
Homeless Pelican: opowieść o człowieku, który pożegnał się z domem, by znaleźć świat
Nie zawsze trzeba mieć adres, by wiedzieć, gdzie się jest. Michał Sińczak, znany jako Ren Hurricane, nie potrzebował stałego mieszkania, by zacząć pisać swoją historię – potrzebował tylko motocykla, deski i odrobiny szaleństwa. Jego kanał, Homeless Pelican, powstał nie jako projekt, ale jako naturalna konsekwencja życia na granicy między podróżą a eksperymentem. Początkowo był to dziennik z Tokio, miasta, które w jego narracji wyglądało jak mieszanka cyberpunkowej bajki i surrealistycznego snu. Ale szybko stało się jasne, że nie chodzi o Japonię – chodziło o sposób patrzenia. Na kulturę, na ludzi, na te miejsca, które inni omijają, bo są zbyt straszne, zbyt opuszczone, zbyt dziwne.
Za kamerą stali inni, ale przed nią zawsze był on – Michał, fotograf, który przypadkiem został podróżnikiem, a potem aktorem, modelkiem, robotnikiem, nauczycielem, deskorolkarzem, a nawet ojcem – przynajmniej w jednym z odcinków, gdzie granica między prawdą a kamerą stała się całkowicie niewidoczna. Jego pierwsze filmy to były eksploracje: opuszczone hotele miłości, wioski lalek, miejsca, gdzie czas się zatrzymał, a natura pochłonęła ludzkie śmieci. Ale to nie były tylko reportaże z krańców cywilizacji – to były osobiste testy granic. Czy da się przeżyć na parkingu? Czy można zjeść rybę fugu i nie umrzeć? Czy Japończycy przeklinają? Pytania brzmiały jak z komedii, ale odpowiedzi były rzetelne, pełne ciekawości i szacunku dla inności.
Jego podróż była jak fala – raz przybierała siłę, raz opadała. W pewnym momencie zamiast motocykla pojawiły się plany zdjęciowe. Zamiast urbexów – rozmowy z aktorami, gejszami, yakuza. Zdjęcia z motocykla zastąpiły kadry z tokijskich ulic, gdzie tańczył w karaoke, pił sake z kolegami, a czasem – jak w jednym z najbardziej absurdalnych odcinków – jadł z kałuży, bo legenda mówiła, że przedłuży to życie o rok. I choć nie wiadomo, czy efekt był realny, to przynajmniej atmosfera była autentyczna. Jego Tokio to nie był kolorowy przewodnik turystyczny – to była mieszanka uroku, absurdów i ciemnych stron metropolii, gdzie człowiek może być jednym z miliona, a i tak czuć się samotnie.
W tle pojawiali się ludzie: Kinga, która tworzyła intro, Natalia, która robiła zdjęcia do banerów, Meru – modelka z pierwszych sesji, Paulinka, która gościła w kilku filmach, a potem zniknęła bez śladu. Byli też ci, którzy zostali: Gorgo, montujący testowy odcinek, Wudec, komponujący muzykę, czy Chopper – legenda japońskiej deskorolki, z którą pojechał się kiedyś po mieście. Ale najważniejszą postacią stała się sama Japonia – kraj, który najpierw był celem, potem domem, a w końcu tłem do czegoś większego.
Bo po kilkudziesięciu filmach coś się zmieniło. Zamiast tylko opisywać Japonię, Michał zaczął się w nią wplatać. Został modelem, aktorem, gościem w serialach. Przez chwilę wyglądało, jakby znalazł się w centrum świata – występował w reklamach Canonu, był w ekskluzywnych klubach z gejszami, a nawet, jak twierdził w jednym z filmów, zagrał w Bollywood. Ale to nie były tylko sukcesy – były też potknięcia. Kac morderca, zatrzymanie na policji, nieudane randki, problemy z motocyklem. A potem – cicho, bez wielkiego hałasu – zakończył serię. Odcinek numer 143 to nie był dramat, ale raczej luźny, żartobliwy monolog, w którym wyjawił, dlaczego cenzurował twarz dziewczyny, jak zaczynał kanał, i że… to koniec. Przynajmniej na razie.
I tak, jak przystało na pelikana bez domu, nie zatrzymał się. Wkrótce po powrocie do Polski ruszył dalej – tym razem do Korei Południowej. Tam jego narracja zmieniła ton. Zamiast osobistej podróży, pojawiły się społeczne eksperymenty: slumsy, urbexy, pytania, czy Koreańczycy znają Polskę, czy da się przeżyć rok bez alkoholu. Pojawiła się Ania, modelka, która towarzyszyła mu w kilku filmach, a potem – jak wielu innych – zniknęła. Byli też inni: stażystka Jo, która pomagała w Q&A, czy ekipa UrbexHistory, z którą eksplorował opuszczone dzielnice Seulu. Ale już nie było tej samej lekkości. Koreia była bardziej surowa, bardziej społeczna, bardziej krytyczna. Tam mówił o rasizmie, o czarnym dniu, o tym, jak wygląda życie w slumsach, które za rok miały zniknąć z mapy.
A potem – Chiny, Islandia, Indie, Tajlandia, Wietnam, Bahamy. Każdy kraj to nowa seria, nowy styl, nowa rola. W Indiach był cudzoziemcem, który prawie zginął. W Tajlandii – gościem w najniebezpieczniejszym rynku świata. We Włoszech – deskorolkarzem na plaży. W Chinach – podróżnikiem w najbardziej cyberpunkowym mieście świata. A w Wietnamie – kierowcą Gojeka, pracownikiem, który doświadczył jednej z najtrudniejszych prac w życiu. Każdy kraj to nowa maska, ale za nimi zawsze był ten sam człowiek: ciekawy, odważny, czasem przesadnie ekspresyjny, ale nigdy nie udający.
Jego największe sukcesy to nie liczby – choć 276 filmów to sporo – ale to, że potrafił z każdej podróży zrobić opowieść. Że z opuszczonej wioski w Japonii, slumsów w Korei czy rynku w Tomohon zrobił coś więcej niż tylko materiał. Zrobił z nich obrazy świata, które nie są piękne, ale są prawdziwe. A największe niepowodzenie? Może to, że czasem granica między show a życiem stała się zbyt cienka. Że niektóre sytuacje wyglądały jak stworzone dla kamer, a nie dla ludzi. Że niektóre filmy – jak ten o randce z Japonką w hotelu miłości – brzmiały bardziej jak scenariusz niż wspomnienie.
Filmy, które zdobyły największą popularność, to te, które mieszały ekstremę z ciekawością: „Zjechałem na desce z wielkiego robota w Kobe”, „Zostałem ojcem w Japonii”, „Wylądowałem na policji w Japonii”, „Zostałem gwiazdą Bollywood w Korei”. To były chwile, w których jego osobowość eksplodowała – humorystyczna, przesadna, ale autentyczna. A te, które zniknęły bez komentarza? To były relacje z ludźmi. Związek z Japonką, który był tematem kilku filmów, potem nagle przestał się pojawiać. Randki, które zaczynały się obiecująco, kończyły się milczeniem. I nikt nie dostał wyjaśnienia – bo nie było potrzeby. To była jego podróż, a nie reality show.
Teraz, gdy przemierza kolejne kraje – od Wietnamu po Chiny, od Indonezji po Hongkong – jego styl staje się bardziej dokumentalny, bardziej społeczny. Wciąż jeździ na desce, wciąż eksploruje, ale teraz bardziej patrzy na ludzi niż na miejsca. Pyta, co się dzieje, zamiast tylko pokazywać. I choć wciąż nazywa się Homeless Pelican, to już nie jest bezdomny – jest kimś, kto znalazł swój dom w ruchu.
To historia człowieka, który nie miał adresu, ale miał cel: zobaczyć wszystko, zanim świat się zmieni.