
Denis Gierczak: Polak w sercu Szanghaju
Denis Gierczak to nie tylko imię i nazwisko w tytule kanału, ale i żywotna postać przewijająca się przez kadry filmów z Szanghaju — miasta, które od 2016 roku stało się jego duchowym domem. Jego historia nie zaczyna się jednak w gęstwinie drapaczy chmur, a w Polsce, skąd wyjechał, by zanurzyć się w zupełnie innym świecie: tym chińskim, skomplikowanym, barwnym i nieustannie pulsującym życiem. Nie był emerytem z wizją spokojnej emigracji, nie był też tylko turystą z kamerą — Denis wybrał się do Chin, by żyć, a nie tylko oglądać.
Jego kanał, Denis w Chinach, narodził się nie z zaplanowanego projektu medialnego, ale z potrzeby dzielenia się tym, co widział. Początkowe filmy to nieco przypadkowe nagrania z chińskich świąt, z tłocznych ulic Szanghaju, z dekoracji Ogrodu Yu Yuan. Ale wtedy, w styczniu 2020, świat zadrżał. Chiński Nowy Rok zbiegł się z czymś większym — pojawieniem się wirusa z Wuhan. I to właśnie ta chwila, pełna niepewności, pustych ulic i kolejek po maseczki, wypchnęła Denisa na pierwszy plan. Jego nagrania z opustoszałego metra i supermarketów, gdzie brakowało nie tylko mydeł, ale i makaronu, stały się nagle bardzo ważne. Ludzie patrzyli na Szanghaj przez jego obiektyw jak na przedsionek nadchodzącego globalnego chaosu.
W ciągu kilku tygodni film po filmie tworzył chronikę epidemii nie z pozycji analityka, ale zwykłego mieszkańca miasta — kogoś, kto sam nie wiedział, czy jutro kupi maseczki, czy uda mu się wydostać z kwarantanny. Jego głos był spokojny, a narracja — praktyczna: pokazywał, jak działa system zdrowotny w czasie kryzysu, jak Chińczycy radzą sobie z izolacją, jak lokalne osiedla zamieniają się w zamknięte enklawy. W jednym z filmów, który zyskał ponad 47 tysięcy odsłon, pokazywał, jak wsiada do pustego metra, z maską na twarzy i z pytaniem: „Czy to naprawdę normalne?”. Był to moment przełomowy — kanał przestał być ciekawostką i stał się źródłem informacji dla Polaków zatrzymanych w czasie pandemii.
Z czasem epidemia zaczęła ustępować, a Denis odkrył, że może opowiadać nie tylko o kryzysach, ale o życiu. Rozwinął serię Poznajemy Chiny, która stała się jego nową wizją artystyczną. Przez nią pokazywał coś, co wielu oglądało tylko w stereotypach: życie na przedmieściach Szanghaju, ulicznych sprzedawców bułeczek baozi, emerytów z szablami treningowymi w parku, czy ciche rytuały na chińskich cmentarzach. Jego kamery wędrowały po starych dzielnicach, gdzie krany były przykręcane do puszek, a mieszkania wyglądały jak z innej epoki. Były to nie tylko dokumenty kulturowe, ale też opowieści o ludzkich losach — jak ta o Kasi, jego partnerce, której rodzina mieszka w XuanCheng w prowincji Anhui. To właśnie jej miasto stało się tłem dla wielu filmów: o wizycie u babci, o chińskich pogrzebach, o domowych przygotowaniach do świąt.
Kasia pojawiała się w tle, czasem w cieniu, ale zawsze obecna — jako głos, jako pomoc przy tłumaczeniach, jako przewodnik między kulturami. Razem z Denisem byli parą, która pokazywała, jak życie w Chinach może być nie tylko wyzwaniem, ale codzienną przygodą. Razem jeździli pociągami drugiej kategorii, które Denis nazwał „koreańskimi”, bo wydawały się przywozić z innej rzeczywistości — pełne kontroli, kodów QR i pomiarów temperatury. Razem spacerowali po targach, gdzie sprzedawano nie tylko kwiaty, ale i węże, a raz nawet przypadkiem znaleźli się na pogrzebie — nie swoim, ale rodzinnej znajomej Kasi.
Z czasem Denis zaczął eksplorować nie tylko codzienność, ale też historię. Jego podróż do Harbinu była nie tylko wyjazdem, ale eksploracją polskiego śladu w Chinach. Harbin, miasto zbudowane przez Rosjan, ale także Polaków, stało się dla niego wielką ciekawostką — tam szukał śladów Władysława Kowalskiego, „polskiego króla Mandżurii”, odwiedzał ruinę katedry św. Sofii i kościół św. Stanisława, którego obrazy dziś wiszą w archiwach w Polsce. To były filmy nie tylko o teraźniejszości, ale o pamięci — o tym, jak daleko sięgała polska obecność na Dalekim Wschodzie.
Kanał stopniowo zmieniał ton. Z dramatycznych relacji z epidemii przeszedł do doceniającego, prawie poetyckiego obserwowania rzeczywistości. Denis pokazywał księgarnię na 52 piętrze wieżowca, najwyżej położoną w Chinach, filmował jasny poranek nad jeziorem ErHai w Yunnan, spacerował po historycznych wsiach, gdzie młodzi ludzie wychodzili na emigrację, a starzy pozostawali z domami pełne wspomnień. Jego filmy stały się cichym hymnem dla tych, którzy wierzą, że najważniejsze rzeczy dzieją się poza centrami — w zaułkach, na targach, w rodzinnych kuchniach.
W pewnym momencie dołączył do niego Piotr, inny Polak z Chin, i razem zaczęli prowadzić cotygodniowe rozmowy — „Pitu, Pitu o Chinach”. Były to dyskusje nie tylko o kulturze, ale też o relacjach, pieniądzach, o tym, kto w chińskim związku trzyma portfel. To były rozmowy pełne subtelnej ironii, ale też autentycznej chęci zrozumienia. Nie wszystko trafiło do pierwszych planów — niektóre postacie, jak Jarek z kanału Chiński Biznes, pojawiały się kilkukrotnie, by potem zniknąć bez słowa. To nie były żadne konflikty, raczej naturalne przesunięcia w orbitach życia.
Największym sukcesem Denisa stał się film o wsi w Chinach, który zgarnął ponad 90 tysięcy odsłon. To właśnie tam, w prowincji Anhui, zaproszony przez babcię przyjaciółki Kasi, pokazał życie, które wydaje się zamarłe w czasie — z błotem, wodą, uprawami ryżu i smakiem domowych jedzeni. To było coś więcej niż turystyka: to był rzut oka na przeszłość, która wciąż żyje. Ale były też i porażki — jak brak kontynuacji niektórych serii, jak film o „Chińskim Nowym Roku 2021”, który pozostał pojedynczym odcinkiem, jak zapowiedzi wyjazdów, które nie zostały dokończone. Czasem widać, że kanał rośnie, ale też się zmienia — niektóre tematy, jak pandemia, stopniowo zniknęły, bez komentarza, jakby zgasły same.
Denis dawno przestał być tylko Polakiem w Chinach. Stał się opowiadaczem, tłumaczem kultur, człowiekiem, który zamiast mówić „co jest dziwne”, pyta: „dlaczego tak działa?”. Jego filmy to nie rejs po egzotyce, ale spokojna jazda rowerem po miastach, wsiach i sercach ludzi, którzy tu mieszkają.
Ta historia to opowieść o tym, jak zwykły Polak, z kamerą i ciekawością, nauczył się widzieć świat inaczej — nie przez pryzmat strachu, ale przez okno sąsiedztwa.