
Gustaw Chiny: opowieść o Polaku, który zjadł kociołek z piekła rodem
Gustaw najpierw trafił do Chin przypadkiem, a potem przypadkiem już nigdy nie wrócił. Pierwsze kroki po Xiamen zrobił w marcu 2018 roku, z plecakiem, językiem mandaryńskim w fazie eksperymentalnej i kamerą, która wyglądała jakby miała służyć raczej do nagrywania wykładów niż przygód. Wtedy jeszcze mówił do widza w pierwszej osobie, jakby tłumaczył kolegom z imprezy, co widział w ChRL, i robił to z taką samą powagą, z jaką człowiek opowiada, że w Azji jedzą skorpiony. Ale szybko okazało się, że to nie tylko skorpiony — to cała kultura, którą warto pokazywać nie z dystansem naukowca, ale z humorem kogoś, kto sam się w niej gubi.
Zaczął od Xiamen, miasta uchodzącego za jedno z najprzyjemniejszych do życia w Chinach, gdzie wcześniej uczył się chińskiego na Uniwersytecie w Xiamen, w kampusie Xiangan — miejscu, które opisywał raz po raz z nutą nostalgii i lekkim rozbawieniem nad jego wiejskim klimatem, jakby uczelnia zbudowana została specjalnie wśród ryżowych pól, by studenci zapomnieli, że są w XXI wieku. Tam, gdzie inni widzieli bajzły, on dostrzegał charakter. W jego wersji Xiamen to miasto, gdzie deszcz potrafi zalać ulice po kilka dni z rzędu, ale to tylko pretekst, by pójść do siłowni攀岩馆 i wspiąć się na sztuczne skały, albo kupić coś dziwnego na targu, co wygląda jak morska gąbka, ale smakuje jak skwar.
Pierwsze filmy to nie były yety, to były zapiski podróżnika, który nie wiedział, że kiedyś będzie musiał robić sonda uliczne o randkowaniu w Chengdu. Pokazywał, jak Chińczycy świętują Nowy Rok, jak grają w kości, jak selfie robią w grupach po pięciu osób, stojąc jak figury z diamentu w centrum miasta. Był ciekawy, ale nie zapierający dechu — raczej rozbrajający swoim brakiem pretensjonalności. Jego Chiny to nie tylko smog i drony, ale również starzy ludzie tańczący po zmroku i dzieci, które patrzą na białego człowieka jak na postać z serialu, który właśnie się włączył na środku ulicy.
W 2018 roku wyjechał do Szanghaju, by pracować jako tłumacz, i nagrał serię filmów, które brzmiały jakby były częścią większego planu — ale planu nie było. Po prostu był tłumaczem, który miał telefon, kamerę i trochę czasu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jego największe sukcesy będą miały formę shortów o takim tytule jak „Stołówka chińskich robotników” i że przekroczy milion odsłon, pokazując, jak Chińczycy jedzą makaron za trzy złote. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jedzenie stanie się jego brandem.
Przez kilka lat krążył między Xiamen a polską rodzinną sofą, wracając na chińskie święta i wyjeżdżając, gdy wizy zaczynały się kończyć. W 2020 roku opublikował materiał z 2016 roku — nagrania z tajfunu Meranti — jakby przypomniał sobie, że kiedyś był tuż na początku, i postanowił rzucić okiem przez lusterko. To był moment, w którym coś się zmieniło: z pasjonata zrobił się archiwista własnej przygody.
W 2021 roku przeprowadził się do Chengdu — serca prowincji Syczuan, jakby ktoś wybrał najbardziej aromatyczne, najbardziej piekące miejsce w Chinach, by tam zamieszkać. Kwarantanna w Tianjin, potem dwa tygodnie w domu, a potem — życie w mieście, gdzie kuchnia nie tylko piecze, ale drętwi. Tam zaczęła się druga faza kanału: nie tyle o kulturze ogólnie, co o jedzeniu konkretnie. Najpierw kociołek, potem mózg, potem głowa królika, potem malatang — jakby chciał pokonać każdy barier psychologiczny, jaki Polak ma wobec azjatyckiej kuchni. I robił to z humorem, który nie był gorszący, ale wręcz zapraszający: „no co, spróbujesz?”.
W 2023 roku eksplodowały jego odsłony. Film o „chińskim piekielnym kociołku” przekroczył trzysta tysięcy odsłon, a potem „Chińscy o randkowaniu” — ponad trzy czwarte miliona. Ludzie nie oglądali już tylko dlatego, że „to ciekawe”, ale dlatego, że to było zabawne, bezpośrednie, bez nadęcia. Zrobił sonda uliczne, które brzmiały jak rozmowy przy piwie, tylko że w centrum Chengdu. Zapytał Chińczyków, jak się spotykają, co wolno, a czego nie — i okazało się, że w Chinach też są ludzie, którzy boją się pierwszego spotkania.
W 2024 roku zaczął jeść mózg. Serio. I zrobił z tego dwa filmy — jeden długi, jeden short. Potem targ w Kunming, masaże na ulicy, wioska w głębi Syczuanu. Zrobiło się więcej shortów, więcej szybkich uderzeń — ale nie utraciło na głębi. Wręcz przeciwnie: im krótszy format, tym bardziej widoczna była autentyczność. Pokazywał, jak wygląda jadłodajnia, do której nie zaglądają turyści, jak wygląda życie na wsi, gdzie babka urodzinowej partnerki piecze coś, co wygląda jak pieczeń, ale jest ostre jak kara.
Partnerka — Hexi — pojawiła się w jego filmach nie jako „dziewczyna YouTubera”, ale jako osoba, która prowadzi go przez swoje korzenie. Raz świętowali urodziny babci na wsi, innym razem gotowali razem w górach. Z czasem stała się stałym elementem narracji, jakby kanał nie tylko pokazywał Chiny, ale też sposób, w jaki Polak może w nich osiąść — nie jako turysta, ale jako członek rodziny.
W 2025 roku zrobił coś nieoczekiwanego: wrócił do Polski. I nie po to, by opowiadać, jak mu brakuje domu, ale by pokazać, co się dzieje, gdy Chińczynka pierwszy raz widzi morze. Reakcja była taka, jakby zobaczyła ocean na Marsie. Zabrał ją na jezioro, na pierogi, do Wrocławia — i robił to z tym samym podejściem, z jakim pokazywał Xiamen: z ciekawością, a nie z trywializacją. Wtedy też zaczął współpracować z Banotem, co wyglądało jak spotkanie dwóch światów: jednego, który wchodził w kulturę chińską od środka, i drugiego, który oglądał ją z zewnątrz, ale z pasją.
Z czasem jego tematy się przesunęły. Nie robi już filmów o stołówkach uniwersyteckich w Xiamen, nie opowiada o formalnościach na policji. Te tematy przepadły bez śladu, jakby zeszły z obrotu razem z pierwszą fazą jego życia w Azji. Nie ma już materiałów o Xiamen jako „miejscu studiów” — to teraz przeszłość, wspomnienie, do którego wraca okazjonalnie. Teraz mówi o Chengdu jak o domu, a o Syczuanie jak o ojczyźnie wyboru.
Największe sukcesy? Trudno wskazać jeden moment — raczej seria wybuchów. „Stołówka chińskich robotników” z 2025 roku przekroczyła 2,7 miliona odsłon — to nie tylko film o jedzeniu, to dokument społeczny, zrobiony przypadkiem. „Autentyczny chiński makaron (z tofu)” — ponad milion. „Chińska wioska jak z innego świata?” — podobnie. Jego shorty o targach, masażach i supermarkietach są obserwowane jak sensacje, a jednocześnie są banalne: ktoś je, kupuje, rozmawia. Tylko że tam.
Nie wszystko szło gładko. Były filmy z kilkoma tysiącami odsłon, były serie, które się nie przyjęły — jak te z Szanghaju w 2018 roku. Były też potknięcia: nagrania, które brzmiały jakby były robione pod wpływem adrenaliny, bez scenariusza, bez głębi. Ale nigdy nie udawał, że jest kimś, kim nie jest. I właśnie to go ratowało.
Z czasem zaczął promować kursy chińskiego — WEILAI — i robił to bez zawstydzenia, wręcz z przekonaniem. Jakby mówił: „nie tylko pokażę wam, jak to wygląda, ale pomogę wam to zrozumieć”. To był moment, w którym przestał być tylko obserwatorem — został ambasadorem.
Obecnie mieszka w Chengdu, choć odwiedza Kunming, Chongqing, a nawet wypada do Tajlandii czy Pragi — ale zawsze wraca. Jego kamera nie trzęsie się już tak jak na początku, ale nie straciła chwytu na życie. Wciąż je dziwne rzeczy, wciąż pyta ludzi o to, co myślą, i wciąż mówi: „zapraszam na mój profil Patronite”.
Najważniejsze osoby w jego historii? Hexi — towarzyszka i przewodnik. Banot — współwystępujący w kulinarnej i kulturowej wymianie. Chińscy znajomi, sprzedawcy, babki z wiosek, masażyści z parków — ci, którzy nie mają nazwisk, ale twarze i uśmiechy, które powracają.
A te, którzy przestali się pojawiać? Ci z pierwszych filmów — przypadkowi znajomi z Xiamen, studenci, koleżanki z języka. Zniknęli bez komentarza, jakby życie samo zrobiło cut.
Jego największe niepowodzenia? Może te filmy o Szanghaju — nie były złe, ale nie trafiły. A może ten, w którym mówi, że „nie ma nic więcej do dodania” — bo akurat wtedy był potrzebny głos, a nie milczenie.
Ale to wszystko nie ma znaczenia, bo Gustaw Chiny to nie kanał o sukcesie — to opowieść o człowieku, który najpierw pojechał do Chin, by zobaczyć, a został, by żyć. I teraz pokazuje nie tyle kraj, co sposób bycia w nim: z otwartością, z humorem, z makaronem w ręku i drętwiejącym językiem.
To historia Polaka, który nie tylko przeżył kociołek z piekła rodem, ale postanowił go regularnie jeść.