Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Dom to Casa

Dom to Casa
30K+ subskrybentów
Obserwuj
vanlifeprzygodanieruchomości

Dom to Casa: Opowieść o marzeniu w cegle i tynku

Gdzieś w regionie Emilia-Romagna, wśród drzew owocowych, cichych uliczek i mgieł spływających z pól nad rzeką, stoi stuletni dom, który kiedyś był tylko adresem, a dziś stał się życiem. A raczej życiem dla Marty i Krzyśka – dwóch Polaków, którzy zamiast kontynuować wygodną rutynę gdzieś w Polsce, postanowili rzucić wszystko i spróbować czegoś, co brzmi jak sentymentalny pomysł z filmu: kupić stary włoski dom, który nikt nie chciał, i spróbować go odbudować. Nie dla Airbnb, nie dla influencera, ale dla siebie. Dla przyszłości. Dla iluzji, że można żyć inaczej.

Zanim znaleźli się wśród cegieł i przecieków, mieszkali w Polsce, pracowali, zapewne mieli plany związane z karierą, stabilnością, może rodzinnym miastem. Krzysiek, jak się można domyślić, pracuje jako lektor audiobooków – narruje książki zdalnie, z małego studia, które nazwali „Wejdź do szafy, mów do rzeczy”. To szczególność, ale też klucz: jego praca nie wiąże go z jednym miejscem, co otworzyło drzwi do wyjazdu. Marta, choć jej dotychczasowe zajęcie pozostaje w cieniu, to widocznie ta para żyje z tym, co potrafią zrobić razem – planować, naprawiać, marzyć. Ich życie przed Włochami było zapewne bardziej przewidywalne, ale niekoniecznie mniej napięte. A może właśnie dlatego – bo trzeba czasem wyjechać, by przestać układać życie jak puzzel, który i tak nie pasuje.

Ich przygoda zaczęła się w listopadzie 2024, kiedy opublikowali dwa filmy tego samego dnia – jeden powitalny, drugi o zrobionym ręcznie zamku dla kotów. Luna i Neville – ich futrzaste współlokatorki – od razu stały się częścią opowieści, symbolem domowego ciepła w miejscu, które jeszcze ciepła nie miało. Dom był zimny, wilgotny, z poddaszem, które wyglądało jak scena z horroru. Ale oni weszli do niego z wkrętarką w ręku i z czerwoną miarką – nie żółtą, bo to ważna zasada – i zaczęli.

Początkowo mieszkali w tym domu osiem miesięcy, aż sytuacja wymusiła wyprowadzkę: brak dostępu do kanalizacji sprawił, że nie mogli już tam żyć. Ale nie wycofali się. Wrócili, żeby pokazać wnętrze przed remontem – film, który zdobył ponad 160 tysięcy odsłon – miejsce pełne zaprawionych ścian, starych belek i marzeń. Marzyli o meblach, o świetle, o kuchni, która kiedyś będzie środkiem domu. Ale najpierw trzeba było wszystko zniszczyć.

To właśnie stało się ich codziennością: demolka. Skuwanie przedścianek, tynków, elewacji. Robili to bez terminów, a potem z terminem – bo architekt dał im dwa tygodnie, a oni pierwsze dni spalili na zwlekanie. Znienawidzili ten stan – kiedy coś trzeba zrobić szybko, wtedy robi się wszystko, tylko nie to. Ale potem ruszyli. Kolejne filmy to kronika zmęczenia, porażki, lekkiego szału. Skuwali elewację, a beton odpadał razem z cegłą – i to był moment, kiedy po raz pierwszy powiedzieli: „Czujemy się jak na wakacjach 2025”. To było nie ironią – to był jedyny sposób, by to znosić.

W międzyczasie pojawiały się przerwy: jednodniowy wycieczkowy wlog do Werony, gdzie mówią „aspetoria” zamiast „aspesoria” i śmieją się z siebie. Zwiedzali ogrody, sklepy ogrodnicze, targi staroci – bo to też stało się częścią ich życia. Kupowali donice, oleandry, szukali trufli. Marta i Krzysiek nie są typowymi „remontowiczami”, którzy pokazują tylko piłę i cement. Oni pokazują, jak trzeba czasem przestać, by nie popaść w wywrot.

Ich największy przełom – jeśli można tak nazwać – nastąpił w grudniu 2025, kiedy po czterech tygodniach kucia, kilku porażkach i jednym wyjściu z depresji, w końcu odkuli front domu. To był moment triumfu, choć nikt nie przyszedł klaskać. Zrobią to teraz – w filmie, który nazwali „finał!”. Ale to nie koniec, to początek nowego etapu: czyszczenia, planowania, szukania nowego architekta. Bo stary odchodzi – informacja, która trafiła do jednego z filmów jak ciche uderzenie młotem. Remont to nie tylko praca fizyczna, to też ludzie, zaufanie, rozstania.

W ich historii pojawiają się też inne osoby – rzadziej, ale obecne. Marco i Weronika, którym dziękują za pomoc i powrót do priorytetów. Mateusz, który polecił im sklep z włoskimi szopkami. Pracownicy agroturystyki, którym pomagali w weekend. Ale też są tacy, którzy zniknęli: może lokalni fachowcy, o których mówili na początku, a potem przestali. Może sąsiedzi, których nie zapraszają już do kadrów. Ich świat staje się coraz bardziej własny, bardziej zamknięty na dwa, na kota, na plany.

Największe sukcesy to nie nagrody, ale liczby: film z home tour przed remontem przekroczył 160 tysięcy odsłon, a ich pytania o życie we Włoszech zgromadziły ponad 80 tysięcy. Ludzie patrzą, bo to, co robią, wydaje się nierealne – a jednak prawdziwe. A największe potknięcia? Zbyt wiele błędów przy zakupie, zbyt wiele złudzeń o szybkim remoncie, zbyt wiele razy, kiedy wierzyli, że uda się zrobić więcej, niż fizycznie było możliwe. Ale najgorsze było pewnie to, kiedy zastanawiali się, czy żałują. Dwa razy pytali to siebie – na końcu 2024 i 2025 roku. I za każdym razem odpowiadali pośrednio: nie, ale to nie znaczy, że jest łatwo.

Tematy, które kiedyś dominowały – jak zakupy domu, błędy, pierwsze wrażenia – z czasem ustąpiły miejsca demolce, elewacjom, sufitom z trzciny. Przestali mówić o Sycylii, o domach za jeden euro. To przeszłość. Teraz to jest ich życie: cement, drenaż, pocisk, który znaleźli podczas prac (i o którym wspominają jak o osobie), i kota, który nie rozumie, dlaczego jego zamek nadal nie ma drapaka.

Ich filmy o największej oglądalności to te, które pokazują początek – home tour, pytania, emocje. Ale najważniejsze są te, które pokazują dzień, kiedy nie ma siły. Kiedy nie chcą robić nic, tylko podłubać w ogrodzie. Kiedy przyznają, że są zmęczeni, że coś idzie źle. To wtedy najbardziej wydają się prawdziwi.

A historia trwa – z przerwami, z wątpliwościami, z wierzeniem, że może zawieszone światełka przyciągną remont. Że kiedyś dom będzie gotowy. Że kiedyś będą mogli po prostu w nim mieszkać, bez wiertarek, bez listy zadań, bez kamer. Ale póki co, to ich droga: wolna, trudna, pełna błahostek i ogromnych wyzwań, którą pokonują krok po kroku, z humorem, z miarką i z kotami na plecach.

To nie jest opowieść o sukcesie. To opowieść o temu, co robi się, mimo że nie wiadomo, czy się uda.