
Gniewomir In – Myśl – Jedz – Biegaj
Był sobie człowiek, który zamiast szukać odpowiedzi w głośnych hasłach, zaczął je szukać w krokach. Gniewomir, bo tak nazywa się bohater tej opowieści, nie urodził się z kamerą w dłoni, ale w pewnym momencie zrozumiał, że świat, który doświadcza, nie przeznaczony jest tylko do bycia przeżywanym — warto go też uchwycić, choćby dla przypomnienia sobie, że życie to nie tylko bieg, ale i to, co się wokół niego dzieje. Jego kanał, gniewomir.in – Myśl – Jedz – Biegaj, to nie tyle blog sportowy, co dziennik pewnego rodzaju eksperymentu: czy można żyć świadomie, biegnąc przez świat, jedząc z myślą o ciele i odzywając się z wnętrza zamiast z powierzchni?
Przez lata przemieszczał się między Bieszczadami, Podkarpaciem a Kostaryką, jakby szukając miejsca, gdzie duch i ciało mogłyby się spotkać bez pośrednictwa stresu. Jego początki to krótkie vlogy z Kostaryki — kręcone jeszcze w 2015 roku, gdy YouTube był dla niego tylko uzupełnieniem bloga, miejscem, gdzie można było wstawić "urodzone opowieści" i parę zdziwionych komentarzy o yerbie mate. Wtedy jeszcze mówił o czosnku niedźwiedzim i zachodach słońca w Umagu, a jego kamera Xiaomi wyruszała w świat razem z psem o imieniu Śanti, który stał się nieoficjalnym symbolem spokoju wśród trawników i szlaków. Śanti był dla niego jak antyteza szaleństwa świata — cicho oddychający, obecny, niepotrzebujący słów. I choć z czasem przestaje się pojawiać w filmach, jego duch pozostaje: w ciszy, w uważności, w tych chwilach, gdy Gniewomir mówi, że warto patrzeć na chmury, bo one też coś znaczą.
To był początek drogi, która nie miała planu, ale miała kierunek: ku prostocie. Najpierw były krótkie vlogy o niczym i o wszystkim — o flagach, dżinsach, ulotnych chwilach. Potem zaczęły się biegi. Najpierw jako hobby, potem jako sposób bycia. Istria100, Ultra Śledź, Magurski Ultramaraton — zawody, które przestały być tylko liczbą kilometrów, a stały się narracjami. Każdy był opowiadany w kadrze: zmęczenie, euforia, jedzenie w plecaku, buty na końcówkach sił. A potem — recenzje sprzętu. Ale nie takie, w stylu „to lepsze, bo ma 0,2 mm miękkiej pianki więcej”. Jego recenzje to opowieści o uczuciach: jak buty Altra przewidziały, że stopy chcą oddechować, jak pas Instinct trzyma telefon, ale też trzyma rytuał, jak plecak Ultimate Direction to nie tylko torba, ale partner w trudnych decyzjach.
W pewnym momencie kanał się rozdwoił. Z vlogów o wydarzeniach narodził się podcast — Myśl – Jedz – Biegaj — miejsce, gdzie Gniewomir mówił o motywacji, strefie komfortu, współpracy z trenerem, kosztach bycia „profesjonalnym amatorem”. To były rozmowy, które brzmiały jak rozmowy z kimś, kto wie, że bieganie to nie tylko mięśnie i węglowodany, ale też przekonania, strachy, pragnienia. A kiedy mówił o tym, jak złapać się za słabe strony i przekuć je w siłę, brzmiał jak ktoś, kto sam przez to przeszedł.
Był też przełom: film o łysieniu plackowatym. Nie o kosmetykach, nie o lekach, ale o wstydie, wyparciu i wreszcie odważnej decyzji, by stanąć do walki. To był jeden z tych momentów, gdy prywatne stało się publiczne nie po to, by szokować, ale by pokazać, że życie to nie tylko szczyty i uśmiechy, ale też dziury w skórze i pytania, na które nie ma gotowych odpowiedzi.
Z czasem jego świat się poszerzał. Z biegania po polskich górach — przez Słowenię, Macedonię, Chorwację, aż po Alpy Julijskie. W Ohridzie biegał wśród starożytnych ulic, w Engelbergu grał z muzyką, którą sam stworzył, a w Bieszczadach organizował charytatywne biegi, bo zrozumiał, że pasja może służyć innym. Bieszczadzka Dzida, Zamieszaniec.RUN — imprezy, które nie miały na celu tylko chronometru, ale także zbierania pieniędzy, budowania społeczności, łączenia ludzi. Tam, gdzie kiedyś był tylko on i kamera, teraz była ekipa: LoveLasa, Pogórze Ultra Trail, Ultra Biesa — nazwy, które zaczęły się pojawiać jako spoiwo rzeczywistości.
Nie wszystko trwało. Hashtagi jak #DajWłos czy #WTF zniknęły bez komentarza. Tematy, które kiedyś wydawały się ważne — absurdalne komentarze w sieci, codzienne irytacje — zostały zastąpione przez głębsze rozważania: o czasie, świadomości, Tsaheylu z „Avatar” — metaforze więzi. Nawet jego wyjazdy do Kostaryki, które początkowo były serią wesołych vlogów o ananasach i tarzanowskich tyrolkach, stały się refleksjami o Pura Vida, o szczęściu jako zbiorze chwil, o przyrocie, który uczy ciszy.
A sukcesy? Były. Film o złotym mleku przekroczył pół miliona odsłon, a jego poradnik, jak spakować się do Kostaryki z tylko 5 kg, stał się naręcznikiem podróżników. Ale największym sukcesem był fakt, że ludzie go słuchali, kiedy mówił o tym, jak jeden krok na raz może doprowadzić daleko, albo kiedy opowiadał o tym, że motywacja to nie iskra, tylko latarka, którą trzeba podpalać codziennie.
Były też potknięcia. Czasem film był nudny. Czasem montaż się rozpadł. Czasem powtarzał się. Ale nigdy nie udawał, że jest kimś innym. Był człowiekiem z bagażem, który biegnie, bo musi, a nie dla rekordów. Był kimś, kto wie, że trzeba jeść, myśleć, działać — ale też czasem pozwolić sobie na postój, na zachód słońca, na jedzenie przy ognisku.
Najczęściej pojawiającą się osobą poza nim samym był pies Śanti, potem Kamil Leśniak — rekordzista GSB, którego rozmowy o umyśle i wytrzymałości stały się kamieniem węgielnym nowej ery podcastu. Zniknęli za to ludzie z pierwszych wizyt u "ciekawych osobistości" — PePeSzaCeramika już dziś nie wraca. Wyglądało to tak, jakby Gniewomir stopniowo wychodził z ciekawości świata zewnętrznego, by zagłębić się w to, co dzieje się w środku.
Jego filmy o największej oglądalności — Złote Mleko, Snapchat i wolne ręce, Jak spakować się na Kostarykę — to nie były dramaty, ale porady, przekazane z humorem i prostotą. A te najmniej oglądane — np. o muzyce z Engelbergu czy nagrania z Makedonii — to właśnie te, które najbardziej przypominały szkice: niedokończone, ale szczere.
Gniewomir nie został gwiazdą, ale stał się kimś, kogo ludzie traktują jak znajomego. Kogo słuchają, gdy mówi o butach, ale też gdy mówi o życiu. Ktoś, kto zamiast reklamował, dzielił się. Zamiast kłamał, mówił, że czasem nie wie. A kiedy w końcu opowiedział, jak został ambasadorem Altra, zrobił to z uśmiechem, jakby sam nie mógł w to uwierzyć.
Historia Gniewomira to historia człowieka, który zaczął biegać, by być zdrowszy, a skończył na tym, że biega, by pamiętać, kim jest — i by innym przypominać, że one też mogą.