
Cel w podróży: opowieść o tych, co szli śladem wiatru
Nie było tu jednej osoby, ale raczej dwie – może więcej, choć tylko dwie pozostają wyraźnie widoczne w tych opowieściach z zapisem obrazu. Początkowo mogło się wydawać, że chodzi o kogoś, kto po prostu chce pokazać piękno hotelu w Tunezji, może zafascynować widokiem plaży, gdzie pojawia się kawałek egzotyki i nawet grasujący wielbłąd. Ale już po kilku filmach widać, że to nie tylko o wypoczynku, lecz o innej logice – tej, która prowadzi z burz nad Saharą, przez zamglone poranki w norweskim kempingu pod kołem podbiegunowym, aż po najdalsze zakątki Kaukazu czy Omanu. Początkowe filmy, pełne prostych opisów, wydają się jak notatki z urlopu – krótka relacja z balkonu, kolejka ulewy w górach, kawałek tajskiego śniadania. Ale już pojawia się coś więcej: ciekawość, która nie zaspokaja się tylko widokiem morza, lecz wędrówką przez miasta, rytuały, ludzi.
Z czasem widać, jak podróż zmienia się z luksusowej ucieczki w codzienne życie. Gdzieś pośrodku drogi – najpewniej w 2015 roku – pojawia się Iran. I to nie tylko jako kraj, który można zwiedzić, ale jako przestrzeń serdeczności, gdzie blondynka i brunetka, jak nazwane zostały w jednym z tytułów, trafiają przypadkiem do przedszkola w Jazd, by pić herbatę i słuchać dzieci śpiewających irańskie pieśni pod mostem Khadżu w Esfahanie. To były jeszcze czasy, gdy kamera nagrywała ciszę, gesty, uśmiechy, bez potrzeby komentowania – jakby wystarczyło po prostu być. A potem, nagle, sukces: karnawał w Wenecji w styczniu 2016 roku. Film, który zdobywa ponad 16 tysięcy odsłuchań – więcej niż wszystkie inne razem wzięte do tej pory. Być może to właśnie ten moment stał się przełomem: świadomość, że opowieści z podróży mogą być nie tylko dziennikiem, ale czymś, co przyciąga, co budzi ciekawość, nawet gdy nie ma w tym ani efektów specjalnych, ani krzyku w kadrze.
Po Wenecji wydaje się, że kamera przestaje się zatrzymywać. Bagan w Birmy, Peru szlakiem gringo, Seychelle z ich granitowymi głazami wśród palm, potem Oman – cały serią filmów w czerwcu 2018 roku, jakby ktoś nagle odkrył, że warto opowiadać o forach, pustynnych wioskach, muzeach otwartych na powietrzu. Ale potem przerwa – dwa lata ciszy. I powrót w 2020 roku, już z nowym językiem. Tym razem nie tylko o miejscach, ale o szlakach, konkursach, współpracy z instytucjami. Film o Lubelskim Szlaku Wielokulturowego Nurtu Bugu, nagrodzony w ramach Mistrzostw Blogerów, to nie tylko podróż – to już misja. Turystyka, ale z misją: pokazywanie Polski, tej, co ucieka z głównych tras, tej, co żyje nad rzeką, między kulturami.
Widać teraz, że podróż nie odbywa się tylko za granicą. Pojawiają się Sławatycze z brodaczymi przebierańcami, z rytuałem, którego nikt nie potrafi wyjaśnić, ale który trwa. Potem Góra Synaj – całonocny trekking ku wschodzącemu słońcu, jak metafora: ciemność, zmęczenie, i nagle światło. I znów Polska – Szlak Kopernikowski, Warmia, Frombork, miasto, gdzie astronom spoczywa, a podróżniczka, teraz już nie tylko turystka, ale narratorka, prowadzi po drogach nauki i ciszy. Wystarczy spojrzeć na opis filmu: współpraca z regionalnymi instytucjami, zaproszenia do współpracy, odniesienia do rocznic. To już nie są przypadkowe nagrania, ale projekt.
Z czasem zmienia się też forma. Z prostych opisów obrazu rodzi się narracja, a z narracji – oferta. W 2024 roku pojawia się TravelPack – 58 ebooków podróżniczych w jednej paczce, akcja afiliacyjna, ograniczona czasowo. To nie jest już tylko dzielenie się doświadczeniem, lecz budowanie ekosystemu: blog, wideo, publikacje, współprace. Ale i tak widać, że gdzieś w tle nadal słychać śmiech z Tunezji, kiedy wielbłąd wchodzi na plażę, albo chwilę w Etiopii, gdy ktoś pokazuje, jak piec indżerę na patelni z teffu – prosto, bez efektów, z szacunkiem dla tego, co proste.
Pewne osoby znikają z ekranu: nie ma już wspomnień o tych, z którymi kiedyś dzielono balkon w Gandawie czy drogę w Omanie. Nie ma więcej wspólnej jazdy z jedną osobą – może to ta blondynka, może brunetka – trudno teraz powiedzieć. Ale widać, że kamera trzyma się teraz bardziej jednej osoby, jednej narratorki, która mówi „ja”, a nie „my”. I choć wciąż widać ślady dwojga, to wydaje się, że teraz podróż jest bardziej osobista, bardziej uporządkowana, bardziej świadoma.
Nie ma tu spektakularnych katastrof – tylko ciche zniknięcia, przerwy, zmiany tonu. Nie ma klęski, ale może porażka była w czymś innym: w tym, że kiedyś chodziło o to, by zobaczyć, a teraz o to, by być widzianym. Sukcesy? Karnawał w Wenecji, szlak Bugu, 58 ebooków. Ale największym sukcesem wydaje się to, że mimo zmian – mimo instytucji, marketingu, rocznic – nadal można usłyszeć szept Sahary po burzy, widzieć ślady stóp na ścieżce ku Synajowi, czy uśmiech dziecka w irańskim przedszkolu.
Historia tej podróży to historia przemiany: z obserwatora w uczestnika, z podróżnika w opowiadacza, z przypadkowego turysty w twórcę, który wie, że cel nie zawsze leży w miejscu, ale w samej drodze – i w tym, że warto go nazwać.