
Jedziemy – opowieść o elektryku, który pojechał za pracą i został podróżnikiem
Nie od razu widać, że za kamerą stoi ktoś, kto zamiast monologów o życiu wybrał śrubokręt i przewody. Na początku wszystko wskazywało na to, że kanał Jedziemy miał być surowym, niemal dokumentalnym dziennikiem pracy elektryka w Szwajcarii – z dokładnością do kolorów przewodów i liczby opasek zaciskowych wbijających się w palce. Bohater tych filmów pojawia się wśród zbrojenia betonowego, z wiertłem w ręce i miną człowieka, który wie, że zarabia, ale niekoniecznie się tym zachwyca. Pierwsze filmy to raporty z frontu: droga do pracy, pierwszy dzień, piątek jako punkt kulminacyjny tygodnia. Mowa prosta, bez ozdobników, jakby każdy ujęcie miało być dowodem złożonym do akt „czy warto jechać za granicę”.
Szybko jednak okazuje się, że człowiek nie żyje tylko pracą – nawet w Szwajcarii, gdzie słoneczne dni przychodzą po trzech miesiącach deszczu i gdzie przerwa obiadowa to chwila wśród drzew, z widokiem na alpejskie zbocza. W miarę jak tygodnie mijają, kamera zaczyna się obracać. Zamiast tylko instalacji elektrycznych, pojawia się wodospad Rheinfall, potem sklepy, ceny, a nawet darmowe miejsca w naturze, których – jak podkreśla – „naprawdę nie brakuje w Szwajcarii”. Zaczyna się przesuwać granica między pracą a życiem. Zamiast tylko pokazywać, ile zarabia, pokazuje, ile płaci – za telefon, za mieszkanie, za życie poza Unią. Pokazuje przelewy, kursy walut, stawki brutto i netto. To już nie tylko dziennik elektryka, ale przewodnik dla tych, którzy zastanawiają się, czy szwajcarskie marzenie się opłaca.
Przełom nadeszedł w październiku 2023 roku, kiedy po raz pierwszy film nie zaczynał się od budowy. Zamiast tego – wyjazd. Na Lazurowe Wybrzeże. Nicea, Monaco, Cannes. Cztery części, pełne spacerów, widoków i nieskrępowanego zachwytu. „Nie tylko człowiek pracą żyje” – mówi, jakby przypominał sobie, kim był przed wyjazdem. Kamera trzęsie się mniej, ujęcia są dłuższe, a muzyka znika – zostaje tylko dźwięk ulic Cannes. To już nie raport, to wspomnienie. I coś więcej: początek nowej narracji.
Wyjazdy stają się regułą. Urodziny w Marbelli – trzy części, luksus Puerto Banus, starówka w dzień i w nocy. Potem Włochy – Matera, Alberobello, Monopoli, Polignano a Mare. Cztery odcinki, 4K, plany na kolejne. Albania, Malta – każde miejsce to nowa seria, nowy cel, nowa podróż. Kamera, która kiedyś trzęsła się na budowie, teraz płynie po plażach, ulicach i nad brzegiem morza. Znikają opaski zaciskowe, pojawiają się luksusowe hotelie i święta narodowe. Malta obchodzi 50 lat republiki, a on jest na miejscu – nie jako turysta, ale jako świadek, reporter swojej własnej zmiany.
W tle pozostaje Szwajcaria – miejsce pracy, codzienność, straż celna przyczajona przy granicy, nowy sprzęt, dziwne fuszerki z budowy. Ale to już nie centrum świata. Z czasem rzadziej pada słowo „elektryk”, a częściej „wakacje”, „wyjazd”, „spacer”. Zmienia się ton: z rzeczowego na ciekawski, z pragmatycznego na przygodowy. Kiedyś pokazywał, jak montuje gniazdko – dziś mówi, że Alberobello to miejsce, które „musisz odwiedzić koniecznie”.
Nie ma tu wielkich afer, dramatycznych zwrotów, ani publicznych rozstani. Nikt nie znika gwałtownie, ale z czasem przestają się pojawiać współpracownicy z budowy, kumple z obiadowych przerw, nawet sam temat zarobków traci na sile. Zamiast tego – samotny spacer, auto, widok. Rajd w Wieliczce, Ford Sierra, pamięć o Bublewiczu – to jedyna chwila, gdy wraca do Polski, ale nie do życia, tylko do pasji. To nie wyjazd, to pielgrzymka.
Największe sukcesy? To nie liczba subskrypcji, ale to, jak udaje mu się przekuć rutynę w przygodę. Filmy o cenach w sklepach i umowach o pracę docierają do tych, którzy szukają konkretów. Ale to wakacyjne serie – z Francji, Hiszpanii, Włoch, Albanii, Malty – zdobywają najwięcej uwagi. Widzowie chcą nie tylko wiedzieć, ile się zarabia, ale też jak wygląda życie obok pracy. A on pokazuje: piękne miejsca, spokojne chwile, chwilę luzu po trzech miesiącach deszczu.
Były i potknięcia – choćby ta celna ironia, gdy po zakupach w Niemczech wpadł w „typową łapankę” szwajcarskiej straży celnej. Ale nawet to opowiada z uśmiechem, jakby wiedział, że to tylko kolejny epizod w dłuższej opowieści. Nic się nie kończy, wszystko się zmienia.
I tak, z elektryka, który jechał do Szwajcarii po pieniądze, rodzi się podróżnik, który pracuje, by móc jeździć. Kamera, która kiedyś trzęsła się na budowie, dziś spoczywa na plaży w Polignano. A jego życie – nieopisane wprost, ale widoczne w każdym ujęciu – to historia o tym, jak codzienność może stać się prologiem do czegoś większego.
To nie był plan, tylko droga, którą wzięto, bo gdzie indziej nie dało się już stać.