Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

elMaroLoco

elMaroLoco
5K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekulturajedzenierozrywka

Historia Marka Kowalskiego: od wschodu słońca nad Śnieżką po drona nad dżunglami Meksyku

Na początku była raności: ciemny pokój, ciche pojękiwanie w obiektywie i próba wstać na wschód słońca, by złapać ten jeden, idealny kadrujący się w zachodzącym świetle. Wtedy, w 2018 roku, Marek Kowalski był jeszcze Polakiem z Polski, mieszkającym gdzieś w cieniu górskich wierzchołków, może w okolicach Śnieżki – skąd później wróci z toplessową eskapadą, by udowodnić, że morsowanie i szkolenia Wima Hofa to nie tylko modny przesąd, ale forma życia. Jego pierwsze filmy, pełne lekkiego amatorskiego uroku, miały zapachu kawy z termosu, hałasu wiatru na wierzchołku i nerwów przed nagrywaniem. Montował wtedy z muzyką Two Feet, MARUV i afrobeatem, jakby próbował zgrać się z rytmem świata, który jeszcze nie był jego kamerą.

Wkrótce jednak ten rytm zmienił tonację. Jeszcze w 2018 roku, a wyemitowane w styczniu 2019, kamera przelotnie wylądowała w Doha, a potem w Bangkoku – i zaczęła opowiadać o Tajlandii. Tam zaczął się prawdziwy rozdział: vlogi z Khao San Road, degustacje skorpionów, targowanie się o tuktuki, próbki durianu o smaku cebuli, które najwyraźniej zostawiły trwałe wspomnienie. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to dopiero początek serii podróży, które w końcu odmienią nie tylko jego kanał, ale jego życie. Były to jeszcze dni, kiedy zapominał kartę pamięci, a potem śmiał się z tego w filmie – z rozbawieniem kogoś, kto nie traktuje porażek zbyt poważnie, bo i tak zaraz leci dalej.

Jednak to Meksyk stał się prawdziwym przełomem. W listopadzie 2020, gdy w Polsce padał śnieg, a na Śnieżce było minus siedem, Marek pojawia się już pod palmami, mówi o temperaturze „odczuwalnej plus milion”, a kamera pokazuje lotnisko, na którym szczęśliwy pająk siedzi na torbie podróżnej. To właśnie wtedy rodzi się nowa tożsamość – cyfrowego nomady, człowieka, który nie tylko podróżuje, ale mieszka w podróży. Meksyk staje się nie tylko miejscem, ale narracją: od Cancun po Playa del Carmen, Tulum, Bacalar, aż po głęboki południowy Chiapas. To tam kamera uchwyci pierwszy raz rytuał rapié, otulony tajemnicą i lekkim niepokojem, a potem przechodzi do lekkich przygód – jak oszustwo tuktukarza czy wypadek na skuterze – z humorem, który nie zniwelizuje dramatyzmu, ale uczyni go oglądalnym.

To właśnie z tych meksykańskich miesięcy rodzą się największe sukcesy. Film o uniknięciu mandatu za latanie dronem w Palenque – etui na 2000 peso – eksploduje w 2024 roku, zbierając ponad milion wyświetleń i stając się viralowym obrazem podróży, w której kamera to nie tylko narzędzie, ale również powód do konfliktu. Inny film, o noclegu za mniej niż 30 złotych, przyciąga uwagę tych, co szukają tanich przygód. A kiedy przechodzi przez restaurację w kościele i mówi „przelałem się przez Jezusa – ażurowego”, robi to z taką ironią, że trudno nie uśmiechnąć się z wdzięcznością – za ten styl, który potrafi połączyć świętość z absurdem, a dżunglę z dronem.

W międzyczasie Marek zdążył już zmienić nie tylko lokalizację, ale i formę. Z vlogów kulinarno-kulturowych rozwija się w twórcę filmów cinematics, poradników technicznych i krótkich, ostro montowanych shortsów. Już w 2021 roku montuje pierwszy breakdown w stylu Benn TK – o dynamicznych przejściach w Premiere Pro – a potem pokazuje, jak robić hyperlapse bez statywu. To moment, w którym staje się nie tylko podróżnikiem, ale również edukatorem. Potem, w 2022 roku, realizuje film ze ślubu – backstagowy vlog, w którym pokazuje, jak wygląda dzień kamerzysty od kuchni. To zaskakujące, bo pokazuje, że jego kariera filmowa nie zaczęła się na ulicach Tajlandii, ale wcześniej – w Polsce, gdzie pracował jako operator ślubny. Ta linia nigdy się nie kończy: w 2023 roku pojawia się nawet jako DJ na weselu, co dokumentuje z charakterystycznym dystansem i kamerą, jakby mówił: „wszystko można spróbować, byle nie przestać kręcić”.

Jednocześnie powtarzają się w jego historii pewne osoby, które stają się stałymi elementami narracji. Piotr Polo Przywarski – „ojciec chrzestny wyjazdu” – pojawia się w Kambodży, współtworzy film promocyjny dla polskiej farmy, wspiera przy realizacji. Jest jak przejściowy towarzysz podróży, który wchodzi i wychodzi, ale zostawia ślad. Podobnie Krzysztof Budych – fotograf ślubny, z którym współpracuje regularnie, i Dominik Narkiewicz – montażysta, który przez jakiś czas sprawuje pieczę nad końcowym kształtem materiałów. Są to ludzie, którzy pomagają Marcie nie tylko technicznie, ale też kulturowo – tworząc rodzaj przygodniczego kolektywu.

Z czasem jednak twarze zmieniają się. Teoretycznie regularni goście z pierwszych lat – jak Wojciech, który „gardzi Buddą w świątyni” – znikają bez śladu. Nawet wspomnienia o Polsce stają się rzadsze, jakby kamera stopniowo odwracała się od przeszłości. Nie ma już serii o Śnieżce czy śląskich wyjazdach. Zamiast tego – powtarzające się cykle: Meksyk, Kambodża, Sri Lanka, Filipiny, Malezja, Singapur. Azja staje się nowym centrum świata – nie tylko geograficznym, ale i tematycznym. Tam krewci się o jedzenie uliczne, tanie noclegi, tanio jedzenie i filipiński „tuk-tuk o dziwnym wyglądzie”. Tam też pojawia się najnowszy powiew – FPV drone, który nie tylko pokazuje krajobrazy, ale wpada w kaczki, lata nad wodospadami i niemalże w siebie samego. To właśnie dron staje się jego trzecim okiem, a czasem – przyczyną potknięć. Wiadomo: już kilkakrotnie się rozbił, ale on tylko mówi: „tym razem kaczki wygrały”, i śmiej się, jakby kalectwo maszyny było częścią zabawy.

Jego największe sukcesy to nie tylko filmy o milionach wyświetleń, ale także sposób, w jaki potrafi zmieniać ton – od poważnych dokumentów o Czerwonych Khmerach po shortsy o meksykańskich „rekinach biznesu”. Film o Kambodży i Tuol Sleng, pełen smutku i szacunku, kontrastuje z kolejnym o polskiej wódce w meksykańskiej cerkwi – „WTF?!” – który pokazuje, że potrafi łączyć głębię z błogoświatem. I właśnie to – umiejętność przełączania się między rozgadaniem a refleksją – czyni jego historię wyjątkową.

Jednak nie wszystko idzie gładko. Lufthansa niszczy mu plecak, policja w Malezji zatrzymuje go za drona, a lokalni taksówkarze wykorzystują nieświadomość turysty. To potknięcia, które nie są ukrywane, ale właśnie dlatego wywołują więcej empatii niż wstydu. Bo Marek nie udaje, że jest nieomylny – pokazuje, jak łatwo dać się zrobić w konia, ale też jak łatwo z tego się pośmiać.

Obecnie — według najnowszych filmów — przebywa w Azji, głównie na Filipinach, Malezji i w Singapurze. Jego kanał to mieszanka viralowych shortsów, poradników, cinematics i sercownych refleksji. Tematy, które zniknęły, to Polska jako główna scena działania, tematy lokalne, czy też typowe vlogi o fotografowaniu bez kontekstu podróży. Zamiast tego – świat, który kręci się wokół drona, jedzenia ulicznego i tanich trików. Jego największymi filmami są: „Jak uniknąć mandatu za dronem w Meksyku” (ponad 1,7 mln), „nocleg w MEX za MNIEJ NIŻ 30zł” (ponad 67 tys.), oraz „Przeleciałem przez JEZUSA – ażurowego!” (ponad 30 tys.). To właśnie one definiują jego aktualny styl: szybki, ostro sformatowany, z dosadnym tytułem, ale często głębszy, niż się wydaje.

A więc Marek Kowalski to nie tylko podróżnik, operator, montażysta czy DJ – to człowiek, który za każdym razem, gdy włącza kamerę, mówi: „oto jak to wygląda z mojej perspektywy”. I nie obiecuje prawdy absolutnej, ale szczerość. I nie szuka sensu w każdym kadrowaniu, ale czasem po prostu chce dać ciastko albo lizaka – wystarczy, że napiszesz.

To historia o tym, jak pasja do nagrywania wschodów słońca stała się życiem widzianym z lotu drona.