
Bartek Czukiewski i kanał BezPlanu
Początek tej historii nie był niczym nadzwyczajnym — Bartek Czukiewski, jak wielu młodych ludzi, wybrał się w podróż po Azji, by odkryć świat i siebie. Filipiny, Kambodża, Wietnam, Laos, Tajlandia i Birma — to była jego mapa, pierwszy etap zielonego szlaku przygody. Wtedy, w lutym 2017 roku, uruchomił kanał YouTube o nazwie BezPlanu, którego tytuł jak najbardziej oddawał jego podejście: nie było grafiku, nie było ścisłego planu, nie było przewidywalności. Było tylko życie, nagrywane w chwili, w której się rozgrywało. Razem z Ulą, partnerką podróży i współtwórką wczesnych odcinków, płynęli w rytm dnia, wiatru i przypadku. Ich wspólne doświadczenia na odosobnionych wyspach Gigantes czy w chaotycznych ulicach Siem Reap były początkiem czegoś, co stopniowo przestawało być tylko osobistą kroniką.
Pierwsze miesiące na kanałach YouTube to często eksperyment: Bartek filmował, montował, próbował dojść do ładu z jakością dźwięku, który nie chciał się dogadać z GoPro pod wiatrem, a potem odchodził od świata, by wrócić z nowym odcinkiem. Ale coś się zmieniło, gdy trasa zabrala go nie do kolejnej plaży, lecz do Caracas. Wenezuela, narzucona przez chaotyczne decyzje, okazała się przełomem. Zamiast tropikalnej beztroski, Bartek znalazł się w sercu społecznego wybuchu. Protesty, chaos, kryzys gospodarczy — to była już nie tylko podróż, to była historia o ludziach. Kamera, która początkowo uciekała od serio, nagle stała się narzędziem narracji. Wideo o pełnym baku paliwa za sześć groszy, o hiperinflacji, o codziennym życiu w Petare — to były nie tylko odcinki, to były dokumenty czasu. A kanał, który miał być o niczym konkretnym, nabrał głębi, formy i misji.
Wenezuela przetrwała w katalogu jako obsesyjnie rozwijany temat. Bartek wracał do niej jak do przyjaciela, którego nie można porzucić. Pokazywał nie tylko zniszczenie, ale także ludzi — Luisa, siedemnastoletniego ucznia liceum artystycznego, który walczy o normalne życie w świecie bez prądu; Carlosa, którego opowieść o nieustannym braku wody stała się symbolem; Miguelsa, który kładł kwiaty na mogile brata zamordowanego przez gangi. To nie były reportaże w tradycyjnym rozumieniu, raczej spojrzenia z bliska, bez filtra, ale z empatią. Ten kraj, który przyciągał go przez lata, stał się niemal obsesją — a może przykrywką na potrzebę zrozumienia, jak świat może się rozpadł, a ludzie wciąż śmiać, pracować, walczyć, kochać.
W międzyczasie kanał się zmieniał. Ulka, pojawiająca się regularnie w pierwszych odcinkach, stopniowo odpływała z narracji. Ich wspólne filmy z Filipin, Kambodży czy Wietnamu pozostały w przeszłości, jak strony z książek, które nie będą już otwierane. Z czasem zniknęły też tematy, które wydawały się kluczowe: nagle nie było więcej motocyklowych przygód, nie było kulinarnych maratonów, nie było filipińskiej beztroski. Zamiast tego — Naddniestrze, Ukraina, Liban, Haiti, Sudan Południowy. Kamera wędrowała w kierunku granic, poza mapy turystyczne, w miejsca, gdzie świat przestał działać zgodnie z regułami Europy.
Wędrówka przeszła przez różne kraje, ale zawsze z jedną konsekwencją: Bartek pojawiał się tam, gdzie ludzie żyli nad krawędzią. Pokazywał slumsy w Kampali, gdzie dzieci bawiły się wśród śmieci; w Nairobi, gdzie tysiące osób żyje z Dandory, największego wysypiska śmieci na świecie; w Makoko, pływających slumsach Nigerii, gdzie domy stoją na kłodach nad czarną wodą. Pokazywał też przeciwieństwa — Singapur, oczyszczoną wizję przyszłości, lub Dubaj, miasto fantazji i kontrastów. Ale nawet tam, gdzie było wiele, szukał cieni. Jego narracja nie była o turystyce, ale o człowieku — o tym, jak przetrwa, co myśli, czego się boi i na co marzy.
Przez lata pojawiały się nowe twarze, które znikały, by pozostawić miejsce innym. Roman z Naddniestrza, który zapraszał na wiejską dyskotekę; Jonas z Rwandy, który prowadził do swojego domu; Sean z Haiti, który wiedział, gdzie nie należy iść; Mohamed z Mogadiszu, który mówił o piratach i duchach przeszłości. A także Tomek Surdel, dziennikarz, który razem z Bartkiem odwiedził Haiti i Wenezuelę, a którego historia pobicia przez wenezuelską policję stała się częścią kanału, nie jako dramat, ale jako kontekst. Ich rozmowy o polityce, o sekretach państw, o kryzysach, które trwają — to była inna warstwa, mniej podróżnicza, bardziej świadoma.
Kanał rozrastał się, ale nie w kierunku popularności dla popularności. Jego największe sukcesy liczono nie tylko w odsłonach, choć były i takie — „Dzielnica prostytucji w Bogocie”, „Wenezuela. Życie, po prostu”, „Nieistniejące państwo – Naddniestrze” przekraczały miliony. To były jednak sukcesy z misją: zbiórkę dla dzieci z Petare zakończono po zaangażowaniu widzów, a pieniądze trafiały bezpośrednio do obywateli Wenezueli. Pomagał także przy szkole w Rwandzie, wspierał azyl dla psów na Palawanie, finansował edukację w Ugandzie. Każdy sukces był jednocześnie zobowiązaniem.
Były też potknięcia. Kamera raz nie działała, raz nie powinna działać — jak wtedy, gdy Bartek został napadnięty i stracił telefon. Były momenty niepewności, jak w 2020 roku, gdy ogłosił koniec vlogów podróżniczych, by potem, po chwili, powrócić z nową serią. Były też tematy, które zniknęły bez słowa — motocyklowe wycieczki, kulinarna ciekawość, lekkość pierwszych miesięcy. Zniknęły, bo czas i świat się zmieniły.
Obecnie Bartek przebywa często w Afryce, ale też w Europie, Azji, Ameryce Południowej — lokalizacja nie ma znaczenia, bo kanał nie jest o miejscach, a o ludziach. Jego największe filmy to nie te o rajskich plażach, ale o upadłych państwach, o nieznanym życiu, o tym, co się dzieje tam, gdzie nikt nie patrzy. A kiedy czasem powraca do Filipin, to nie po to, by świętować, ale by pokazać skażone morze, opuszczone osiedle, czy cmentarz, na którym ludzie mieszkają.
Najważniejsze osoby w jego historii to nie tylko goście, ale ci, którzy pozostali: Tomek Surdel, Roman, Jonas, Darek z Zakresu, Justyna Obruśnik, która tłumaczyła wiele odcinków, i Vasilly, wspierający w montażu. A także ci, których nie widać, ale którzy decydują o kontynuowaniu — widzowie, którzy wspierają przez Patronite, kupują bransoletki z Acholi, przekazują 1,5% podatku.
Historia BezPlanu to historia człowieka, który zaczął od tego, by nic nie planować, a zakończył na tym, że zrozumiał, iż niektóre rzeczy nie mogły się udać bez celu. To historia o tym, jak przypadkowy wycieczkowicz stał się świadkiem, a potem opowiadaaczem świata, który nie chce być pokazywany, ale który potrzebuje być usłyszany.
To historia o tym, jak bez planu można trafić prosto w sedno.