Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Boczne Szlaki

Boczne Szlaki
10K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Boczne Szlaki: opowieść o człowieku, który wybrał drogę zamiast domu

Nie ma go na mapach, przynajmniej nie takich, które rysuje się urzędowym atramentem. Ale jest — gdzieś w zakamarkach świata, tam, gdzie granice są bardziej kwestią zaufania niż papierków, a gościnność ważniejsza niż paszport. To on, twórca kanału Boczne Szlaki, podróżnik, który nie tyle opuszczał dom, ile raczej wybrał, by go nie mieć. Albo raczej mieć wiele — w formie jurty, chatki na motu, namiotu wśród himalajskich ścieżek czy pokoju w domu przypadkowego, a potem już nie przypadkowego, gospodarza.

Zaczynał w Polsce, to wiadomo, choć nie wiadomo dokładnie gdzie — wiadomo tylko, że to kraj, z którego wyruszył 8 października 2018 roku, by już nie wrócić na stałe. Jego podróż miała być auto- i jachtostopową pętlą wokół świata, a stała się czymś więcej: długą, nieprzerwaną rozmową z ludźmi, którzy nie mieli powodu, by go lubić, a jednak często dawali mu ostatni kawałek chleba. Pierwsze etapy — Europa, Gibraltar, Wyspy Kanaryjskie, Karaiby — mijały jak zapowiedź wielkiej przygody, ale to dopiero Polinezja Francuska dała tej historii jej prawdziwy ton.

W marcu 2020 roku, na atolu Raroia, pandemia przyciągnęła kurtynę. Granice się zamykały, a on znalazł się na bezludnym motu, z kapitanem jachtu i z całym światem po drugiej stronie oceanu. Dwa miesiące na odosobnieniu, w pięknie, które mogło zabić człowieka nudą — ale nie zabiło. Zamiast tego nauczyło go otwierać kokosy, nurkować wśród rekinów i, co ważniejsze, nie szukać sensu w ruchu. To właśnie tam, wśród atolów Tuamotu, Boczne Szlaki przestały być tylko relacją z podróży i stały się czymś w rodzaju dziennika przetrwania — z humorem, z prostotą, z ciekawością.

Po tych dwóch miesiącach nie wrócił do cywilizacji, tylko w nią wszedł — powoli, ostrożnie. Tahiti, stolica archipelagu, była pierwszym miastem od dawna. Tam rozmawiał z Polakami mieszkającymi na wyspie, jak Paweł, który zaprosił go do pracy przy budowie domu z bambusa. To był moment, gdy z turysty zrobił się uczestnikiem — nie tylko obserwował, ale rąbał, ciągnął, uczył się. Tam też, w dżungli Tahiti, gotował obiad bez garnka, używając tylko ognia i wyobraźni, a potem analizował, ile kosztuje życie w jednym z najdroższych miejsc świata — i jak to się da zrobić na oszczędnościach. Pandemia, zamiast go zatrzymać, dała mu czas, by zrozumieć, że podróż to nie tylko ruch, ale także głębokość.

W czerwcu 2021 roku, po intensywnych miesiącach pracy na Polinezji, wsiadł do samolotu. Kolejny etap: Bliski Wschód. Dubaj, luksusowy i stary, obok siebie — kontrast, który szybko zbladł w porównaniu z tym, co czekało dalej. Pakistan. Lahore, ciężarówki ozdobione jak święto, wesela, góry Karakorum, Nanga Parbat. Tam, w Fairy Meadows, szedł ścieżką uznawaną za najniebezpieczniejszą w kraju, a potem, z lodowcem w plecach, uciekał przed burzą. Ale to nie to było najważniejsze. Najważniejsze było pytanie, które padło w jednym z filmów: Czy Pakistan jest bezpieczny? Odpowiedź nie była prosta — ale była uczciwa. Pokazał nie tylko piękno, ale i konflikty, nie tylko gościnność, ale i podejrzliwość. I choć raz natknął się na granicę z Afganistanem przypadkiem, to potem, kilka lat później, wybrał się tam celowo.

W 2024 roku, po Wietnamie — z jego zatłoczonym Hanoi, tarasami ryżowymi Mu Cang Chai i wyspami Cat Ba — wybrał się do Afganistanu. Kabul pod rządami Talibów. To była decyzja, której nie dało się pominąć. Tam spędził 72 godziny, a potem ruszył dalej, do Nurystanu — najbardziej odizolowanego regionu kraju. Pokazywał gościnność, która wydawała się niemożliwa w takim miejscu, opowiadał o Pasztunwali, kodeksie honoru, w którym gość jest świętością. I potem, wracając, miał szok — nie z powodu Afganistanu, ale Tadżykistanu, który, choć oficjalnie nieubogi, wydawał się biedniejszy duchem.

A potem Irak. Kurdystan. Mosul. Miasto, które było synonimem zniszczenia, a teraz, krok po kroku, odbudowuje się. Tam spędził tydzień, rozmawiał z ludźmi, którzy pamiętają I$I$, ale nie chcą, by to była ich jedyna historia. Pokazywał życie nocne, meczety, baszty, ale i strach, który nie odchodzi. I robił to z rzadką delikatnością — nie jako obserwator, ale jako gość, który słucha.

W 2025 roku dotarł do Somalilandu — kraju, którego „nie ma”. Tam, w Hargeisie, na bazarze wielbłądów i pieniędzy, zrozumiał, że nieuznanie to nie tylko polityczny akt, ale także codzienne życie. Ludzie, którzy mają wszystko — rząd, walutę, flagę — ale nie mają prawa do bycia. I znów, jak zawsze, szedł sam, bez eskorty, by zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. I znów znalazł się wśród ludzi, którzy dali mu więcej niż schronienie — dali mu perspektywę.

W tych wszystkich miejscach, od atolów Tuamotu po wybrzeże Berbery, jego towarzyszem był przede wszystkim świat. Ale nie zawsze był sam. W Gruzji pojawiła się nowa osoba — towarzyszka podróży, która od tamtej pory towarzyszyła mu w filmach. A wcześniej — kapitan jachtu, Paweł z Tahiti, lokalni przewodnicy, górale, nomadzi, policjanci, studenci, mnisi. Ludzie, którzy pojawiali się i odchodzili, jak stacje na długiej trasie.

Z czasem zniknęły tematy związane z jachtem — nie ma już wspomnień o żeglowaniu, o lockdownu na morzu. Zniknęły też filmy o języku francuskim, o pandemii jako nowej rzeczywistości. Teraz to już przeszłość. Teraz mowa jest o granicach, o kontrastach, o tym, co się dzieje tam, gdzie media nie docierają.

Największe sukcesy? To nie liczba subskrybentów, ale fakt, że ludzie oglądają filmy o Afganistanie i mówią: „nie wiedziałem, że tam jest tak... ludzko”. Największe potknięcia? Może to, że czasem milczał — o strachu, o zmęczeniu, o samotności. Ale nie było to milczenie wynikające z braku szczerości, tylko z szacunku — szacunku dla tych, którzy go przyjmowali.

Filmy z największą oglądalnością to te, które dotykają tabu: „72 godziny w Kabulu”, „To dlatego świat nie uznaje tego kraju”, „Myślałem, że to miasto już nie żyje”. To nie są widowiska — to są świadectwa.

I tak, przez ponad siedem lat, z Polski przez Morze Karaibskie, Pacyfik, Azję, Bliski Wschód, aż do Afryki, nie przestał iść. Nie po to, by uciec, ale by zobaczyć. I pokazać.

To historia człowieka, który wybrał świat nie dlatego, że nie miał domu, ale dlatego, że znalazł go wszędzie — tylko nigdzie na stałe.