Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Dżuma

Dżuma
1K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

Dżuma – podróżnik z plecakiem, mikrofonem i lękiem przed cenzurą

Nie zawsze od razu widać, że ktoś rodzi się z misją opowiadania o świecie, a nie tylko o sobie. Dla twórcy kanału Dżuma tak właśnie było – nie zdradził się od razu, nie miał dramatycznych zapowiedzi, nie zaczął od spektakularnych krajobrazów ani ekstremalnych wyczynów. Zaczął od Litwy, z plecakiem, jak gdyby to był tylko eksperyment, próba, czy w ogóle potrafi opowiadać. Pierwsze filmy, z 2017 roku, były ciche, nieśmiałe, jakby niepewne, czy warto to wszystko publikować. Ale już wtedy wybrzmiewał motyw, który miał się stać trzonem całej twórczości: podróże niskobudżetowe, dokumentowane z prostotą i lekkim przymrużeniem oka. Nic luksusowego, nic nadmiernie wyreżyserowanego – raczej reportaż z życia zwykłego Polaka, który postanowił po prostu iść.

Początkowo kanał nosił charakter serii Z plecakiem, jakby była to nieodzowna część tożsamości – ten plecak to nie tylko sprzęt, ale metafora: lekkości, mobilności, gotowości do ruchu. Pierwsze wyjazdy – Litwa, Austria, Liechtenstein – były jeszcze blisko, bezpieczne, niewinne. Ale nie trwało to długo. Już w 2017 roku pojawił się Azerbejdżan, potem Armenia i Gruzja – kierunek się zmieniał, mapa się rozszerzała, a narracja nabierała tempa. Widać było, że ten człowiek nie boi się granic, a nawet może szuka ich. Ale nie dlatego, by się chwalić, tylko by zobaczyć, jak to wygląda za zakrętem, w miejscu, o którym inni mówią ściszonym głosem.

Szybko okazało się, że podróż to nie tylko radość, ale i porażki. W 2018 roku wyprawa na Mont Blanc zakończyła się niepowodzeniem – film o tym był szczery, nie upiększony. Opowiedział o zmęczeniu, o błędach, o tym, że góry nie przepuszczają nawet najpilniej zaplanowanych ataków. To był moment, w którym kanał zyskał człowieczeństwo. Nie był już tylko listą miejsc, które trzeba odwiedzić, ale dziennikiem z frontu – frontu przygody, zmęczenia i uporu.

W tym samym czasie pojawiły się pierwsze ślady nowej narracji – wyjazd do Czarnobyla, gdzie historia przemawiała głośniej niż krajobraz. Film był powściągliwy, oparty na faktach, z cytatami Aleksijewicz i profesora Strupczewskiego. To nie był turysta, to był czytelnik, który przyszedł do miejsca, by zrozumieć, a nie tylko zobaczyć. I choć muzyka w tle – Right behind you – brzmiała jak ironiczny komentarz, to ton był poważny, prawie literacki.

Zmiana kierunku nadeszła w 2018 roku, gdy kamera trafiła do Urugwaju. Był to pierwszy film z Ameryki Południowej – i pierwszy, który zabrał widzów naprawdę daleko. Ale to wyjazd do Argentyny, zwłaszcza drugi odcinek, stał się przełomem. Zdjęcia z Patagonii, Buenos Aires, Misiones – i ogromny skok w popularności: 21 tysięcy wyświetleń to wówczas rekord. Film był inny – bardziej dynamiczny, bardziej emocjonalny. Pojawiały się trudności: autostop, zagrożenia, frustracje – ale też pasja. I właśnie wtedy kanał wydawał się dojrzeć: nie był już tylko serią wypocin jednego podróżnika, ale autentycznym głosem z daleka.

W kolejnych latach coraz wyraźniej widać było, jak życie twórcy zakwitło na drodze. Pracował w Wielkiej Brytanii – Londyn, potem Szkocja – i to był czas, kiedy mikrofon się popsuł, a dźwięk w filmach spadł do minimum. Ale on i tak kręcił. Mówił o polityce, o muzyce, o One Direction – z lekkim sarkazmem, z poczuciem humoru, które nie przeszkadzało mu być poważnym, gdy trzeba. A trzeba było często – bo potem była Rosja, Mongolia, Katar, Seszele. I zawsze ta sama formuła: informacje z przewodników, muzyka lokalnych artystów, szczerość, czasem zawstydzająca, ale prawdziwa.

Po drodze zaczęły się pojawiać powtarzające się problemy techniczne – popsuty mikrofon stał się niemal motywem przewodnim. Był w Szkocji, był w Bułgarii, był nawet w Kenii – i za każdym razem usprawiedliwiał się jakością dźwięku. A jednak trwał. Być może właśnie te niedoskonałości nadawały kanałowi charakter – jakby widz był tuż obok, jakby patrzył przez ten sam, lekko zakurzony ekran kamery.

W 2020 roku pandemia uderzyła w plany – miał być w Rosji, miał być w Afryce, a skończył na Słowacji. Ale i to opowiedział, bez dramy, z charakterystycznym westchnieniem: 2020 nie rozpieszcza. I dalej jechał. San Marino – film nagrany z wyłączonym mikrofonem. Włochy – w dwóch odcinkach. Watykan – krótko, bez komentarza. I znowu – Afryka, Kilimandżaro, Tanzania. Tam, na szczycie, mówił o kondycji, o Tanzańczykach, o tym, że nie może się czuć winny za to, że zatrudniają go lokalni przewodnicy. To było ważne – nie uciekał się do modnych słów, ale mówił, co myśli, choćby miał potem być atakowany.

Kilimandżaro był sukcesem, ale i testem. Film o tym, jak zdobywa się górę, jak radzi sobie z wysokością, jak dzieli się z kimś trudnym etapem – to był jeden z tych, które pokazały, że nie chodzi tylko o miejsca, ale o ludzi. I choć mówi, że w grupie byli Polacy i Tanzańczyk z drugiej agencji, to widać, że dla niego to była jedna ekipa. I choć albożby nie był typem, który lubi się chwalić, to ten film zdradzał duma – nie z siebie, ale z doświadczenia.

W kolejnych latach mapa się rozszerzała jak sztorm na morzu. Kanada – trzy odcinki, pełne niedźwiedzi, inuickiej kultury, autostopu przez Saskatchewany. Malezja – refleksja o pracy zdalnej. Singapur – pytanie, czy faktycznie jest tak drogo. A potem – Afryka Zachodnia: Gambia, Senegal, Mauretania. Tam, gdzie w odcinkach pojawiają się tematy trudne – uroda, kultura, stereotypy. W Mauretanii mówi o tym, że „grube jest piękne” – nie ironicznie, ale z szacunkiem. I to właśnie wtedy widać, że nie jest tylko turystą – jest obserwatorem, który uczy się patrzeć inaczej.

Były też porażki – Etiopia, gdzie nie wiedział, że trwa wojna. Gdzie zatrucie pokarmowe skróciło wyjazd. Film był krótki, ale szczery – nie próbował udawać, że wszystko jest w porządku. Po prostu powiedział: się nie udało. I jechał dalej.

W 2024 roku pojawił się podcast z obrazkami o Islandii – format, który wydawał się odejściem od starego stylu. Mówił, że to pewnie ostatni taki odcinek, że chce wrócić do wyjazdów. Ale potem – Senegal, Mauretania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie wyskoczył z samolotu. I znów: nie robił z tego wielkiej afery, tylko stwierdził spokojnie: wyskoczyłem z samolotu. I dodał R. Kelly’ego w tle.

Obecnie kanał wygląda inaczej niż na początku. Już nie ma serii Z plecakiem – ten cykl zgasł po Maroko. Zniknęły też nazwy własne, jak Dżuma w plecaku, które kiedyś pojawiały się na Instagramie. Teraz to już nie tylko turystyka – to mix refleksji, historii, muzyki, frustracji. I ciągły powrót do jednego tematu: jak podróżować tanio, by nie stracić siebie po drodze.

Największe sukcesy? Argentina #2, Kanada #1, Maroko – te filmy pokazały, że widzowie doceniają nie tylko miejsca, ale sposób, w jaki o nich mówi. Największe porażki? Etiopia, Islandia (jako format), Malta (reupload z przeprosinami). Ale ciekawe, że to właśnie te, które zawiodły, brzmią najbardziej ludzko.

Zniknęły też osoby – nie ma już wspomnień o Patrycji, choć sklep z jej imieniem pojawiał się w opisach. Nie ma więcej wspomnień o „chłopakach z Black & White” z Kolumbii. Nie ma więcej wspomnień o Tanzańczyku z wyprawy na Kilimandżaro. Prawdopodobnie byli to ludzie z konkretnych miejsc, którzy przeszli przez jego podróż, ale nie zostali na dłużej.

A on wciąż jedzie – Chorwacja, Indonezja, Timor Wschodni. I choć ostatnie filmy mają mniej wyświetleń, to widać, że nie przestaje. Nawet jak sprzedaje mikrofon, mówi, że mu się nie przyda – a potem wraca, robi kolejny film, bez dobrego dźwięku, ale z dobrym sercem.

Jest w nim coś z amatora, który nie zamienił pasji na biznes, i coś z artysty, który nie uciszył swojego głosu dla algorytmu. Nawet gdy YouTube blokuje muzykę, nawet gdy cenzura wstawia beepa przy słowach, nawet gdy plecak waży za wiele – on i tak idzie.

To historia człowieka, który nie szukał sławy, ale świata – i przypadkiem znalazł jedno, bo uparł się na drugie.