
Dawid Fazowski: z Fazolandii na szczyty i z powrotem
Gdzieś w zakątku Beskidu Żywieckiego, tuż przy granicy z Czechami i Słowacją, w małym miasteczku Zwardoń, powstał świat o nazwie Fazolandia — miejsce, które najpierw było marzeniem, potem remontem zabytkowej chałupy, a w końcu stało się nazwą kanału, stylu życia i osobistym teatrem codzienności. Tu, wśród gór, śnieżnych zim i widoków na trzy państwa naraz, żyje i tworzy Dawid Fazowski, człowiek, który zamiast uciekać od rzeczywistości, postanowił ją pokazywać — z humorem, bezpretensjonalnie, ale z coraz większym zaangażowaniem.
Początkowo kanał nosił nazwę „Faza na końcu świata”, co brzmiało jak ironiczne pożegnanie z cywilizacją, a szybko okazało się, że to raczej początek nowej przygody. Dawid, który wcześniej najwyraźniej nie był podróżnikiem w starym stylu, czyli tym z plecakiem i autostopem, ale raczej kimś, kto zna życie miejskie — wspomina swoje Żory jako miejsce rodzinne, do którego od czasu do czasu wraca, by pokazać, że i tam jest co oglądać — postanowił przepisać swoją historię. Zamiast szukać sensu życia na końcu globu, zaczął go szukać tuż za domem: przy granicy, na trasach rowerowych, w bunkrach i na Wielkiej Raczę, gdzie świat rozciąga się na kilkanaście pasm górskich. Jego pierwsze filmy były jak zaproszenie do nowego świata — z lekkim entuzjazmem, z nieco nadmiernym „yoooł”, ale z autentycznym ciepłem. Pokazywał, jak dojechać do Trójstyków Seicentem, jak odśnieżać Fazolandię, a także jak zakładać łańcuchy na opony — bo zima nie wybiera, a przygotowanie jest obowiązkiem.
Wkrótce okazało się, że Dawid to nie tylko gospodarz, ale i ktoś, kto lubi gości. Pojawiali się regularnie: Michał Pater z „Autostopem na koniec świata”, który zapewne uśmiechnął się ironicznie na kontrast między swoimi podróżami a Fazolandią, Piotr Pająk, znany jako Podróże Wojownika, czy Hanys, „duma narodu polskiego”, który odwiedził Fazolandię jak ambasador luźności. Z czasem grono gości się zmieniło — Kubu Pateckiego z „PatecWariatec” można było spotkać przy składaniu mebli i ekstremalnych zjazdach na nartach, a BNT przyszedł na luz i po to, by razem odwiedzić OSP. Byli też inni: Adrian z „Królową Życia”, Dawid z Malmo-OZE, czy Ariel, który montował rekuperację — bo nawet w wiejskiej Fazolandii trzeba dbać o mostki termiczne.
Jednym z momentów przełomowych była decyzja o zmianie napisu na bramie: z abstrakcyjnego hasła na konkretną nazwę — Fazolandia. To był sygnał: to już nie tylko kanał, to miejsce. I ono się zmieniało. Zniknął stary, niebezpieczny plac zabaw — zamiast niego miała powstać piaskownica, potem warsztat, a w końcu — dom. Prawdziwy, szkieletowy, własnoręcznie budowany. To była kolejna metamorfoza: z obserwatora życia wiejskiego na jego twórcę. Nie wystarczyło już tylko opowiadać, trzeba było wbijać słupy, ciąć belki i wiercić deski — nawet jeśli wiertarka połknęła rękawiczkę. Ten przeskok — od turysty do budowniczego — był najbardziej wyrazistym momentem całej historii. Filmy zaczęły wyglądać inaczej: mniej jak spacer z kamerą, więcej jak dziennik frontu. W jednym dniu kładziono strop, w drugim montowano krokwie, w trzecim cięto deski, a wszystko to przy pomocy sprzętu od sponsorów, których Dawid wspominał z wdzięcznością i nieco machinalnie, jakby stał się ambasadorem świata narzędzi i izolacji.
Z czasem widać było, że jego świat się rozszerza. Pojawiały się filmy z Małej Fatry, z Częstochowy — pieszo, co brzmiało jak nowa forma pokuty czy медytacji — a nawet zapowiedzi wyjazdu do Indii i Nepalu. To były już nie tylko „kulisy Fazolandii”, ale początek nowego cyklu: „Przez Świat na Fazie”. Choć kanał główny skupiał się na budowie, to na drugim, równoległym torze, Dawid wyruszał w drogę — najpierw pieszo, potem z kamerą, z powrotem do swoich korzeni, do miejsc z młodości, ale też do przyszłości, którą robił sam, piłą, młotkiem i cegiełkami metaforycznej cierpliwości.
W międzyczasie zmieniały się pojazdy. Captur odszedł, a zastąpił go Jeep Avanger — bo trzeba było czegoś, co poradzi sobie na drogach Fazolandii. Potem pojawił się elektryczny cross od Surrona, który miał go zawieźć wszędzie — nawet na pace w górę. Przyczepka była „ogromna”, a piła NAC „dała radę” — nawet przy wycince drzew nieprzygotowanemu fachowo Dawidowi, który śmiał się z siebie, że najpierw zrobił „kamikaze”, a potem już ogarnął.
Były też potknięcia. Film o zakładaniu łańcuchów, który miał wydawać się żartem, nabrał sensu przy pierwszych opadach śniegu. Wypadek na skuterze śnieżnym? Było. Większe upokorzenie? Nieudany zjazd na nartach w Rajczy, gdzie Dawid po kilku metrach upadł — ale wrócił, by się nauczyć. Dzieci miały dostać tajną bazę, a on sam — komin, klimatyzację i system rekuperacji. Wszystko to było dokumentowane z tą samą, nieco plastikową, ale szczerym entuzjazmem: „yoooł”, „miłego oglądania”, „polecam”, „zobaczcie sami”.
Największe sukcesy nie były nagrodami, ale filmami, które przekroczyły setkę tysięcy wyświetleń: początek kanału, dzień z gospodarza, wyjazd do Częstochowy, ale przede wszystkim film „ZAKUPY” — nagrany 5 czerwca 2025, który zdobył ponad milion wyświetleń, jakby cała Polska nagle zainteresowała się, co kupuje człowiek budujący dom. Co było w środku? Nikt nie wie — film jest pusty. Ale to właśnie ten pusty, ironiczny, może niefortunny, a może celowy gest stał się viralem. To był moment, w którym absurd spotkał się z rzeczywistością: budowa domu, która trwała miesiącami, zakończyła się filmem o... niczym. I właśnie w tym była sedno całej historii.
Niektóre osoby przestały się pojawiać: Hanys, Patec, BNT — jakby etapy życia wymieniały swoich bohaterów. Michał Pater zniknął po pierwszych odcinkach, jakby przekazując pałeczkę. A nowi, jak ekipa Malmo-OZE czy producenci narzędzi, stali się stałymi gośćmi — nie dlatego, że byli bliscy, ale dlatego, że świat Dawida stał się światem sponsorowanych rozwiązań. Tylko że on to robił naturalnie, bez napięcia, jak ktoś, kto naprawdę wierzy, że wiertarka NAC to coś więcej niż reklama.
Tematy, które zniknęły bez słowa, to głównie same „podróże” — bo Dawid nie jeździł, tylko budował. Zamiast krajobrazów dalekich krajów, były krajobrazy fundamentów. Zamiast relacji z Bliskiego Wschodu — opowieści o tym, jak trudno jest czyszczyć oczko wodne. A mimo to, jego świat był duży. Bo to nie o dystansie chodziło, ale o głębi.
Gdy po latach wrócił na scenę z „Stand-up na Fazie”, zapraszając na występy po całej Polsce, było jasne: to już nie tylko YouTuber, ale artysta, który opowiada o swoim życiu tak, jakby to był monolog — z humorem, z pokorą, z echem gór. A kiedy mówił, że opowie o tym, co na YouTube „nie było pokazane z powodu cenzury”, każdy wiedział: chodzi o rzeczy prawdziwe, bo cenzura nie blokuje filmów — blokuje uczucia.
Jego historia to historia przemiany: z miasta na wieś, z pasywnego obserwatora w aktywnego twórcę, z marzenia o podróży w podróż do wnętrza własnego życia.
To była opowieść o tym, jak człowiek znalazł się w środku świata, bo postanowił, że jego świat to Fazolandia — i że wystarczy.