
Daniel SZYSZ – między obiektywem a morzem
Daniel SZYSZ to człowiek, który ze zdjęcia zrobił życie, a z życia – dokumentację. Zdjęcia ślubne były jego początkiem, takim, jaki zapisują się na sztywnych kartach staromodnych albumów. Jego pierwsze filmy, nagrane jeszcze w 2008 roku, pokazywały muzykę rytuałów masajskich nad jeziorem Wiktorii czy nabożeństwa w Kenii i Egipcie – wtedy jeszcze nie był mężem, nie miał dzieci, nie był dziadkiem. Był fotografem wędrownym, z kamerą w ręku, gotowym wskoczyć do wraku na czerwonoskórym GoPro. Jego pasja do podróżowania tłumiła się w wodach czerwonego morza, w dżunglach Sri Lanki i na pustyniach Maroka.
Z czasem te podróże stały się spokojniejsze, a kamera przesunęła się z wraków ku plażom Świnoujścia. Miasto, które zawsze było jego portem, zaczęło pojawiać się w nagraniach coraz częściej – najpierw jako tło sesji ślubnych, potem jako główny bohater. Z drona, który nadlatywał nad miasto jak ptak obserwujący swoje gniazdo, Daniel pokazywał Świnoujście z góry: mgłę nad miastem, zachody słońca nad plażą, promy wychodzące w morze. Zobaczył w swoim rodzinnym zakątku coś, co inni zbywali za turystyczne atrakcje – uroki codzienności. I zaczął je opowiadać.
Gdzieś pomiędzy sesjami ślubnymi a pokazami barmanów, zabrał za rękę Martynę, swoją żonę, i razem przekształcili kanał w rodzinną kronikę. Zjawiała się ona w filmach: raz spadochronem skacząc nad Piotrkowem, raz w Afryce, ubraną w kolorowe szaty, zdjęta wśród ludzi, czworo oczu z Afryką. Z czasem ich rodzina się powiększała – pojawiły się dzieci, a potem wnuki. Daniel, szczęśliwy mąż, stał się dziadkiem gromadki. I choć z sesji ślubnych nie zrezygnował – nagrywał nadal, że "zdjęcia ślubne nie muszą być nudne", teraz robił te same „nie nudne” zdjęcia także wnukom.
Zmiana przebiegła cicho, bez manifestów. Z kamerą przeszedł z Kenii do Świnoujścia, z GoPro na drona, z podróżnika na lokalnego kronikarza. Zrobił się wydawcą portalu Świnoujście w sieci, a jego kamera zaczęła rejestrować nie tylko zakręty świata, ale i lokalne wydarzenia: March Pamięci Żołnierzy Wyklętych, Dni Morza, kolejki na przeprawie Karsibór. Zajmował się także sprawami miasta – nagrywał, gdy prom dryfował po kanale, gdy tunel po oberwaniu chmury wciąż był przejezdny, gdy działki pod Topieniem tonęły w wodzie. Był nie tylko obserwatorem, ale i głosem, który pytał: „A kto za to odpowiada?”.
Jego największe sukcesy to nie tylko filmy z setkami tysięcy odtworzeń, ale i te, które przyniosły zmiany – nagrania o podtopionych działkach, czy o koronawirusowym pustym mieście. Ale były też potknięcia – np. kiedy nagrał lotnisko w Hurghadzie bez ludzi, nie wiedząc, że świat właśnie wchodzi w globalny kryzys. To nie był błąd, tylko zbyt szczery obraz – i właśnie dlatego dziś wydaje się prawdziwszy niż wiele komentowanych dokumentów.
Gdzieś w drodze zniknęły tematy – żarty o skaczących paralotniarzach, ekstremalne plenery w śniegu, sesje z barmanami. Został za to dziadkowskie przedszkole, wędrówki z wnukiem Leonem, pielgrzymki na Jasną Górę. Najczęściej pojawiającą się osobą oprócz Martyny stał się właśnie Leon – jego głosy, pytania, pierwsze słówka. A osoby, które przestały się pojawiać – to klienci, nieznajomi; dziś jego kamera uchwyca rodzinę i miasto, nie anonimowe pary w strojach ślubnych.
Największą oglądalność mają jego filmy o tunelu w Świnoujściu, a zwłaszcza ten, gdzie pokazuje, że po ulewie pod wodą nie ma… nic. Nie było przełomu, który bynajmniej nie przyszedł z góry, tylko z gąsienic drona, który odważył się lecieć tam, gdzie inni tylko gadali. I w tym punkcie Daniel przestał być tylko fotografem – stał się świadkiem, lecz bez przystanku.
Teraz jeździ z Martyną pieszo po Camino, pakuje plecaki po 16 kg, pokonuje góry Montes de León i zapisuje, jak botafumeiro kołysze się nad kościołem w Santiago. Ale wraca – zawsze do Świnoujścia, gdzie palmy zimą marzną, a on nagrywa, jak wyglądają w mrozie. Jego kamera zaczyna się i kończy tam, gdzie serce – między morzem a dziadkiem, między obiektywem a człowiekiem.
To historia o tym, jak pasja do zdjęć przeszła przez świat i wróciła do domu, by go nie opuszczać.