Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Czas na Wywczas

Czas na Wywczas
1K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodarozrywka

Czas na Wywczas: historia dwóch biurowców, którzy w końcu wyszli przez drzwi

Ania i Artur to para, której imiona brzmią jak nazwa idealnego prezentu urodzinowego – coś między relaksem a wymarzonym tygodniem oddechu od rzeczywistości. Przez lata byli dwojgiem ludzi, których życie zmieściłoby się w skrócie: „praca, oszczędzanie, sen”. Mieszkańcy Warszawy, przyzwyczajeni do rytmu metra, długich spotkań w konferencyjnych salach i cichego liczenia złotówek na kolejny wyjazd – tych prawdziwych, co trwają dłużej niż weekend i nie kończą się w poniedziałek o siódmej rano przed szklaną fasadą biurowca. Ich podróżniczy projekt zaczął się nie od wielkiego skoku, lecz od delikatnego potrącenia przez marzenie – najpierw Madera, potem Austria, Sztokholm, a w końcu Meksyk i Belize, które zapowiedziano jak filmowy cichy zapowiednik przed serią, która nigdy nie dotarła do ekranów.

Początki ich kanału to niemal domowe wideo, nagrane z entuzjazmem turysty, który po raz pierwszy trzyma w ręku kamerę i nie może się powstrzymać przed mówieniem do obiektywu. Relacje z Funchal, Zell am See czy Sztokholmu miały charakter ciepły, prywatny, jakby zaproszenie do albumu rodinnego – bez efektów specjalnych, za to z mnóstwem naturalnego światła i uśmiechów. W tle słychać było muzykę z radiowej stacji, a nie z biblioteki stockowej, a opisy miały formę zaproszenia: „zobaczcie, co tu było – warto!”. Wtedy jeszcze nie było mowy o vlogach, o projekcie Skok w Bok, o półrocznej przerwie od rzeczywistości – były tylko dwa oszczędne konta, które odkładały na „wywczas” jak na coś świętego.

W 2018 roku wszystko się zmieniło. Nie było gwałtownego przebudzenia, raczej systematyczne narastanie frustracji z tym, że „odkładać” nie wystarczy. W jednym z filmów padła decyzja: ruszają na sześciomiesięczny wyjazd – przez Rosję, Chiny, Japonię, aż po Nową Zelandię i Australię. To nie był już tylko kanał podróżniczy, to był manifest: „przestajemy czekać”. I choć nie wszystkie etapy tej wyprawy trafiły na YouTube’a w pełnej formie, to co się pojawiło – rozmowy o Rosji, refleksje z Chin, zapowiedzi z Bajkału – miało inny ton. Spokojniejszy, bardziej zastanowiony, jakby po raz pierwszy naprawdę słuchali świata, a nie tylko go fotografowali.

Ich vlogi zaczęły nabierać tempa i formy. Barcelona w 2018 była pierwszym prawdziwym krokiem w stronę narracji – nie tylko „co zwiedziliśmy”, ale „jak to było”. A potem Maroko – ten film, który eksplodował w statystykach, osiągając ponad 70 tysięcy odsłon. Maroko było ich przełomem, momentem, w którym przypadkowy kanał stał się czymś, co warto śledzić. Pokazali cesarskie miasta, trekking w górach, niebieskie Cheufchan – ale przede wszystkim pokazali, jak można zobaczyć kraj, nie trzymając się sztywnego planu. Maroko było jak sygnał: „Jesteśmy teraz tu, naprawdę”.

W międzyczasie zniknęła pewna konwencja. Przestały pojawiać się wspomnienia o przyjaciołach, którzy mieli towarzyszyć w podróży – być może zostali w tle, może nie wytrzymali tempa. Ania i Artur stali się parą w pełnym tego słowa znaczeniu – nie tylko jako twórcy, ale jako jedyna stała oś kanału. Nie było więcej wspomnień o biurowcach, przestały padać frazy typu „na co dzień siedzimy w Warszawie” – jakby ten etap został oficjalnie zamknięty. Nawet gdy pojawili się w Austrii w 2020 roku, robią to już jako ludzie, którzy podróżują nie dla odreagowania, ale dla życia.

Islandia – nagrana w czasach pandemii – była ich najbardziej wyrafinowaną produkcją. Dwa odcinki, pełne krajobrazów jak z innej planety, z czarnymi plażami, lodowcami i „kanionem Biebera”, jak z humorem nazwali jedno z miejsc. To było już nie tylko o tym, gdzie byli, ale o tym, jak to się czuje – zimno, zmęczenie, ale też zachwyt, który nie trzeba tłumaczyć. To była podróż dorosłych ludzi, którzy wiedzieli, że nie wszystko da się zaplanować, ale warto spróbować.

Z czasem zaczęły znikać kierunki, które kiedyś były obiecane. Meksyk i Belize pozostały przy tej jednej zapowiedzi. Tajwan, choć doceniony jako „odkrycie roku”, nie został rozwinięty w serii – pojawił się tylko w dwóch filmach, jako krótka, ale pasjonująca opowieść o jedzeniu, deszczu i zielonych pagórkach. A potem – cisza. Po Islandii żadnych nowych vlogów. Kanał, który zaczął się od snu o wakacjach, zdaje się kończyć tam, gdzie zaczyna się prawdziwe życie: poza kamerą.

Największym sukcesem Ani i Artura był nie liczba subskrypcji, nie miliony – to Maroko, film, który przekonał setki osób, że warto wyjechać. A największym potknięciem? Może to, że nie wszystkie marzenia dały się opowiedzieć. Że nie wszystkie wyprawy trafiły na ekran. Że czasem najważniejsze rzeczy dzieją się tam, gdzie kamera nie zdążyła się włączyć.

Ich najpopularniejsze filmy – Maroko, Islandia, Barcelona – to nie tylko relacje z miejsc, to mapy emocji. A najmniej oglądane – jak te pierwsze zapowiedzi z Tajwanu czy projekt Skok w Bok – to przypomnienie, że nie wszystko, co się planuje, musi się spełnić, by było warto.

Historia Ani i Artura to opowieść o tym, jak marzenie może stać się pracą, a potem – życiem. Że czasem trzeba najpierw zatrudnić się w biurowcu, by zrozumieć, jak cudownie jest wyjść przez drzwi i już nie wrócić.