
Daniel Such – człowiek z kamerą i bez punktu zbornego
Daniel Such to ten typ człowieka, który najpewniej zamiast listu motywacyjnego do pracy dostałby się dzięki filmikowi z rajdu harcerskiego. Jego historia zaczyna się wśród kłodzkiej zielonych opasek, gdzie kamera była nie tyle narzędziem twórczym, ile naturalnym przedłużeniem radości z działania. Wtedy, pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, Daniel był częścią dynamicznego środowiska harcerskiego, a jego filmy to relacje z rajdów – Arsenału, Marzanny, Kamyków – pełne zadymionych tras, bieganiny po górach i entuzjazmu młodych ludzi, którzy wierzyli, że przygoda to coś, co się organizuje raz na kwartał. W tych pierwszych nagraniach nie ma jeszcze marki, nie ma scenariusza – są tylko uśmiechy, dziękowania dla komendantki hufca i Kamili, której nazwisko padło wśród podziękowań jak świętość lokalnej legendy.
Z czasem jednak kamera przestała służyć tylko dokumentowaniu zbiórek. Przeskoczyła z harcerskich plakiet do basowego koncertu Voo Voo, gdzie Daniel pojawił się nie jako reżyser, lecz jako muzyk – z basem, pod mikrofonem, w centrum sceny. To był moment, w którym jego świat poszerzył się o nową warstwę: nie tylko obserwował, ale też sam stawał się treścią. Ale to nie był jeszcze przełom. Przełom nadszedł w 2014 roku, kiedy zniknął z ekranów na dłużej, by wrócić z czymś zupełnie innym – z wyjazdem, który trwał ponad trzy miesiące i kończył się na Boże Narodzenie. Wtedy po raz pierwszy padło imię Asii i Michała – jego towarzyszy przygody, ludzi, którzy pojawili się w opisie filmu jak członkowie załogi statku kosmicznego: „Daniel, Asia i Michał”. To był początek Projektu Przygoda – tytułu, który brzmiał jak manifest, a wyglądał jak pierwszy krok do życia bez stałego adresu.
Wkrótce stało się jasne, że Daniel nie wraca. Zamiast tego ruszył dalej – do Gruzji, Peru, Panamy, Meksyku, Kuby, Gwatemali. Kamera, która kiedyś trzęsła się na trasie rajdu, teraz sunęła po drogach Ameryki Środkowej, nagrywając tamales, dżungle, wulkany i strome zbocza Kanyonu Colca. Świata harcerskiego nie było już słychać – zniknęły nazwy akcji, hasła, zadania przedrajdowe. Została tylko podróż, luźna, spontaniczna, nieco chaotyczna. W 2018 roku pojawiła się nowa postać: Moniś. Razem z nią Daniel zaczął vlogować – z niezgrabnym entuzjazmem, z uśmiechem, z adnotacją, że „są żółtodziobami w kwestii vlogów”. Ale właśnie ta nieśmiałość, ta chęć „wydurniania się”, dała nowy ton. Tak nagle z dokumentalisty harcerskiego zrobił się podróżnik z humorem, który pokazuje nie tyle idealne widoki, ile raczej to, co widać, gdy się nie trzyma oficjalnych szlaków – depresyjne miasto Anton, kubańskie wozy konne, domy Majów, jezioro Titicaca, które „ludzie zrobili z siebie”.
W jego świecie pojawiali się inni – Kuba, wspomniany jak ktoś, kto „niestety tu nie ma, ale będzie osobno”, co brzmi jak zapowiedź, która nigdy nie została spełniona. Asia i Michał zniknęli bez słowa, jakby ich część historii się skończyła. Moniś została – przynajmniej do czasu. Ich wspólne filmy to nie tylko relacje z podróży, ale też delikatna opowieść o parze, która eksperymentuje z formą, z muzyką, z tym, jak wygląda życie na drodze, gdy się ma kamerę i chęć dzielenia się głupotami.
Były też chwile poważne – jak film z 2017 roku o 22 pompkach dziennie, który nagle wystrzelił poza turystykę i dotknął tematu stresu pourazowego u weteranów. To było jedno z tych nagraniach, które nie pasowało do reszty – nie było tam dżungli, nie było Moniś, nie było żartów. Była tylko liczba, symbol, wyzwanie. I może właśnie dlatego zostało jednym z najbardziej zapadających w pamięć.
Największe sukcesy Daniela nie mierzy się liczbami – bo danych o oglądalności nie ma, a jego kanał to raczej archiwum niż maszyna viralowa. Ale sukcesem jest to, że przetrwał – przez ponad piętnaście lat, przez zmiany stylu, przez zmiany życia. Sukcesem jest to, że z harcerskiego filmiku z obozu zrobił coś, co przypomina dziennik życia bez ustalonego planu. A największym potknięciem? Może to, że czasem nie wiadomo, kim właściwie jest – reżyserem, muzykiem, podróżnikiem, żartowniścem? Ale może to nie potknięcie, tylko wybór.
Jego najpopularniejsze filmy to te, które wyłamywały się z szeregu – „Georgian adventure”, „colca kanyon Peru”, czy „22/22”, ale najciekawszy jest ten ostatni film, z marca 2024 roku – „Kolizja kochanów”. Tytuł, który brzmi jak początek romansu, a może być tylko zwykłym wypadkiem na drodze. Albo nie. Trudno powiedzieć, bo opis jest lakoniczny: „Kolizja kochanów 26.3.2024”. Jakby po wszystkich podróżach, po tylu krajach, po tylu postaciach, historia znów zawróciła do prywatnego, osobistego, może nawet bolesnego momentu.
Daniel Such to człowiek, który przez półtora dekady nie przestał nagrywać, nawet kiedy nikt nie patrzył – bo dla niego kamera to nie narzędzie sławy, ale sposób, by nie zapomnieć, kim był w danym momencie, gdzie stał i z kim.