
CMJ: O podróżniku, który zaczął od „hahaha” i nie wiedział, dokąd poleci
Był taki czas, gdy wszystko zaczynało się od jednego zdjęcia z Nepalu, uśmiechu w kamerę i prostego hasła: „Tak zaczynałem, hahahaha”. Wtedy jeszcze nie było wielkich planów, nie było strategii, nie było nawet opisu kanału — tylko lekko zażenowany ton, jakby ktoś przypadkiem włączył nagrywanie, zanim zrozumiał, że to już poważna sprawa. Tak, z niepewnością i odrobiną ironii, rozpoczął się kanał CMJ, który stopniowo, niemal niepostrzeżenie, przekształcił się z amatorskiego dziennika podróży w spójną, choć pełną kontrastów opowieść o życiu w ruchu, między Azją, Turcją i wspomnieniami z Europy.
Bohater tej historii najpierw mieszkał — przynajmniej tak sugeruje jego początkowy ton — gdzieś poza Turcją, ale szybko okazało się, że jego baza przeniosła się na wschód od jej popularnych kurortów. To w Turcji, w okolicach Tekirovy, zaczęła się jego nowa normalność: mieszkanie w cieniu gór, z lotniskiem dla paralotni tuż za rogiem i samochodem, który towarzyszył mu w wyprawach do Mardina, Urfa czy Diyarbakır. Początkowo wydawało się, że jego życiem kieruje impuls — chwilowy kaprys, spotkanie z kimś ciekawym, albo po prostu brak lepszego pomysłu na weekend. Ale z czasem widać było, jak te impulsy układają się w system: paragliding, urbex, nurkowanie, drony, rozmowy z ludźmi, którzy też żyją poza schematami.
Początki były pełne humoru, ale i niepewności. Pierwsze filmy nosiły ślady amatorszczyzny — nie tyle brakiem techniki, ile nadmiarem entuzjazmu. Widać to w tytule „Podróże Wojownika” w „CMJ” #1TR, gdzie z entuzjazmem przywołuje partnerów, wspomina o „sausage party” i prosi delikatnie o traktowanie go, bo to przecież debiut. Wtedy jeszcze nie mówił, kim jest naprawdę, bo najwyraźniej sam jeszcze tego nie wiedział. Ale już wtedy wyłaniał się jego styl: lekki, niemal nieśmiały, z ukrytą ambicją, by robić coś nie tak, jak inni. Nie był typowym travelblogerem z listą must-see, ale raczej flâneurem przygody, który trafia tam, gdzie go zaniósł kolega, los albo zły nawyk zapominania pasażerów w locie.
Z czasem jego świat się poszerzył. Początkowe, lokalne przygody w Turcji — z Pjoterem, który miał być „prawdziwym polskim rycerzem”, z Grzegorzem CE, który stał się niemal nieodłącznym cieniem w montażu — przekształciły się w coś większego. Pojawili się nowi bohaterowie: Piotr Polo Przywarski, z którym łączyła go nie tylko wspólna pasja do YouTube, ale i bardzo fizyczna znajomość z przygodą — od walk MMA po loty paralotniowe. Marta Sielska, ambasadorka Tajlandii, dołączyła do ekipy tak naturalnie, jakby od zawsze miała być częścią tej opowieści. A potem była Monika Dorota, której pojawienie się w odcinku „Carpe Diem” wywołało tyle emocji, że powstał od razu drugi odcinek — jakby twórcy zrozumieli: to, co było spontaniczne, może stać się sensacją.
Zmiana stylistyczna przyszła płynnie. Z początkowych, niemal amatorskich montaży, przez rozwijającą się narrację, aż po moment, gdy kanał zaczął mówić o czymś więcej niż o lokalizacjach. Zaczęły się tematy: ciche refleksje nad życiem w Azji, kontrowersyjne rozmowy o turystyce seksualnej na Phuket, kulisy pracy polskich youtuberów. Zamiast tylko pokazywać, zaczął pytać. Pokazywał nie tylko Pokharę, ale i wnętrze klasztorów, nie tylko plaże, ale i starożytne studnie w górach. Z czasem zaczął prosić o kawkę za pomocą Buycoffee.to — nie jako oznakę potrzeby, ale niemal rytuału: „jeśli się podobało, postaw kawkę”. To był jego sposób, by zachować dystans, by nie brzmieć zbyt poważnie, mimo że robił rzeczy, które poważne były.
W 2022 roku doszło do przełomu. Po serii z Tajlandii, pełnej imprez na Bangla Road, meczów Muay Thai i wizyt na Phi Phi, zawiązał się węzeł: pożegnanie. Film „Coś się kończy, coś zaczyna się…” był niemal pożegnaniem z tą erą. A potem — lot do Nepalu. Tam, gdzie wszystko kiedyś zaczęło się od wspomnienia. Tym razem jednak nie było „hahahy” — była seria dokumentująca Kathmandu, Pokharę, loty w Himalajach, święto Shivaratri, tajemnicze wodospady i domy hobbitów. Było widać, że teraz nie tylko lata, ale i myśli. Już nie tylko „co dzisiaj wydarzyło się”, ale „co to wszystko znaczy”.
Największe sukcesy nie były mierzone tylko liczbami, choć i te były: odcinek z Moniką Dorota przekroczył 16 tysięcy odsłon, a „Wracamy na Air Games” czy „PhiPhi Maya Bay” też sięgnęły podobnych szczytów. Ale prawdziwym sukcesem było to, że kanał przetrwał zmiany. Przeszedł przez fazy: od kumoterskiego vloga, przez dynamiczne wywiady, aż po niemal medytacyjne opowieści z gór Nepalu. A największym potknięciem? Może utrata dynamiki, gdy po 2022 roku tempo spadło — ostatni film z września był niemal pytaniem rzucanym w próżnię: „Czy dajemy sobie spokój?”. Ale nawet to było uczciwe.
Zniknęły tematy: serwisy auta w Turcji, parawaiting, Bota — templariusz z Bakras. Przestały pojawiać się osoby jak Pjoter, który był tak ważny na początku, a potem stopniowo zszedł z planu. Zniknęło też „rent a car”, „sausage party”, i swobodne, niemal pijackie wprowadzenia. Została refleksja, dystans, kawa za ekran.
Goście byli ważni, ale nie przeludniali. Każdy miał swoje miejsce: Polo z humorem i energią, Marta z elegancją ambasadorstwa, Grzegorz CE — niegdyś montujący, potem niemal współbohater — z humorem i niezawodnością. Jego imię pojawiało się niemal w każdym filmie, jak stamp techniczny, który mówi: „to jest profesjonalnie zrobione, nawet jeśli się śmieję”.
A potem — cisza. Po „Pięknym i mało znanym miejscu” nie było już takich dużych serii. Tylko pytanie: „Czy dalej?”. I montaż znów od Grzegorza CE. Jakby oznaka, że nawet jeśli nie ma odpowiedzi, to przynajmniej ktoś nadal jest przy pracy.
Historia CMJ to opowieść o człowieku, który zaczął od śmiechu, by ukryć niepewność, a skończył na szczytach Himalajów, pytając, czy warto iść dalej — i robiąc to, mimo wszystko.