów historycznych (przepraszamy za 1931 rok zamiast 1941), parę nieprzespanych nocy i mnóstwo pytań: czy zdążę? czy mnie wpuszczą? czy to, co widzę, to naprawdę to?

Gdzie przebywa?

Zaczynał w Polsce, konkretnie z Pomorza Zachodniego – stamtąd ruszył pociągiem, by wpaść prosto w serce Europy Wschodniej. Pierwsza granica, którą pokonał, to ta z Białorusią, a potem – kolejne. Teraz, gdy światło kamery miga już w Holandii, a potem w Rosji, trudno powiedzieć, gdzie dokładnie mieszka. Pewne jest, że jego dom to raczej plecak, kolejne hostele i linie lotnicze, które zabierają go coraz dalej na wschód. Jego mapa się rozszerza, a punkty na niej – to nie tylko miasta, ale momenty: brzegi Niemna, dzielnice czerwonych latarni, cmentarz w Bredzie, pokaz dronów nad Erywaniem. To ktoś, kto nie siedzi długo w jednym miejscu, ale i tak zawsze wie, skąd wyruszył.

Czym zajmował się wcześniej?

Nie ma śladu po biurku, garniturze czy konferencjach. Nie wspomina o pracy w firmie, nie ma nagrań z biura, nie ma żadnych wątków o kariery, awansach czy burnoucie. Jedyne, co można wywnioskować, to że przed podróżami był kimś, kto obserwował świat z boku – może z ekranu komputera, może z pociągu jadącego do pracy. Ale coś się zmieniło. Może to była chęć ucieczki od rutyny, może marzenie o dotarciu do wszystkich krajów Europy – bo właśnie to się stało: Rosja, jako 46. państwo kontynentu według ONZ, miała stać się ostatnim elementem układanki. A więc zanim zaczął filmować granice i muzea wojenne, najprawdopodobniej był kimś, kto po prostu planował wyjazd. I w końcu go zrobił.

Przełomowe wydarzenia

Wszystko zaczęło się od granicy w Terespolu – miejsca, które dla większości Polaków to tylko punkt przekroczenia, a dla niego stało się pierwszą sceną dokumentu życia na żywo. Tam, między kolejami i oczekiwaniem na paszport, zrozumiał, że może opowiadać o tym, co się dzieje. Nie o tym, co piękne, ale o tym, co prawdziwe: o niepewności, o błędach, o architekturze, która „robi pozytywny szok”. Białoruś była jego pierwszym pełnoprawnym etapem – seria złożona z sześciu odcinków, które przyciągnęły ponad sześć tysięcy oczu. To tam zbudował język kanału: z humorem, z odrobiną dramy, z uczciwością. Ale prawdziwy przełom nadszedł, gdy zdecydował się na Rosję. Wtedy, w stresie przed granicą, bez internetu, z pytaniem, czy w ogóle go wpuszczą, przekroczył nie tylko linię na mapie, ale też wewnętrzną granicę – między podróżnikiem a kimś, kto potrafi iść tam, gdzie inni się wahają.

Zmiana kierunku

Początkowo kanał był odkrywaniem sąsiadów – tych, o których mówi się mało, jak Białoruś. Ale po serii z Mińska, Grodna i Brześcia, kiedy podsumował wyprawę słowami „Białoruś nie jest taka, jak myślisz”, coś się przesunęło. Zamiast wracać, ruszył dalej – do Holandii. Tam, gdzie klimat zmienił się jak po przełączeniu kanału: z monumentalnych muzeów wojennych na dzielnice czerwonych latarni, z cichej codzienności na kulturę „coffeeków” i legalnej marihuany. To była decyzja – nie tylko zmienić kierunek geograficzny, ale też ton. Z ostrożnego obserwatora stał się kimś, kto zagląda za kulisy. A potem – jeszcze dalej: Rosja, Kaukaz, Armenia. Sylwester w Erywaniu, pokaz dronów, tłumy, muzyka. To był moment, w którym zrozumiał, że jego podróż to nie tylko lista krajów, ale też doświadczenie emocjonalne – i że warto je dzielić.

Co już nie wróci

Pierwsze odcinki z Białorusi miały charakter odkrywcy – kogoś, kto wchodzi do kraju z otwartymi oczami. Teraz już nie ma tej naiwności. Nie ma też wspomnień o Polsce jako o miejscu życia – ona została za plecami. Nie ma też powrotów do miast, które już pokazał, chyba że jako punkt końcowy (jak Brześć przy wyjeździe). Zniknęły też wątki o przygotowaniach – nie mówi, jak pakował walizkę, nie pokazuje biletów, nie analizuje kursu rubla. To już nie podróż przygotowana, tylko podróż w toku. I nie ma więcej odcinków z serii „jak zacząłem” – bo już zaczął.

Tematy, których unika

Nie mówi o polityce – nawet w krajach, gdzie byłaby ona oczywista. Nie komentuje sytuacji społecznej, nie pyta ludzi o ich poglądy, nie analizuje systemu. Unika też tematów osobistych – nie mówi o rodzinie, nie wspomina o przyjaciołach, nie pokazuje nikogo bliskiego. Wszystkie osoby, które pojawiają się w filmach, to przypadkowi przechodnie, kasjerzy, kierowcy autobusów – nikt nie powtarza się więcej niż kilka razy. Nawet jego towarzysz podróży – kamera – jest jedyną stałą.

Najważniejsze osoby

Nie ma stałych towarzyszy. Nie ma partnerki, kolegi z lat studiów, przyjaciela z dzieciństwa. Jedyne, co się powtarza, to widz – ten, do którego mówi, komu zadaje pytania, komu dziękuje za subskrypcję. To właśnie widz stał się główną osobą w tej historii. Reszta – to tło: strażnicy graniczni, sprzedawcy w knajpach, turyści w metrze. Nawet kiedy wspomina o Polakach na cmentarzu w Bredzie, robi to z szacunkiem, ale z dystansem – nie mówi, czy miał kogoś tam pochowanego, nie opowiada o rodzinnej historii. To ktoś, kto podróżuje sam, ale nie jest samotny.

Kto przestał się pojawiać

Nie było nikogo, kto by się pojawiał i zniknął – bo nikt nie pojawiał się wcale. To historia jednej osoby, kamery i świata. Nie ma gości, nie ma współpracowników, nie ma powtórek twarzy. Nawet kiedy mówi „wpada Utrecht”, nie ma tam nikogo, kto by go powitał. To tylko on, miasto i mikrofon.

Największe sukcesy

Największy sukces to nie liczba subskrybentów, ale fakt, że zebrał ponad tysiąc komentarzy, tysiące łapek w górę i że ludzie nadrabiali całą serię o Białorusi, bo „chcieli zobaczyć, jak naprawdę wygląda granica”. To sukces narracji – że udało mu się zainteresować ludzi krajem, o którym wiele osób mówi tylko w kontekście kryzysu. To sukces osobisty – że dotarł do 60. kraju, że spędził Sylwester w Armenii, że przekroczył granicę z Rosją w czasie, gdy to dla wielu wydaje się niemożliwe. I że zrobił to bez sensacji, bez kłamstw, bez efektów specjalnych.

Potknięcia

Był jeden – i sam go przyznał: w jednym z odcinków o mylną datę – 1931 zamiast 1941. Było też ostrzeżenie, że pewna informacja o kosmetykach to najprawdopodobniej „fakenews”. Ale to nie przeszkodziło mu iść dalej. Wręcz przeciwnie – te drobne błędy stały się częścią jego stylu: człowieka, który nie udaje eksperta, tylko uczciwie pokazuje, co widzi, słyszy i czasem – myli się.

Filmy o największej oglądalności

Największy zasięg miał odcinek podsumowujący podróż po Białorusi – „Białoruś nie jest taka, jak myślisz!”, który przekroczył 6 tysięcy wyświetleń. Drugi co do popularności to „Najlepszy Sylwester w moim życiu” z Armenią – ponad 1,5 tysiąca wyświetleń, gdzie emocje, pokaz dronów i fajerwerki zrobiły swoje. Widać, że ludzie najbardziej reagują na podsumowania i na momenty szczytowe – nie na kolejne przejazdy autobusem, ale na finał, na nowy początek, na uczucie, że coś się skończyło i coś się zaczęło.

Ostatnie słowo

To historia człowieka, który zamiast oglądać świat przez okno, wyszedł na zewnątrz – i nie zamknął drzwi za sobą.