Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Gonna Travel

Gonna Travel
15K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygoda

Opowieść o twórczyni kanału Gonna Travel

Była kiedyś podróżniczka, której droga nie zaczęła się od wielkich planów, ale raczej od przypadku – jak to często bywa u tych, którzy ostatecznie idą najdalsze mile. Pierwsze kroki pojawiają się na zielonym szlaku dżungli Portoryko, gdzie woda sama tworzy tobogan między skałami El Yunque. Wtedy jeszcze mówiła, że nigdy nie stanie się vloggerką. Nie była tym typem osoby – zbyt perfekcyjna, zbyt świadoma, że życie nie układa się w idealne scenariusze. I właśnie z tej świadomości narodziło się coś prawdziwego: kanał, który stopniowo przestał być tylko o podróżach, a stał się dziennikiem życia na granicy realiów i marzeń.

Zanim jednak Wenezuela stała się jej drugim domem, przemierzała świat w poszukiwaniu kolorów, dźwięków i ludzi, którzy nie mieszczą się w stereotypach. Była w Kostaryce, ucząc się otwierać kokosy jak gringo, tylko po to, by natychmiast rozczarować się w Bahamach, próbując tańczyć salsę na katarmanie – choć, jak się okazuje, nie wszystko musi się udać, by było warto. Była w Kolumbii, gdzie początkowo chciała tylko złożyć hołd Cartadze, ale zostawiła tam serce. Tam, gdzie indziej lękają się wrócić, ona wracała – najpierw do Ciudad Perdida, potem do wiosek rdzennych Arhuacos, aż w końcu do karnawału Perdón w Sibundoy, gdzie radość i pokuta tańczą razem. To właśnie tam zrozumiała, że Kolumbia to nie narkotyki – to rytm, to uśmiech, to ludzie, którzy walczą o życie i nadal śpiewają.

A potem przyszła Wenezuela. Do Caracas miała przyjechać na tydzień. Przyjechała 5 marca 2020. Miał być tylko etap. Ale wtedy zamknięto granice. Świat stanął. I ona została. Była tuż przed wyjazdem, gotowa odlecieć, gdy koronawirus postanowił, że nie pozwoli. Tak zaczęła się jej najdłuższa podróż – nie po kontynencie, ale przez rzeczywistość kraju, który żyje w permanentnym kryzysie. Caracas, z jego kilkudziesięcioosobowymi kolejkami po benzynę, z brakiem prądu, z ulicami pustymi od strachu i pełnymi od muzyki, stał się nie tylko tłem, ale bohaterem jej opowieści.

Z czasem zrozumiała, że nie ma sensu uciekać od Wenezueli – trzeba ją pokazywać taką, jaka jest: trudną, absurdalną, ale pełną ludzi, którzy mimo wszystko uśmiechają się, śpiewają i walczą o każdy dzień. Zaczęła od supermarketów, gdzie cena dolara wskoczyła z 75 tysięcy do 170 tysięcy bolivarów w ciągu kilku tygodni. Potem pokazała metro, park El Ávila, papugi przelatujące nad blokami jak syreny tropiku. Spotkała Alberta, mistrza brazylijskiego dżiu-dżitsu i cygana, który mówił o dwóch imionach i o tym, jak język romski ma słowa wspólne z polszczyzną. Znajoma z Polski, przyszła do niej po prostu po aptekę – a wyszła z filmem o cyganach Ameryki Południowej. Świat, jak się okazuje, jest pełen zaskoczeń.

Wśród najważniejszych postaci tej opowieści pojawia się Robin – sąsiad, przyjaciel, symbol tych, których Wenezuela zapomina. To on stał się bohaterem jednego z najtragiczniejszych, ale i najpiękniejszych filmów: o zrzutce, która zebrała ponad trzy razy więcej niż trzeba, o lodówce, narzędziach, a potem o protezie zębów. Widok jego uśmiechu po operacji to nie tylko sukces, ale dowód, że ten kanał nie jest tylko o pokazywaniu – jest o uczestnictwie. Robin, który nie wiedział, że ona wraca, kiedy nagle stanęła przed nim po ponad roku – to scena, która przypomina, że niektóre więzi nie wymagają słów, tylko czasu i obecności.

Były też osoby, które przestały się pojawiać. Javi, kapitan katarmanu z Bahamów, który kiedyś śmiał się z nią przy kamerze – zniknął bez śladu. Może zabrakło mu humoru, może życia się rozjechało. A może po prostu była to tylko chwila, jeden odcinek z serii „życie poza planem”. Tak samo jak AIESEC w Kostaryce – faza wolontariatu, która została za plecami, jak zdjęcie z młodości, które nie ma już miejsca w obecnym albumie. Nie ma już filmów o uczelniach, o strukturach międzynarodowych – teraz mowa jest o ulicy, o życiu na żywo, bez cenzury.

Kanał zmienił się wraz z nią. Z podróżniczki, która pokazuje piękno, stała się obserwatorką, a potem uczestniczką. Kiedyś mówiła, że nigdy nie będzie vloggerką. Teraz ma ponad 45 tysięcy wyświetleń za jednym filmem – o braku benzyny, o kwarantannie, o śmierci w cmentarzu, który stał się miejscem czarnych rytuałów. Jej największy sukces to nie nominacja do Travelerów National Geographic – to fakt, że ludzie wierzą, że to, co pokazuje, jest prawdziwe. Jej największe potknięcie? Może to, że przez dwa lata zakazu wjazdu do Wenezueli (za podróż do Kolumbii, ironia losu) nie mogła wrócić do Robina – ale i tak wróciła, kiedy tylko się dało.

Filmy o największej oglądalności to nie wymarzone plaże, ale raporty z pola: „Kraj bez benzyny”, „Supermarket w Caracas”, „Torre David”, „Kraj bez prądu”. To one są jej herbarzem czasów, które przypominają, że czasem podróż to nie ucieczka, ale zanurzenie się. Wspomina też o Polsce – o murku z gatunkami, o polskich produktach w Caracas, o tym, jak łowiła smak ojczyzny w serku topionym. Ale już nie wraca do tematu Kubę Wojewódzkiego – jedyny film na ten temat został zmontowany dla śmiechu i nigdy nie został rozwinięty. Jakby chciała powiedzieć: nie wszystko musi być poważne, ale nie wszystko musi trwać.

Była w Chicago, spotkała Polaków zamieszkujących Amerykę, rozmawiała o tatuażach, o historii Bartka, który żyje jak kocur uliczny, ale ma własne albumy. Była w Ekwadorze, Peruwii, Meksyku – ale najważniejsza stała się podróż motocyklem z Kolumbii przez Ekwador do Peru. Razem z Izą, która dała jej motocykl, przejechały 4500 kilometrów – przez góry, pustynie, przecięte mosty, kłopoty z paliwem. To była podróż, która pokazała, że granice są dla ludzi, a nie dla marzeń. A kiedy dotarły do Limy, to nie było triumfu – było ulgą, że udało się, że nie zginęły, że świat jest wciąż pełen cudów.

Jej wędrówka nie zna końca. Wraca do Wenezueli, do Caracas, do Robinów, do ulic, gdzie nie ma prądu, ale są ludzie, którzy się nie poddają. Pokazuje, jak przetrwać w kraju, gdzie McDonald’s kosztuje fortunę, a benzyna – czas i nerwy. Mówi o Esequibo, o politycznym cyrku, o tym, jak propaganda wisi na plakatach, a ludzie wciąż stoją w kolejkach. Ale nie osądza – pokazuje. I właśnie w tym jest siła tej opowieści: nie mówi, co jest dobrze czy źle – pokazuje, że jest.

A więc kim jest twórczyni Gonna Travel? To Polka, która mówi po hiszpańsku, która śmieje się z siebie, która miała aparat na zębach i nie krępuje się z tym pokazywać. To osoba, która zaczęła od przypadku i skończyła na miejscu, które stało się jej przeznaczeniem. To nie jest kobieta z planem – to kobieta z mapą, którą rysuje na nowo każdego dnia. I choć mówi, że nie wie, co dalej, wiemy jedno:

To, co zaczęło się od „nigdy nie będę vloggerką”, stało się życiem, które warto oglądać.