
Houcine Boubrik
Houcine Boubrik to imię, które brzmi jak echo międzykulturowej ciekawości – imię mężczyzny, który najpierw pokazywał światu swoje korzenie, by później stopniowo przekształcić się w kogoś zupełnie innego: emigranta próbującego uporać się z nową rzeczywistością, językiem i systemem. Jego historia nie toczy się po linii prostej, raczej jak wędrówka z kamerą w ręku – początkowo skupioną na pięknie odległej ojczyzny, potem powoli zwracającą się ku codzienności, a wreszcie skupiającą się na samym twórcy, jego wyzwaniach i drodze do przystosowania.
Początkowo Houcine był obserwatorem. Jego pierwsze filmy, opublikowane tego samego dnia w sierpniu 2016 roku, tworzyły serię poświęconą Algierii – krajowi, z którego wywodził się albo który głęboko go poruszył. Przez dziewięć filmów – a właściwie przez sześć z nich wydanych w jednym dniu – przemierzał Oran, opowiadał o targach, kulinariach, tanecznych tradycjach, codzienności i sztuce. Pokazywał kraj, który po latach zamknięcia zaczynał się otwierać, gdzie pustynia spotyka się z miastem, a historia miesza z teraźniejszością. Jego głos był ciepły, z nutą dumy, a opowieści miały charakter turystycznych przewodników – pełne zachwytu, lekko pouczające, jakby chciał powiedzieć: „Spójrzcie, co mamy. To tu warto zobaczyć”.
W tych pierwszych materiałach widać było, że Houcine nie wyjechał jeszcze – lub przynajmniej nie był jeszcze kimś, kogo codzienność toczyła się poza Afryką Północną. Jego kamery nie poruszały się po polskich górach, nie nagrywały egzaminów, nie tłumaczyły przepisów drogowych. Wówczas jego świat był Algiérią – jej rodzinami, obrzędami, strojami, kulturą. Pokazywał, jak się przyjmuje gości, dlaczego tancerki brzucha zakrywają włosy, co kryje się za biżuterią, jak smakuje prawdziwy oran. Był przewodnikiem, który nie tylko pokazywał, ale i pytał – zachęcał do zastanowienia się nad znaczeniem rzeczy, które dla miejscowych są oczywiste.
Niemal jakby w jednym dniu zakończył tę erę, by po niemal pół roku zamilknąć. Potem nagle, w maju 2017 roku, pojawił się w Zakopanem. To było już inne miejsce, inny klimat, inne języki w głowie. Jego pierwsza wyprawa w góry, nagrana dronem, była pełna entuzjazmu – „była ekscytująca”, jak sam powiedział – ale też pełna zimna, długu spaceru i pewności, że chciałby to powtórzyć latem. Tym filmem zaczęła się inna narracja: nie o kraju, którego się nie zna, ale o kraju, w którym się dopiero się wkorzystuje. Początek adaptacji.
I znów milczenie – prawie cztery lata. Gdy wrócił, nie było już mowy o Algiérii, o tradycjach, o rodzinach, o kulturze. Zamiast tego – egzamin na prawo jazdy w Polsce. Film z 2021 roku, nagrany po angielsku, był suchy, praktyczny, przejrzysty. To był materiał dla innych, którzy stali przed tym samym wyzwaniem – dla imigrantów, dla obcokrajowców próbujących przebić się przez biurokrację. Kilka miesięcy później pojawił się kolejny film: o nauce języka polskiego. Tym razem już po polsku – z niewielkim akcentem, z prostą strukturą, z wskazówkami. Houcine przestał być tylko narratorzem ojczyzny – stał się kimś, kto sam przechodził przez proces adaptacji i teraz dzielił się wiedzą, jak to zrobić.
Jego największe sukcesy nie zmierzą się z viralowymi fenomenami, ale mają swoją wagę: film o egzaminie na prawo jazdy zebrał ponad 24 tysiące wyświetleń – więcej niż wszystkie wcześniejsze razem wzięte. To oznacza, że trafił do konkretnej grupy ludzi, którzy potrzebowali pomocy. To sukces funkcjonalny, nie rozrywkowy. Jego porady były proste, ale istotne – szczególnie dla tych, którzy nie mieli doświadczenia z systemem polskim.
Z czasem jednak jego obecność staje się rzadsza. Brakuje dawnych tematów: kultury arabskiej, rodzin, tradycji tańców, sztuki. Zniknęły też osoby, które pojawiały się w Algiérii – rodziny, tancerki, rzemieślnicy. Nikt z nich nie powrócił. Zamiast nich Houcine rozmawia już tylko z widzem, bezpośrednio, sam w kadrze, bez pośredników. Nie widać żony, dzieci, przyjaciół – tylko on i jego doświadczenia.
To historia przekształcenia: z twórcy dokumentującego kulturę na osobę, która sama staje się przedmiotem narracji. Z turysty do emigranta. Z obserwatora do uczestnika. Jego kamera najpierw opisywała inne życie, a teraz służy do przebrnięcia przez własne.
Największe potknięcie? Może to nie potknięcie, ale zanik – zamilknięcie między 2017 a 2021 rokiem, przerwa, która mówi sama za siebie: życie nie składa się z regularnych publikacji, tylko z etapów, w których czasem nie ma nic do powiedzenia, dopóki coś nie stanie się wystarczająco ważne.
W końcu jego historia nie jest o rozgłosie, ale o przetrwaniu – o tym, jak człowiek z jednego świata uczy się żyć w drugim, filmując każdy krok, by nie zapomnieć, skąd wyszedł, i by inni mogli pójść tą samą drogą.
To opowieść o tym, jak się staje kimś innym – nie dlatego, że się chce, ale dlatego, że trzeba.