
Borys Specjalski: człowiek między morzami
Gdzieś pośrodku między tropikami a logiką startupową żyje Borys Specjalski, podróżnik z zamiłowania, obserwator przypadkowości z wykształcenia i osobnik, który potrafi ożywić nawet sztuczny śnieg w klimacie, gdzie śnieg z definicji nie może istnieć. Jego kanał, noszący jego imię i nazwisko jak parę lat temu nosiło się buty na ciepło — prosto i bez ceregieli — zaczął się od czerwonego jeziora w Senegalu i porywającej piany, która wydawała się żyć własnym życiem, by stopniowo przekształcić się w pełnoprawny przewodnik po tym, jak żyć, pracować i nie zwariować w krajach, gdzie większość z nas nie wyrzucała jeszcze walizki.
Początkowo Borys mówił o zjawiskach, jakby był narratorem dokumentu z serii Ziemia z bliska, tylko że z polskim akcentem i refleksem nad tym, czy za to wszystko warto płacić alkoholem po cenie złota. Pierwsze filmy były niemal medytacjami — krótkimi, skupionymi, pełne pytań retorycznych i cichego humoru, z którym nie wiadomo było, czy się śmiać, czy wpaść w zadumę. Ale już w 2017 roku widać było, jak jego kamery zaczęły trząść się nie tylko od podmuchów afrykańskiego wiatru, ale i od ruchu własnego życia — nagrania z Afganistanu, wykonane z perspektywy kogoś, kto nie tylko tam przebywał, ale komu zależało, by pokazać, że za obrazem terrorystów i burk istnieje kraj pełen codziennych ludzi, autobusów, ulic i życia, które nie musi być tylko wojskową dramą. To był początek zmiany: Borys przestał być tylko obserwatorem, zaczął być uczestnikiem.
Z czasem jego narracja zyskała partnerów. Pojawiała się Ania Turowska, podróżniczka z misją, której dialogi z Borysem to były nie tyle wypowiedzi wideo, co kawa na świeżo — nieco krzywo nagrała, ale autentyczna, z charakterem. Razem przemierzyli Singapur, rozmawiając o świecie, o pomaganiu, o tym, co musi się stać w Polsce, by Borys w niej wrócił — pytanie, które od lat wisiało w powietrzu, a potem powoli zaczęło brzmieć jak retoryczne. Ania zniknęła z kanału tak samo nagle, jak się pojawiła — bez pożegnania, bez komentarza, jakby film został przycięty w połowie sceny. Później pojawiał się Ahmad, towarzysz wyjazdów, współlokator w chorobach i nudach balińskich, współodkrywca pustyni spotykającej się z oceanem w Katarze. Ich dialogi były rzadsze, ale bardziej intymne — nie tyle o świecie, co o tym, jak w nim przetrwać.
Singapur stał się długotrwałą sceną jego opowieści. Nie tyle miastem marzeń, co miejscem, gdzie marzenia trzeba liczyć na grosze. Pracował tam, mieszkał, analizował systemy, pozwołania, koszty życia, i robił to z humorem, który z trudem maskował zmęczenie. Opowiadał o HDB-ach, gdzie komunalne mieszkania kosztują ponad milion dolarów, o alkoholu, który trzeba importować, by nie wpaść w bankructwo, i o Sentosie, gdzie rekreacja to przede wszystkim gra w budżecie. W 2019 roku zdołał zrobić z krytyki tryumf — film „6 rzeczy, których nie lubię w Singapurze” stał się jednym z jego najpopularniejszych materiałów, bo mówił prawdę z uśmiechem, a jednocześnie wyraźnie pokazywał, że miasto-lw nie odpuści nikomu, nawet tym, którzy tu funkcjonują.
Jego podróż po Sri Lance na motorze to była prawdziwa przeprawa — deszcz, błoto, korki, setki kilometrów, ale też widoki jak z filmu przyrodniczego. Tam, wśród wzgórz pełnych herbaty i dzikich plaż, Borys wyglądał najszczęśliwiej — bez scenariusza, bez filozofii, po prostu człowiek w kasku, który patrzy, jak świat się rozciąga za następnym zakrętem. To były chwile, kiedy jego kanał przestawał być instrukcją i stawał się doświadczeniem. Film o Galle, z delikatnym wiatrem i kolonialnymi uliczkami, brzmiał jak deklaracja miłości, choć nikt nie wiedział, do kogo.
Później były USA — Yosemite, Grand Canyon, Las Vegas — podróż, która zaczęła się od kradzieży w San Francisco, ale skończyła jako „najlepsza wyprawa w życiu”. Było widać, że coś się w nim zmieniło: z krytycznego obserwatora stał się kimś, kto pozwala sobie na zachwyt. A potem znów — Bali, gdzie przez pierwsze dni nic się nie działo, bo choroba go powaliła. Seria filmów „Nudne Bali” zaczęła się jak lament, by przerodzić się w spokojny dziennik pełen leżaków, snorklingu i przemyśleń o tym, że czasem nie robić nic to jest dokładnie to, czego dusza potrzebowała.
W 2020 roku pojawił się Tajwan — z kuzynką Heleną, z parady równości, z miasteczkami jak z bajki Ghibli. To była podróż pełna kolorów, ciepła i nadziei. I to był też moment, kiedy Borys po raz pierwszy pokazał, że nie tylko opowiada o świecie — żyje w nim, i robi to z przyjaciółmi, z rodziną, z kimś, kto rozumie, że gej-parada w Azji to nie tylko impreza, ale akt odwagi.
Potem przyszła pandemia. Jego filmy o koronawirusie w Singapurze były spokojne, rzeczowe, bez paniki — dokładnie takie, jakby rozmawiał z przyjacielem przez telefon. „Papier toaletowy wrócił do sklepów”, mówił z ulgą, jakby to był symbol wszystkiego, co się mogło popsuć, ale nie popsuło. W jego głosie nie było strachu, tylko rutyna — praca z domu, zakupy, obserwacja. Świat się zatrzymał, ale on nadal mówił.
Z czasem zniknęły wątki startupowe, zniknęły głębokie rozważania o polityce, zniknęła energia początkowego entuzjazmu. Została podróż, analiza, szczerość. Największe sukcesy — filmy o pracy w Singapurze, o kosztach życia, o Jewel Changi — to były materiały, które trafiły w sedno: praktyczne, pełne danych, ale opowiedziane jak historia. Niepowodzenia? Może seria „Nudne Bali”, która zaczęła się jak samokrytyka, a skończyła się jak medytacja. A może te setki odtworzeń, które nie były milionami, ale które — jak mówił kiedyś o makijażu diabła — da się zrobić dużo taniej i lepiej.
Borys Specjalski to nie guru, nie podróżnik, który chce was zainspirować. To facet, który opowiada, jak to jest naprawdę: że w Singapurze jest drogo, że w Sri Lance są psy, że w Bali można chorować i się nudzić, a i tak warto jechać. Że świat jest pełen dziwnych owoców, których smak trzeba przetestować, i że czasem najlepszym planem jest nie mieć żadnego.
To opowieść człowieka, który oglądał świat przez okno samolotu, a potem postanowił wysiąść.