Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Jestem Wolny

Jestem Wolny
15K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Jestem Wolny: opowieść o człowieku, który pojechał na pięć tygodni i został na dobre

Był sobie chłowiek, który pewnego majowego dnia w roku 2022 zebrał rzeczy, wsadził je do auta i pojechał do Chorwacji. Tak, po prostu. Nie na wakacje — bo wtedy mówi się „na wakacje” — tylko „na pięć tygodni”, jakby to była konkretna transakcja czasu z kalendarzem, jakby to była przerwa, a nie początek czegoś. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jego życie zaraz się przewróci, jak ciężarówka z niesprawnymi hamulcami, na zakręcie znaczonym jako „ostrożnie, niebezpieczeństwo”.

Za kierownicą, z kamerą w telefonie i z dźwiękiem, który sam przyznawał, że brzmiał jak z radia amatorskiego, opowiadał światu, że właśnie jedzie do Dalmacji. Chciał połączyć pracę z odpoczynkiem, zobaczyć Makarską, może Brelę, może coś więcej. Pięć tygodni, powiedział, nie więcej. Ale Chorwacja, jak to Chorwacja, ma swoje sposoby, żeby nie puszczać ludzi. Zatrzymuje ich nie tyle morzem, ile sposobem, w jaki świat tu działa — powoli, niepewnie, ale z taką nieco niechęcią do pośpiechu, że nawet osoba uzbrojona w plany na Excelu zaczyna w końcu włączać tryb „fijaka”.

I tak się stało. Po pięciu tygodniach, zamiast wracać, przeniósł się do Splitu. Potem musiał stamtąd wyjechać, bo nawet we w pełni dalmackim stylu życia, okazało się, że w sezonie nie ma ani jednego mieszkania w znośnym budżecie. Znalazł więc pociechę w Poljicy, cichym, kameralnym miejscu, gdzie nie dzieje się nic. Czyli właśnie to, o czym marzy człowiek po tygodniu w centrum Splitu, gdzie każda plaża to zgiełk, a każda restauracja — wyzwanie dla nerwów.

Z czasem, film po filmie, zaczął się zmieniać. Początkowy niepokój kamerzysty, ten lekki dyskomfort przed własnym głosem, ustąpił miejsca swobodzie. Zrobił film o cenach w Lidlu, o tym, czy Polacy piją za dużo piwa, o tym, że nie spotkał Makłowicza, choć, jak twierdzi, bardzo starał się to jakoś dopiąć. Zaczęło się nawet coś dziać: spotkał bramkarza reprezentacyjnego, był na meczu Hajduka, kąpał się na Ciovo w grudniu, jakby Adriatyk był sauną, a nie morzem. Zrobił konkurs dla 100 subskrybentów, potem film dla 1900, a w końcu zaczął mówić o pieniądzach z YouTube tak, jak się mówi o kimś, kto zaczął chodzić po wodzie: nieśmiało, z wątpliwościami, ale z widocznym dylematem: „czy to naprawdę działa, czy mi się tylko zdaje?”.

To właśnie wtedy, około drugiego roku bycia „Wolnym”, pojawia się druga postać — jego partnerka, Operatorka Kamery. Nie była od razu. Pojawiała się w kadrze, potem w głosie, potem w słowach: „wspólnie”, „razem”, „nasze plany”. Z czasem to nie był już tylko jadący samochodem facet z Polski, tylko para, która żyje w Chorwacji, pokazuje ją, kocha, krytykuje, tęskni za nią, gdy wyjeżdża, i tęskni za Polską, gdy jest w niej.

Ich mapa przygód się poszerzyła. Hvar, Korcula, Lumbarda, Omiš, Lovište — miejsca, które nie są tylko dla turystów, ale dla tych, którzy chcą się schować. Zaczęli planować wyprawy nie na dwa dni, ale na miesiąc: workation, czyli połączenie pracy z wypoczynkiem, tylko że praca była za kamerą, a odpoczynek — między jednym a drugim filmem. Kupili nowe auto, bo stare nie wytrzymało dalmackiego upału. Zrobił film o tym, że dostał mandat za przekroczenie prędkości. O tym, że wziął pożyczkę. O tym, że zarabia, ale słabo. O tym, że ma książkę. Która się sprzedała. I nagle, jak w tych filmach, gdzie główny bohater odrzuca kurtkę i uświadamia sobie, kim naprawdę jest, wyznał: YouTube zmienił mu życie.

Ale to nie był happy end. Nikt nie obiecywał, że będzie. Po półtorarocznym pobycie w Chorwacji, zdecydował się wrócić do Polski. To nie był dramat, ale raczej refleksja: „Czy żałuję? Nie. Ale też nie tęsknię za wszystkim”. Wyprowadził się z Pelješaca, przeprowadził z Cavtat do Dubrownika, a potem — do domu. Sprzedał kamerę na allegro? Nie. Nadal nagrywał. Nadal mówił o Chorwacji, ale już z drugiej strony granicy. Bo Chorwacja została. Tylko że inaczej.

Z czasem pojawiły się nowe tematy: Ukrainka, którą poślubił, rozmowa o mieszanym małżeństwie, o różnicach, o tym, jak Polak i Ukraińka widzą świat. O tym, że można być szczęśliwym, nawet jeśli narzeczona nie przepada za polskimi serialami, a on nie rozumie pojęcia „borszcz z barwinkami”. Zaczęli jeździć razem, a potem on wyjeżdżał sam — bo czasem człowiek musi być Wolny, żeby pamiętać, kim jest.

Jego kanał przestał być tylko o Chorwacji. Zrobił film o MacBooku, o Apple Watchach, o winietach, o hulajnogach, o tym, że mu się nie podoba, jak Polacy oceniają innych Polaków za granicą. Zrobił film o tym, że go okradziono. I o tym, że to nie zmieniło jego poglądu na ten kraj. Przeciwnie — potwierdziło, że nie ma raju bez cienia.

Osiągnął 10 000 subskrybentów, zrobił film o zarobkach, o hejcie, o tym, że niektórzy uważali, że naruszył „świętość Makłowicza”. I odpowiedział nie oburzeniem, ale żartem, tylko że tym razem żartem o sobie. O tym, że jest tylko człowiekiem, który chce pokazywać świat, który widzi, nie ten, który mu kazano.

Z czasem jego filmy stały się bardziej osobiste, ale nie bez powodu. Bo cała historia kanału to historia jednego wyjazdu, który nie miał się skończyć. To historia Polski i Chorwacji, Roberta Makłowicza i Matki Kury, Lidlów i winnic Lovrić, mandatów, lotniskowców na horyzoncie, i kochanków, którzy się poznali nad morzem i nazwali się „Wolnym” i „Operatorką Kamery”, bo tak było prościej. To historia człowieka, który chciał tylko dzielić się tym, co widzi, a skończył dzielić się tym, kim jest.

A kiedyś, po trzech latach, złożył film, który trwał tylko kilka minut. „To już trzy lata” — powiedział. „Chorwacja nas połączyła”. I w tle były widoki z Makarskiej, z Cavtat, z Splitu. I nagle było jasne, że nie chodziło o to, gdzie mieszka, ale o to, kim się stał, gdy miał szansę być wolny.