
Gadulec.me – opowieść o podróżach, miłosnych zwrotach i kamerze, która nigdy nie śpi
Nie zaczęło się od wspaniałych planów, a raczej od przypadku – dwóch studentów z Wrocławia, jeszcze nieświadomych, że ich wspólne wyjazdy staną się początkiem czegoś znacznie większego. Gadulec.me urodził się wśród azjatyckich wybrzeży, gdy młodzi ludzie zaczęli nagrywać swoje przygody na południowowschodniej peryferii globu, zamieniając wspomnienia w odcinki krótkich filmików, które trafiały na YouTube’a. Początkowo chodziło o podzielenie się doświadczeniem z znajomymi, ale szybko okazało się, że ktoś tam, za ekranem, także chce patrzeć – nawet jeśli filmik o pad taj to tylko zabawny eksperyment z ulicy.
Przez pierwsze lata kanał był jak podróż bez mapy – tu i ówdzie pojawiały się Tajlandia, Indie, Austria. W 2015 roku można było zobaczyć, jak para wspięła się na drogę wijącą się ku plaży w Sukamade, by nocą obserwować, jak olbrzymia żółwia samica kopie dół w piasku, a rano uwolnić setki piskląt w kierunku oceanu. Te chwile były jeszcze ciche, nietłoczone, pełne prostoty. A potem nagle – samolot do Kanady, decyzja, by przemierzyć ponad 4500 kilometrów autostopem od Vancouver do Toronto, i coś się zmieniło. Filmiki stały się bardziej spójne, nabierały rytmu, a narracja – głosu. Kanał przestał być tylko zapisem, a został dziennikiem życia.
W 2017 roku wydarzenia potoczyły się szybciej. Po Kanadzie – Meksyk, a z Meksykiem przybyło jedno z najważniejszych wideo w historii kanału: „Dia de Muertos – Święto Zmarłych w Meksyku”. Z ponad 24 tysiącami odsłon stał się przełomem, nie tylko pod względem statystycznym, ale i tonalnym. Gadulec.me przestał być tylko wesołym vlogiem, by stać się opowieścią o kulturach, o rzeczach, które trudno opisać słowami, ale widać je w oczach ludzi tańczących wśród świec i kwiatów śmierci. Wkrótce po tym, w Gwatemali, na wulkanie Acatenango, pod niebem pełnym gwiazd i lawy, padło pytanie o rękę. Zaręczyny w tle ognia i dymu – miejsce, które trudno wymyślić, ale idealne dla tych, którzy nie boją się żyć intensywnie.
Z tamtego czasu pojawia się coraz więcej dźwięku: śmiech, tłum, muzyka – i coraz mniej narracji samotnej. Gadulec.me staje się parą, a podróż – wspólnym wyborem. Meksyk, Kuba, Belize, Gwatemala, Nikaragua, Kostaryka, Panama – południowa trasa Ameryki Środkowej została pokonana krok po kroku, stopem, autobusem, kajakiem, łodzią i dronem. Filmiki nabierają tempa, ale też charakteru – powstają cykle: „Vlog z Meksyku” czy „Vlog z Kostaryki”, a w nich nie tylko piękne ujęcia, ale i pytania: dlaczego Kostaryka jest taka droga? Co to jest volcano boarding? Czy flamingi rzeczywiście żyją w różowych jeziorach? Pytania, na które odpowiada nie tylko kamera, ale doświadczenie.
W 2018 roku, po zakończeniu amerykańskiej przygody, pojawia się Islandia – 4-dniowa podróż po półwyspie Snaefellsnes, drodze F35, Landmannalaugar i południu wyspy. To wtedy widać, że kanał dorosł: lepsze ujęcia, lepszy montaż, więcej pasji – i pierwszy film, w którym padają nazwiska: Szymon. Z biegiem miesięcy staje się jasne, że to właśnie on towarzyszy głównej postaci w większości przygód. Jego obecność nie jest aż tak wyrafinowana, jak jego głos w tle, jego ręce trzymające drona, jego śmiech w chwilach, gdy coś idzie nie tak. To on pojawia się na wulkanie, w lodowcu, przy stole z tajskimi daniami – a potem znika, kiedy rozmowy zaczynają dotyczyć nie miejsc, ale ludzi.
Bo w 2020 roku coś się przesuwa. Kanał Gadulec.me nie kręci się już wokół własnej podróży, tylko otwiera się na innych. Seria „Gadulcowe Pogaduchy” to przeskok – rozmowy z innymi podróżnikami, z parami, z samotnymi wędrowcami, z kimś, kto śnił o Azji przez 500 dni, albo o pizzy tak doskonałej, że stała się pracą. W tych rozmowach nie ma już tyle krajobrazów, ale więcej ludzkich wyborów, więcej zmęczenia, więcej prawdziwego życia. Pandemia widać w tle – w pytaniach o koronawirusa, w zatrzymaniu planów, w napięciu między marzeniem a rzeczywistością. Ale również nadzieja – w głosach tych, którzy mimo wszystko chcą iść dalej.
Największe sukcesy? To nie tylko liczby, choć „Dia de Muertos” zdecydowanie wskoczyło poza standardowy poziom popularności. To także filmik o Islandii, gdzie trekking po Landmannalaugar został sfilmowany tak, że widz zapomina, że to tylko YouTube. To momenty, gdy kanał nie informuje, tylko bierze za rękę i mówi: patrz, to istnieje. Ale były i potknięcia – filmy z Hondurasem, Salwadorami, Nikaraguą, które zdobyły niewiele odsłon, jakby widzowie nie chcieli patrzeć na te miejsca. Jakby kamera zatrzymywała się tam, gdzie inni przyspieszają.
Tematy, które przestały się pojawiać, to przede wszystkim zabawne eksperymenty typu „zgadnij, co to jest Borobudur”. Już nie pyta się mieszkańców Wrocławia o Azję – już sami są za granicą. Już nie trzeba wyjaśniać, co to pad thai. Już nie mówi się „projekt studentów”, bo studenci dawno skończyli uczelnie. Zniknęli też inni ludzie – ci, którzy pojawiali się na początku, przy stoliku w barze, w wesołym rozmowie o Luang Prabang. Obecnie to zazwyczaj tylko para: narrator i Szymon, czasem goście, ale rzadko przyjaciele z przeszłości.
W 2019 roku, po pięciu latach, pojawił się podsumowujący film – „5 lat Gadulca”. Brzmiał jak manifest, ale też jak westchnienie. „Był to dla nas okres wyjątkowy, pełen pięknych chwil” – tak, ale i pełen zmian. Z czasem kanał przestał być tylko o miejscach – stał się o wyborach, o miłości, o pracy, o tym, jak żyć inaczej. O tym, że można zarobić na Islandii, by podróżować dalej. Że można się zaręczyć na wulkanie. Że można rozmawiać z kimś, kto spędził rok w Azji, nie ruszając się z domu.
Gadulec.me to historia nie tyle o tym, gdzie się byli, ale o tym, kim się się staje w drodze.