
Biketravel Challenge: opowieść o marzeniu na rowerze
Kim jest twórca kanału
Nie ma w tych filmach miejsca na wielkie zapowiedzi, luksusowe sceny ani efektowne wprowadzenia. Jest tylko rower, plecak i człowiek, który postanowił, że świat zobaczy z siodła. Twórca kanału Biketravel Challenge to ktoś, kto wierzył, że dalekie wyprawy nie wymagają wielkich środków, a jedynie odrobiny odwagi, odrobiny szaleństwa i dużo cierpliwości. Jego podróż nie zaczęła się w luksusowym sklepie z rowerami, ale w głowie — tam, gdzie pojawił się pomysł: a co, gdyby pojechać? I pojechał. Nie po to, by udowodnić coś innym, ale by sprawdzić, czy sam potrafi.
Gdzie przebywa i skąd wyruszył
Wszystko zaczęło się w Polsce, z serca Europy, z ulicy, z której nie ma w filmach — ale którą widać w myślach. To stamtąd wyruszył, nie wiedząc dokładnie, co go czeka, ale z jasnym celem: Armenię. Nie był to wybór przypadkowy. Armenię wybrał patrząc na zdjęcia w Google Grafika — marzył o niej, jak się marzy o miejscach, które wydają się zbyt piękne, by istnieć naprawdę. A potem, po dwóch i pół miesiącach, wrócił do tego samego kraju, do tych samych dróg, ale już inny. Bo taka jest zasada: kto wyrusza, ten wraca zmieniony.
Czym zajmował się przed wyjazdem
Nie ma śladów po życiu przed podróżą. Nie ma wspomnień o biurze, uczelni ani pracy, której nie można było zostawić. Nie ma opowieści o codzienności, która została za plecami. Można tylko podejrzewać, że życie przed wyjazdem było inne — spokojniejsze, może rutynowe — skoro decyzja o wyruszeniu na 220 euro i garść własnoręcznie wykonanej biżuterii brzmi jak akt odwagi, a nie jak impulsw. Może właśnie dlatego wybrał tak mało pieniędzy — by nie mieć wyjścia. By musieć liczyć się z każdym uśmiechem, każdym kawałkiem chleba, każdą nocą pod gołym niebem.
Przygoda, która wszystko zmieniła
Pierwszy film to zapowiedź. Jeszcze nie ma emocji, nie ma zmęczenia, nie ma blizn po drodze. Jest tylko plan: wyprawa rowerowa na Kaukaz. Potem nagle — trailer. Już nie plan, ale rzeczywistość. Już nie teoria, ale zmęczone nogi, plecy obciążone bagażem, oczy pełne widoków, których nikt mu nie opisywał. W maju 2016 roku wyruszył, a w grudniu pokazał światu, że zrobił to naprawdę. I że zrobił to z prawie śmieszną ilością pieniędzy. 220 euro. I wędkę, którą wymienił na spodenki — bo tak się czasem dzieje, gdy człowiek traci wszystko, by mieć wszystko.
Jedna podróż stała się serią. Z odcinka na odcinek, z kraju do kraju, z góry w dolinę, z deszczu w słońce. Przez Słowację, gdzie górskie podjazdy rwały płuca, przez Węgry, gdzie niziny wydawały się nie mieć końca, przez Rumunię, którą opuścił szybko — nie tylko przez pogodę, ale i niechęć do spotkanych cyganów, co mówi więcej o jego szczerości niż o uprzedzeniach. Potem Serbia — tam, gdzie ludzie mówią językiem, który można zrozumieć bez tłumaczenia, i gdzie zapraszają do domu na rozmowę. Bułgaria z jaskiniami i ruinami rzymskimi, Turcja z jej szaleńczą jazdą po ulicach Stambułu — przez którą nigdy więcej nie chciał przejechać — ale też z Polonezkoy, miejscem, które nazwał jednym z najważniejszych dla każdego Polaka za granicą.
Tam, gdzie siedem pokoleń Polaków żyje w tureckiej wiosce, od czasów uchodźców z powstania, on znalazł coś więcej niż atrakcję turystyczną. Znalazł historię, która go poruszyła. I pokazał ją, jakby mówił: patrzcie, to też jest Polska — tylko daleko, bardzo daleko. Potem Morze Czarne, Sumela wybudowane na pionowej skale, Gruzja, Armenię — cel wyprawy, którego dotarcie opisał jak powrót do domu, mimo że był najdalej, jak tylko mógł być.
Co się zmieniło
Po Armenii nie było już tak, jak przed nią. To była granica nie tylko geograficzna, ale i emocjonalna. Gdy powiedział, że „wyszedł z siodła z sercem pełnym szczęścia”, wiedział, że spełnił coś, co wydawało się niemożliwe. Ale wrótka nie była łatwa. Policjanci i żołnierze w Turcji zmusili go, by przejechał kawałek autobusem — jakby świat mówił: nie wszystko da się zrobić samemu, nawet jeśli jesteś uparty. Potem Kurdystan, Antalia, Izmir — już nie tylko przyroda, ale życie codzienne, fryzjerzy, targi, jedzenie. I znów Europa — Grecja, Bułgaria, Serbia, Węgry. Powrót był jak powtórka, ale inna. Węgry, które kiedyś były niziną, teraz były tylko etapem. A Budapeszt — miasto, do którego nie planował jechać, ale którego piękno go pokusiło.
Co zniknęło
Nie ma więcej filmów. Po odcinku 20 i ostatnim, pełnym emocji powrocie do Polski, kanał umilkł. Nie ma kolejnych wypraw, nie ma nowych celów, nie ma wspomnień z Azji Południowej czy Ameryki Południowej. Nie ma rozmów z rodziną, nie ma wspomnień o przyjaciołach, którzy mogli towarzyszyć w początkach. Nikt oprócz niego nie pojawia się regularnie — jedynie przypadkowi ludzie: pasterze, fryzjerzy, policjanci, cykliści z Belgii. Nikt nie wraca. Nikt nie zostaje. Wszyscy są tylko chwilą. A potem — cisza.
Nie ma też tematów, które mogłyby być oczywiste: nie ma rozmów o samotności, o strachu, o chorobach, o awariach. Nie ma dramatyzowania. Nie ma narzekań, tylko stwierdzenia: nie było łatwo, ale warto. I nagle — koniec. Jakby wszystko, co miał do powiedzenia, powiedział przez 23 filmy. Jakby historia się skończyła, bo się spełniła.
Największe sukcesy i potknięcia
Największym sukcesem była sama podróż. To, że dojechał. Że wrócił. Że opowiedział. Że z 220 euro i wędką jako walutą przetrwał dwa i pół miesiąca, przemierzył dziesiątki tysięcy kilometrów, przekroczył granice, które dla wielu są tylko liniami na mapie. Jego film o Armenii, o końcu wyprawy, to nie tylko dokument — to hymn na cześć marzeń. A odcinek z Polonezkoy to rzadki przykład, gdy podróż staje się nie tylko odkrywaniem świata, ale i siebie.
Potknięcia? Były. Stambuł, który nazwał szaleństwem. Rumunia, którą opuścił zbyt szybko. Może brak kontaktu z ludźmi, których nie chciał nazwać po imieniu. Ale najcięższe było pewnie to, co nie trafiło do kamer: chwile, gdy nie wiedział, gdzie przespi, co zje, czy dojedzie. Te momenty nie zostały sfilmowane, ale widać je w jego głosie — zmęczonym, ale upartym.
Filmy, które zapadły w pamięć
Najbardziej popularne były zapewne te, które obiecywały najwięcej: Ostatni Odcinek, ODCINEK 15 ARMENIA - CEL WYPRAWY, Trailer z podróży rowerowej Polska-Armenia-Polska. To one zawierały emocje, które nie da się udawać. To one mówiły o spełnieniu, o zmęczeniu, o radości. Ale to właśnie odcinek o Polonezkoy wybił się z szeregu — nie tylko jako podróż, ale jako historia. Pokazał, że nie zawsze trzeba jechać daleko, by znaleźć coś, co poruszy do głębi. Czasem wystarczy wiedzieć, że gdzieś tam, za górami i morzami, żyją Polacy, którzy pamiętają język, którego nikt już nie uczy.
Pod koniec
To była nie tyle podróż przez kraje, ile przez siebie — z plecakiem, rowerem i wiarą, że świat jest gościnny, nawet jeśli czasem wydaje się wrogi.