
I gdzie teraz, podróżniku?
Kamil David to podróżnik typu spokojnego — ten, który raczej nie będzie krzyczał do kamery na środku tłoku w Rio, ale cicho wejdzie na kolejny peron, podniesie wzrok i powie: „Zobacz, jakie tu światło”. Jego kanał, I gdzie teraz, podróżniku?, to dziennik ruchomy, skromny jak plecak, ale zapakowany po brzegi: od Gran Canarii po dżunglę Amazonki, od szczytu Burj Khalifa po szkolny autobus w Manaus, który wygląda, jakby miał zaraz się rozpaść. Nic nie jest tu nadmiernie widowiskowe, ale wszystko jest własne — własnoręcznie zmontowane, własnym głosem opowiedziane, własnym krokiem przebywane.
Początkowo wydawało się, że Kamil to typowy europejski turysta z kamerą — ktoś, kto w 2017 roku pojechał na Gran Canarię i zaczął dzielić się wrażeniami w czterech odcinkach, każdy krótszy niż poprzedni, jakby z tygodnia na tydzień tracił oddech. Potem były Dubaje, Kalifornia, Miami — klasyczne szlaki, klasyczne kadry. Ale coś się zmieniło w czasie, może w tonie, może w oczach, albo po prostu w wyborze miejsc. Bo kiedy po dwóch latach ciszy, w 2023 roku, Kamil wrócił z serią o Peru, jego krok był już inny: pewniejszy, bardziej ciekawy świata, mniej zajęty samym sobą. Machu Picchu, Vinicunca, kanion Colca — to nie były tylko punkty na mapie, to były trasy, które wymagały wysiłku, a on je pokonywał, nie narzekał.
Jego podróż stała się jego stylem życia, a może odwrotnie. Gdzieś po drodze zaczął mówić o zamknięciu kanału — w jednym z odcinków z Buenos Aires, gdzie mówił, że nie wie, czy warto dalej, że widzi braki, że zastanawia się, czy to ma sens. Ale mówił to spacerując po mieście, w którym się zakochał, więc słuchacz wiedział: to nie żal, to zmęczenie po drodze. I że wróci. Bo wrócił. Po chwili ciszy, po filmie z zapowiedzią serii po Ameryce Południowej, ruszył dalej: przez Argentynę, Chile, Boliwię, aż na pustynię Atacama i Salar de Uyuni — miejsca, gdzie nie ma miejsca na udawanie. Tam widać, kto naprawdę podróżuje, a kto tylko udaje.
W jego filmach nie ma wielkich efektów specjalnych, ale są sytuacje, które same się komentują: kiedy próbują wziąć opłatę za wejście na cmentarz w Buenos Aires, kiedy trafia na zamieszki, kiedy pływa statkiem, nie wiedząc, dokąd płynie, albo kiedy jedzie „piekielnym autobusem” w Manaus. To nie są przypadki wyreżyserowane — to życie, które czasem nie pyta, czy jesteś gotowy. I właśnie te chwile, nieupiększone, wręcz nieco niezręczne, sprawiają, że jego obraz świata wydaje się bardziej autentyczny niż u wielu kolegów z branży.
W międzyczasie pojawiały się inne miejsca — Ateny, Nowy Jork, Malta — ale widać, że Kamil nie chce być tylko „tym, co pokazuje miasta”. Chce pokazywać kontekst: kuchnię, ludzi, architekturę, a nawet — jak w jednym z odcinków — gitaram na ulicy Buenos Aires. Tam, gdzie inni brali interwju, on po prostu rozmawiał — choćby z Polką mieszkającą od trzydziestu lat w Chile, która poczęstowała go lokalnymi potrawami. I to właśnie takie kadry — proste, ciepłe — stają się punktami zapalnymi jego narracji.
W 2024 roku Kamil wyruszył na miesiąc do Brazylii i wyglądało to jak próba nowego początku. Seria filmów z Rio, São Paulo, Amazonki, Natal — wszystko podlinkowane do bloga, wszystko z dokładnymi opisami, jakby chciał nie tylko pokazać, ale i pomóc komuś, kto chce iść tą samą drogą. I tu jego kanał zyskał na tempie: pojawiły się krótkie, dynamiczne formy — „szalony karnawał”, „najgorszy autobus”, „zagubiony w dżungli”. To nie były już tylko wędrówki, to były przygody, czasem nieco przerysowane, ale pełne energii. I oglądalność to potwierdziła: „Amazonia w Brazylii” i „Zagubiony w amazońskiej dżungli” przekroczyły trzy tysiące wyświetleń, a „Pierwszy raz piję sok z trzciny cukrowej” — ponad dwa i pół tysiąca. Widzowie zaczęli doceniać zarówno piękno, jak i komiczny aspekt jego podróży.
Choć z czasem zaczęły znikać dawne elementy — nie ma już długich serii z jednego miejsca w stylu „#1, #2, #3...”, nie ma też starego tonu zachęty typu „bez lajka kanał nie będzie rosnąć” — zastąpiono go bardziej luzowym, niemal ironicznym „nie bądź żyła”. Zniknęli też ludzie, którzy mogli towarzyszyć mu na początku — żadna osoba nie pojawia się regularnie poza kilkoma przypadkowymi rozmówcami. To jego podróż, jednoosobowa, ale nie samotna.
W 2025 roku Kamil wyruszył dalej — na Teneryfę, potem do Lizbony i Portu. I znów widać ten sam schemat: najpierw zdziwienie, potem miłość, potem deszcz, a mimo to kontynuacja. Bo on nie przerywa, nawet gdy pada, nawet gdy autobus się nie pokazuje, nawet gdy ktoś chce mu wyciągnąć ostatnie grosze za wejście na plac. On idzie. I pokazuje. I pyta: I gdzie teraz, podróżniku? — choć najwyraźniej wie, że odpowiedź brzmi: Dalej. Zawsze dalej.
To historia człowieka, który zaczął od wycieczki do Las Palmas i doszedł do Amazonki — nie po to, by zdobyć miliony, ale by zobaczyć, jak wygląda świat, kiedy nikt nie krzyczy do kamery.