Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Co Tam W Podrozy

Co Tam W Podrozy
500+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Co Tam W Podróży: opowieść o dwóch ludziach, które wyruszyły w podróż z biletem w jedną stronę

Justyna i Tomasz Leśniakiewicz, para podróżników z nieco ponadprzeciętnym zapalnikiem do przygód, postanowiła w 2017 roku, że codzienność nie musi oznaczać rutyny. Ich własna była dość klasyczna: praca, planowanie, spłacanie czegoś, co nie dawało im już radości. A więc po prostu — wyruszyli. Nie wiedzieli dokładnie gdzie, nie mieli zwrotu, ale mieli się nawzajem, bagaże i bilety w jedną stronę. W październiku 2017 roku, zaczynając od pierwszego wideo – niemal jak odliczania startu – zaprosili świat do swojej codziennej podróży dookoła świata. I tak zaczęła się ich największa przygoda, która, choć miała potrwać nieco ponad siedem miesięcy, rozlała się w czasie jak astrolabejska fala, pozostawiając po sobie nie tyle dotyk, ile dźwięk: radość, szczery śmiech i nieustanny entuzjazm.

Ich wędrówka zaczęła się w Nepalu, gdzie od razu rzucili się w Himalaje, traktując Annapurnę nie jako wyzwanie, ale jako początek nowej formy życia. Każdy dzień trakingu był dokumentowany z humorem i prostotą – od narzekania na trudną trasę, przez poszukiwanie idealnej zupy, aż po zdobycie przełęczy Thorung La na ponad pięciu tysiącach metrów. Tam, wśród lodowców i wiatru, pierwszy raz powiedzieli „to naprawdę się dzieje”. Potem, jakby w zawijasie kart, przeskoczyli przez Dubaj, który był tylko przystankiem w drodze do Tajlandii. Tam zaczęła się ich druga faza podróży – mniej ekstremalna, ale pełna detali: smaki tajskich ulicznych stoisk, pętla Mae Hong Son na skuterze, wspinaczki po kleistych wodospadach, a nawet pierwszy lot paralotnią nad Pokharą. W tym czasie ich kanalik zaczął nabierać kształtu: nie był to typowy travel vlog z efektownymi montażami, lecz prawdziwy dziennik podróży, z otwartymi oknami, szumem deszczu i czasem – tajskimi pająkami w namiocie.

Tomasz, choć nie zawsze przygotowany na kontakt z arachnidami, pokazywał się jako spokojny planista, który zawsze miał zapasowy ręcznik, mapę i odpowiednią muzykę. Justyna, pełna energii i ciekawości, nie bała się skakać do rzek, rozmawiać z lokalnymi czy próbować jedzenia, którego nazwa była nie do odczytania. Razem byli jak układ, który działa – on liczył, ona czuła. Ich relacje nie były przedstawiane sztucznie, ale też nie ukrywano, że w podróży czasem się kłócą. Jednak nawet ich kłótnie były czymś, co budziło zaufanie u widzów: „jeśli oni to wytrzymują, to i ja”.

Ich podróż nie była tylko o miejscach. Była o ludziach – o Bąblu, himalajskim przyjacielu z Nepalu, o Baby z Malezji, o miejscowych fryzjerach i przewodnikach, którzy zostali nieoficjalnymi bohaterami ich vlogów. Była też o kulturach – od cicho szepczących świątyń w Luang Prabang po huczące kasyna w Las Vegas. Kiedy w 2018 roku wkraczały w USA, ich styl nieco się zmienił – zaczęli mówić o „road tripie”, o parkach narodowych, o zachodach słońca nad Horseshoe Bend. Ale nadal byli sobą: z małymi żartami, niepotrzebnymi pytaniami i zawsze wielką miłością do szczegółu.

W Indonezji ich podróż zaznaczyła się największym przełomem. Tam, kiedy dali radę pokonać wulkan Bromo, kiedy pływali wśród waranów z Komodo i nurkowali wśród rekinów, ich kanalik zaczął nabierać tempa. Filmy z Komodo i Flores zyskały tysiące odsłon, a tytuł „Co jedzą warany z Komodo?” stał się chwilowo ich największym hitem. Ale nie minęły trzy miesiące, a napotkali największą trudność – zostali okradzeni. Ten dzień, który nazwali „najgorszym w podróży”, był też jednym z najważniejszych – nie dlatego, że pokazali skradzione walizki, ale dlatego, że pokazali, jak radzą sobie z porażką. Nie uciekli się do dramaturgii, tylko szczerze powiedzieli: „to bolało, ale żyjemy”.

Kolejnym etapem była Nowa Zelandia – kraj, który traktowali jak scenografię z filmu fantasy. Spadochron nad Wanaką, wodospad Huka, lodowiec Franz Josef – wszystko to było nagrywane z mieszaniną zachwytu i lekkiego niedowierzania. Kiedy szli szlakiem Routeburn, a potem nurkowali wśród delfinów w Kaikoura, wydawało się, że świat przygotował dla nich finałową kulminację. A potem – USA. Road trip z Los Angeles przez Dolinę Śmierci, Grand Canyon, aż po Las Vegas. Pojazd, muzyka, otwarte horyzonty i miliony emocji. Wtedy, w hotelu z basenem, zrobili coś, co dotąd było nie do pomyślenia – zatrzymali się. Nie na długo. Bo już mieli bilety dalej.

Na Galapagos ich podróż nabierała charakteru prawdziwej medytacji. Tutaj nie było miejsca na pośpiech. Było tylko ono: życie, które nie bało się ludzi, a ludzie, którzy nie chcieli mu szkodzić. Nurkowanie wśród rekinów, kajakowanie w Tortuga Bay, spacer wśród żółwi i flamingów – wszystko to nagrywali z wielką pokorą. A kiedy 10 marca 2019 roku opublikowali ostatni odcinek – #200 – nie było tam efektownego pożegnania, tylko ogromne „dziękuję”. Dziękuję za komentarze, za wsparcie, za to, że byli ich publicznością. Powiedzieli, że wracają, ale że to nie koniec – tylko przerwa. I że to, co zrobili, było możliwe tylko dlatego, że nie byli sami.

Ich największym sukcesem nie było 200 filmów. Nie było to ani 7000 odsłon, ani nawet film o Komodo, który został przejazdówką miliona. Ich sukcesem było życie – powiedziane szczerze, bez filtrowania, bez kolorów. Ich największym potknięciem było to, że czasem zapominali, że nie wszyscy mogą pozwolić sobie na taki wyjazd – ale nigdy tego nie bagatelizowali. Ich tematy zmieniały się: zaczęli od trekigu, skończyli na filozofii podróży. Ale zawsze wracali do tego samego: jak wygląda życie, kiedy nie musisz się spieszyć.

Zniknęły z ich codzienności autostopy, skutery, namioty. Zniknął także Bąbel – ostatni raz pojawia się w 2018 roku. Zniknęło też „codzienne nagrywanie”, kiedy po #200 kanalik zaczął milczeć. Ale nie zapadła całkowita cisza. Bo ich historia została.

To była podróż, w której najważniejsze były nie kraje, ale dwoje ludzi, które pokazały, że można żyć inaczej – i że czasem, wystarczy tylko bilecik w jedną stronę.