Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

jedź, BAW SIĘ!

jedź, BAW SIĘ!
4K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

Brewa i Agatka: Dwoje, dron i świat pełen dziur po torpedach

Gdzieś pomiędzy granicami, które raz otwierały się szeroko, a raz zamykały jak klapa trumny, przemierzał świat kanał, który zaczął się od pomyłki — albo raczej od tego, że nikt nie wiedział, co robi, ale robił to z entuzjazmem. "jedź, BAW SIĘ!" to nie był plan, to był odruch — jakby ktoś rzucił klucze do samochodu i powiedział: „no, ruszaj, a jak się coś spali, to napisz o tym na blogu”. I ruszyli. Najpierw do Birmy, potem na Bałkany, potem do Chin, a potem — nieoczekiwanie — do Korei Północnej, gdzie filmowali bez nadzoru, bo mieli znajomego na miejscu, a w życiu nie było czasu na strach. Tam, wśród pustych ulic Pjongjangu, zrobili coś, co przypominało dokument, ale brzmiało jak komedia sytuacyjna — z Traffic Girls na skrzyżowaniach i papierosami, które mogły zabić, ale najwyraźniej nie zabiły, bo nadal mówili.

Początkowo było ich dwoje: Brewa, który mówił, jakby miał dwa tygodnie na opowiedzenie o całym świecie, i Agatka, która czasem pojawiała się w kadrze, by przypomnieć, że życie to nie tylko pociągi w Chinach i zakupy w KRLD. Jej głos był rzadszy, ale ważniejszy — jak ciche „a może nie?” w momencie, gdy Brewa właśnie miał zacząć opowiadać o chińskich używkach. Razem tworzyli ten szczególny kontrast: on — z kamerą, dronem i chęcią rozwiania mitów („Air Koryo nie są aż takie złe”), ona — z refleksem i odruchem: „a może najpierw zjemy?”. Ich relacje z podróżą były różne: on traktował ją jak misję informacyjną, ona — jak wakacje, które przypadkiem trwają od 2012 roku.

W 2016 roku Brewa wsiadł na Svalbard, jakby leciał do pracy, tylko że z Mauserem, dronem i butelką wódki. Tam, wśród reniferów i rosyjskich kolonii, zaczął cykl „Pamiętniki svalbardzkie”, który brzmiał jak reportaż z końca świata, ale wyglądał jak film o przyjaciołach, którzy przypadkiem wpadli na party w Barentsburgu. Tam też pojawili się nowi ludzie — Lucek, który miał urodziny w Piramidzie, i Beata, która cieszyła się z przejazdu wojskowego, bo — jak się okazuje — radość z widoku czołgu zależy od kontekstu. Ale potem, powoli, ich obecność zaczęła się wypłaszczać. Nie było oficjalnego pożegnania, po prostu kamera przestała ich łapać. Został tylko Brewa, dron i świat, który wciąż się zmieniał.

Z czasem kanał przeszedł metamorfozę — z bloga podróżniczego wideo zrobił się miksem poradnika, urbexu i eksperymentu społecznego. Gdzieś w 2017 roku Brewa odkrył Wyspę Man, jakby znalazł ukrytą kartę w grze, i od tej pory mówił o niej jak o świętym Graalu: wieże, muzea motocykli, promy — wszystko było „niesamowite”. Potem była Rumunia z niedźwiedziami, Kirgistan z konnymi trekkami, a potem — Jordania, gdzie Brewa niemal utonął podczas snorklingu, ale film został, bo „to się nie liczy, to tylko woda w kamerze”.

W 2020 roku pandemia nie zatrzymała ich — tylko zmieniła scenę. Zamiast lotniska, była garaż, a zamiast wiz wizyty w VW T3. „jedź W BUSIE!” stał się nowym cyklem, jakby Brewa próbował udowodnić, że można robić podróżniczy kanał, nie podróżując. Remontował podłogę, fałtdach, malował klapę — wszystko z pasją inżyniera, który przypadkiem trafił do reality show o samochodach. Agatka pojawiała się czasem, głównie przy noclegach — jak w łotewskim Feeling Cone, gdzie spała w zawieszonym namiocie, a potem mówiła o tym, jak to „było jak sen, tylko że z komarami”. Ale potem też zaczęła znikać z kadrów. Nie było żadnej dramy, po prostu świat się przestawił.

Największe sukcesy nie były mierzone subskrypcjami (choć 1000 było okazją do specjalnego odcinka z „akcją”), ale momentami, gdy kamera trafiła tam, gdzie nikt nie spodziewał się ją zobaczyć: do wnętrza radzieckiego silosu w Zeltini, nad ruiny w Konewce, do muzeum morskiego w Tallinie, gdzie strzela się do samolotów. A największe potknięcia? Pewnie Suntago — park wodny, do którego pojechali pierwszego dnia otwarcia, by stwierdzić, że „nie jedźcie tam w weekend”. Film był pełen rozczarowania, ale też autentyczności — jakby po raz pierwszy powiedzieli: „to nie działa, ale dzięki, że byliśmy”.

Ich najpopularniejsze filmy to te, które łączyły absurd z informacją: Korea Północna bez nadzoru, snus jako „szwedzkie narkotyki”, dronowanie nad wrakiem Edro III. Ale to „Rzut okiem” stało się ich znakiem firmowym — krótkie, widokowe, bez przesady, jak przypadek, który przypadkiem trafił na kamerę. A potem przyszły cykle jak „JeBS! TOPS” — o dziwnych atrakcjach Estonii, alkoholach nadbałtyckich, bułgarskich kawomatach. Tam, gdzie inni pokazują zamek, oni pokazali, jak działa kawomat na każdym rogu, a potem zapytali: „czy to nie jest piękne?”.

W 2023 roku byli na Bornholmie, gdzie kupowali używane rzeczy na ulicy i mówili o tym z taką powagą, jakby to był rytuał. A w 2024 roku — już bez Agatki w kadrze — Brewa wjechał do Turkmenistanu, jakby kończył cykl, który zaczął się w Chinach. Pokazywał Aszchabad, „Białe miasto”, jakby był przewodnikiem po kraju, który nie istnieje. A potem pojechał na zachód — do Derweze, do kanionu, do jeziora pod ziemią. Mówił spokojnie, bez ironii, jakby w końcu znalazł miejsce, gdzie nie trzeba żartować, bo rzeczywistość jest wystarczająco dziwna.

Kanał zmienił się: z dwuosobowego projektu stał się solowym przedsięwzięciem, z podróżniczego — technicznym, z humorystycznego — refleksyjnym. Ale jedno zostało: ten ton, jakby mówił do przyjaciela, który właśnie spytał: „a co tam u ciebie?”. I odpowiadał: „no, właśnie remontowałem fałtdach, ale spójrz, co zobaczyłem w Czechach”.

To była historia o tym, jak dwie osoby zaczęły jeździć, by się bawić, a skończyły budować bus, w którym nie wiadomo, kto jeszcze jedzie.