
Białorusin w Polsce
Nie od razu widać, ale za kulisami kanału Białorusin w Polsce kryje się nie tylko opowieść o życiu za granicą, ale i cicha, z czasem pełną parą płynąca transformacja – z obserwatora zmian w języku i kulturze w osobę, która sama staje się postacią komediową. Jego imię to Yauheni, choć w Polsce, jak sam żartobliwie zauważa, może być czymkolwiek między „Genkiem” a „Żeniuą” – zależnie od tego, kto wypowiedzi jego imię i z jakim akcentem. Przez pierwsze miesiące pojawiania się w sieci był cichym spokojnym opiekunem różnorodnych porównań: języka, zarobków, alkoholu, zarobków przy alkoholu. Filmiki, krótkie i treściwe, były jak notatki z pola – raporty ze świata, który był mu nowy, choć nie obcy. Mieszka w Polsce od lat, ma tu obywatelstwo, pochodzi z Białorusi, ale jego rodzina, jak się dowiaduje, wyrósłszy z ziemi, ma korzenie w polskiej ziemi – babka, jak wspomina, urodziła się tu, gdzie dziś stoimy. To nie wyjazd, to raczej powrót w inną epokę.
Początkowo jego narracja była spokojna, niemal akademicka – porównywał, wyjaśniał, odmierzał różnice jak uczony z atlasem w ręku. Zajmował się, przynajmniej w tamtych czasach, głównie językami. Ciekawiła go różnica między „magazynem” a „sklepem”, „puszka” a „armatą”, „spina” a „plecy”. Już w pierwszych filmikach widać, że język – nie tylko jego zasady, ale i jego pułapki – staje się jego ulubionym tematem. Z czasem jednak ton się zmienia. Z raportera staje się bohaterem. Przekształca się w męża, który nie potrafi pomóc żonie w domu, w kandydata na świadka ślubu, który przeżył trzyletnią wędrówkę po urzędach, w osobę, która słyszy komentarze typu „wracaj do siebie” i odpowiada z politowaniem, a nie złością – bo przecież tu mieszka, tu się żeni, tu ma rodzinę. Filmik z tytułem Wracaj do siebie – jeden z jego najpopularniejszych – to moment, w którym kanał odchodzi od suchych porównań i staje się osobisty, prawdziwy, z lekkim, ale wyraźnym kwaśnym posmakiem ironii. „Mi Polska podoba się, ale wiecie co się nie podoba” – mówi, a w głosie nie ma gniewu, tylko zmęczenie uprzedzeniami.
Kilka miesięcy po uruchomieniu kanału zaczyna się jego druga faza – z języka przechodzi do życia. Pojawia się żona, choć nie zawsze imieniem, raczej gestem: zaprasza go do domu, bo przyjechała teściowa, co samo w sobie staje się tematem filmiku. Pojawia się także ślub – trzy lata papierologii, strach przed sądem, urzędy, dokumenty z Białorusi, gdzie „tam nie mamy ślubu”. To nie jest tylko historia miłosna, to opowieść o biurokratycznej ścianie, jaką napotykają para z różnych krajów. I choć nie mówi tego wyraźnie, widać, że za tymi filmikami kryje się zmęczenie, ale i upór. To nie romans, to wędrówka.
W pewnym momencie, w 2022 roku, jego kanał eksploduje liczbą odtworzeń. Filmik z tytułem Straż miejska ma ponad 370 tysięcy wyświetleń, a większość z jego najpopularniejszych filmów to krótkie, często bez słów lub z napisami, ujęcia codzienności – znaki, zjawiska, gesty, które jego widzom wydają się śmieszne, a jemu dziwne. Z czasem jednak temat kanału się rozmywa. Zaczyna robić filmiki o Zakopanem, o grochówce, o cenie whisky, o wyborach na Białorusi. Widać, że szuka, eksperymentuje. W jednym z filmików mówi, że nie wie, co robić po wypadku samochodowym – to rzadki moment szczerości, w którym kanał staje się nie tylko rozrywką, ale dokumentem. Później jednak powraca do żartów – o prezencie od kolegów, który okazuje się związany z płaską ziemią, o teściowej, o powodach, dla których Polacy nie lubią suszonej ryby („pachnie jak karma dla kota”).
W 2023 roku zauważa się wyraźny zwrot. Zdjęcia z urzędu, ulicy, sklepu zastępuje kuchnia. Zaczyna robić pizze – najpierw w piecu Ooni Coda 12, potem uczy innych, organizuje warsztaty, opowiada o ciście, o soli, o masie, która leżakuje 72 godziny. Pizza staje się jego nowym tematem, metaforą – coś, co z prostych składników robi się z pasją, z czasem, z niepewnością. Filmiki są cieplejsze, bardziej osobiste. Mówi o domu, o remoncie, o montażu szafy, który trwa dziewięć godzin zamiast dwóch i pół. Widać zmęczenie, ale i satysfakcję. To nie już tylko imigrant, to ktoś, kto zakłada własne życie. I choć nadal mówi o różnicach, to robi to z dystansem, z humorem, z uśmiechem, który nie kryje goryczy, ale raczej akceptację.
W 2024 roku kanał zmienia ton jeszcze raz. Pojawia się stand-up. Yauheni staje na scenie w Gdańsku, mówi o życiu w Polsce, o błędach pokoleniowych, o tym, jak żona przestaje go rozumieć, kiedy zaczyna „leczyć” choroby za pomocą testów i szpitali, zamiast babci z przystanku. W jego monologach wciąż są porównania, ale teraz są one częścią większej opowieści – o mężczyźnie, mężu, imigrancie, który nie wie, jak działa pralka, ale wie, jak zrobić pizzę. Jego humor to mieszanka nieporadności, biurokratycznego horroru i ciepłego złośliwości wobec siebie. W jednym z filmików mówi: „Proszę, ja hetero”, i to nie jest tylko prowokacja – to sposób na powiedzenie: „Jestem normalny, choć nie pasuję”.
Na przestrzeni lat zniknęły jego wczesne tematy – porównania zarobków, język polsko-rosyjski, opisy wyborów na Białorusi. Zniknęli ludzie, którzy pojawiali się na początku – koleżanki z pracy, znajomi z Białorusi. Została żona, teściowa, czasem wspomnienie o Ukrainie, ale już bez emocji. Jego największe sukcesy to filmiki o „Straż Miejskiej”, „Wracaj do siebie”, „Białorusin w Polsce #shorts” z 29 tysiącami wyświetleń – ale to nie rekordy w sensie globalnym, to sukcesy w skali osobistej. To sukcesy kogoś, kto zaczynał od opowiadań o języku i dołączył do świata twórców, którzy nie muszą być perfekcyjni, by być widziani.
Nie miał wielkich porażek, ale miał filmiki z kilkudziesięcioma odtworzeniami, próbę opowiedzenia o McDonald’sie, który wychodzi z Białorusi, potem wraca, potem znów wychodzi – historia, którą opowiadał trzy razy, jakby sam nie wiedział, co z nią zrobić. Miał filmik o wypadku samochodowym, w którym prosi o pomoc – i nie ma kontynuacji. To nie porażka, to moment, w którym świat online spotyka się z prawdziwym życiem i nie zawsze potrafi pomóc.
Obecnie jego kanał to mieszanka komedii, życia rodinnego, kuchni i refleksji. Jest kimś, kto przyszedł, żeby zobaczyć, a został, żeby opowiadać. Nie jest gwiazdą, ale jest człowiekiem, który się trzyma. I choć czasem mówi o tym, że nie może gadać po polsku z akcentem, bo „Polacy i tak tego nie robią”, to robi to z uśmiechem – jakby wiedział, że akcent nie jest w wymowie, ale w tym, że ktoś tu chciał zostać.
To historia człowieka, który przyszedł do Polski, żeby przetrwać, a został, żeby się śmiać.