Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

JohnyTravel

JohnyTravel
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekulturaludzie

JohnyTravel – Moto na południe

Nie było to zaplanowane z dzieciństwa, nie było też żadnej dramatycznej chwili, w której ktoś zrzucił ze ściany swojego mieszkania biurko, by zamiast tego kupić motocykl i odjechać w nieznane. Po prostu pewnego dnia Johny – bo tak nazywa się człowiek za kamerą i za kierownicą – zdecydował się, że czas przestać tylko o tym marzyć. Jeden motocykl, jeden mężczyzna, jedna droga. Ameryka Południowa czekała, a on postanowił, że nie będzie już tylko patrzeć na jej krajobrazy przez ekran, tylko przejechać się po nich grubym grzemzotem silnika. Nie wiadomo, skąd dokładnie wyjechał, ale wiadomo, że wyjechał. Z Polski. Tak, z tej samej, co daje mu się w żyłach nawet wtedy, gdy przez telefon z nieznajomymi gada się po portugalsku, a potem wyrywa z płucach słowa po hiszpańsku, bo „kawa” to i tak „kawa”, tylko trzeba się bardziej starać.

Początkowo nie wyglądał na kogoś, kto stracił kontakt z rzeczywistością. Wręcz przeciwnie – jego pierwszy film był pełen entuzjazmu, świeżości i nieco niepewnych ujęć, jakby nadal próbował złapać rytm. „Stało się… Witam Was moim pierwszym filmikiem” – powiedział, a potem dodał z uśmiechem, że każdy kolejny będzie lepszy. I był. Nie od razu, nie drastycznie, ale stopniowo. Razem z nim zmieniała się też trasa – z Paragwaju w Brazylię, z deszczu w wiatr, z języka, którego nie znał, w bankomat, który go oszukał. Tak, pierwsze kroki były pełne drobnych wpadek: karta debetowa, która nagle stała się kredytową w oczach systemu, paliwo, którego oktanowość nikt nie potrafił potwierdzić, a więc postanowił dolać octane booster „profilaktycznie”, bo lepiej mieć zbyt czysty silnik niż za szybko zepsuty. Był tuż na granicy absurdu, ale z humorem, który nie przesadzał – ni to pikantny, ni to zbyt lekki, tylko taki, który pasuje do człowieka, który wie, że życie to nie dokumentalny serial, tylko nieustanna próba pogodzenia planu z rzeczywistością.

Wjeżdżając do Brazylii, trafił najpierw na wodospady Iguaçu, ale nie po to, by tylko sfotografować, tylko by porównać – brazylijską stronę z argentyńską. I uznał, że ta pierwsza mu się podoba więcej. Nie dlatego, że była imponująca – była – ale dlatego, że kosztował ją 118 złotych. Tak, Johny liczy. Nie tylko kilometry, ale i grosze. I nie boi się o tym mówić. Potem trafił do Áurea – miasta w Brazylii, które oficjalnie nosi tytuł stolicy Polaków w Ameryce. Tam, jak pisze, można porozmawiać po polsku, a mężczyźni przy sklepie do dziś wspominają kabanosy, którymi poczęstował ich Mateusz. Mateusz? Nie pojawia się więcej. Nie wiadomo, kim był – znajomym, kuzynem, przypadkiem przy stacji? Zniknął. Ale jego kabanosy zostały. W pamięci. I w filmach.

Z czasem zaczęły się pojawiać twarze. Ludzie. Najpierw Raimundo – mieszkaniec Kurytyby, który nie tylko go ugościł, ale pokazał miasto, park im. Jana Pawła II, a także pomógł załatwić motocyklową oponę. Raimundo to jeden z tych, którzy zostali. Nawet kiedy nie ma go na kadrze, jego imię pada. Inni przelotnie – pan Borek, który ostrzegł przed bankomatem Banco Bradesco, czy Pani Danuta Lisicka, której historii nie udało się nagrać, ale która zostawia ślad. A potem znikają – nie dlatego, że się kłócili, ale po prostu, bo trasa idzie dalej. Tak jest z podróżą: ludzie przychodzą i odchodzą, jak stacje benzynowe przy drodze.

Kanał stopniowo zmieniał się z dziennika technicznego w opowieść o ludziach, krajobrazach i przypadkach. Zamiast tylko informacji o paliwie czy oponach, pojawiały się opowieści o lokalnych radiach, muzeach motocykli, plantacjach kawy, a nawet o pumie, którą spotkał na trasie. „Spotkałem PUMĘ!!!” – krzyczy tytuł, a w filmie tylko chwilę ją widać, ale widać, że to nie żart. Była. A on nie narzekał, tylko pomagał później komuś odpalić motocykl. Bez skutku, ale próbował. I to się liczy.

Największy przełom nastąpił w momencie, gdy trafił do Áurea. Film o tym miejscu zdobył ponad trzy tysiące wyświetleń – więcej niż wszystkie poprzednie razem. To był moment, w którym coś się zmieniło. Widzowie zaczęli widzieć nie tylko motocykl, ale człowieka, który przyjeżdża z drugiej strony globu, by znaleźć fragment ojczyzny tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał. Potem sukcesy były już bardziej sporadyczne – film o Amazonce, o przeprawie barką, o życiu na statku w trakcie 27-godzinnej podróży, też odniósł duży rezonans. Ale to nie one definiowały kanał. To jego spokojna, cierpliwa narracja, jego gotowość na bycie oszukanym, zatrzymanym, zmęczonym – to było sednem historii.

Nie unikał trudnych momentów. Wręcz przeciwnie – opowiadał o nich z autentycznością, która nie szuka wyrzucenia winy, tylko zrozumienia. Kiedy utknął w Indaiá przez trzy dni z powodu ulewy, nie klął na pogodę, tylko mówił, że to część sezonu, że trzeba być cierpliwym. Gdy pszczoły go zaatakowały, opisał to jako „niespodziewane”, ale nie tragiczne. Gdy bankomat go okradł, był zły, ale podziękował panu Borkowi, który go ostrzegł. A kiedy jego pompa ABS zepsuła się w Belém, a miał tylko kilka godzin przed wyjazdem barką, nie panikował – walczył, jakby to był kolejny zakręt w drodze. I udało się. Bo zawsze się udawało, nawet jeśli nie od razu.

Były też potknięcia. Film o pustyni Atacama, mimo że poruszający temat ekologiczny, został zaledwie 79 razy wyświetlony. Zniknął z narracji. Nie wracał do niego. Widać, że to nie jego droga – nie ten ton. Johny nie robi filmów o krytyce społecznej. On pokazuje, co widzi. A to, co nie pasuje do obrazu, zostaje w tle. Podobnie zniknęły tematy jak zakazane mosty czy kąpiel w Atlantyku – były, ale nie stały się stałym elementem. Z czasem zaczął więcej mówić o ludziach, o kulturze, o tym, jak jedzie przez miasto i nagle trafia na potężny pogrzeb, który jest imprezą – muzyka, taniec, alkohol. I nie mówi „to dziwne”, tylko „to niesamowite”.

Najbardziej popularnym filmem okazał się epizod z Surinamu – „Witam w Surinamie!”, który miał ponad cztery tysiące wyświetleń. Tam, gdzie wszystko poszło nie tak: granica zamknięta, motocykl w celnicy, przeprawa łódką, a wizę trzeba było czekać dzień po wyborach. To był chaos. Ale Johny go pokazał – nie jako tragedię, ale jako część podróży. I ludzie to polubili. Bo to była prawdziwa opowieść. Bez retuszu, bez przytłumionych emocji.

A potem – Gujana Francuska. I niespodzianka: „Dojechałem do Francji!”. Granica Unii Europejskiej w środku dżungli. Policja francuska. Skrzynki na listy jak domeczki dla ptaków. I nagle – choroba, zmęczenie, i decyzja: wracam. Kupił bilet. Ale nazajutrz zmienił zdanie. Dwa razy w ciągu 12 godzin. To był najbardziej ludzki moment całej serii – nie bohater, który nie zna strachu, ale człowiek, który się waha, ale i tak rusza dalej.

Z czasem zaczął unikać tematów technicznych. Początkowo były one ważne – opony, paliwo, ABS – ale potem przestały być centralne. Teraz mówi o ludziach, o kulturze, o tym, jak się czuje, kiedy stoi na środku ziemi, przecinając równik. Motocykl wciąż jest tu, ale nie jako maszyna, tylko jako środek komunikacji – między miejscami, między kulturami, między decyzjami.

Ostatnie filmy pokazują, że wjeżdża w coraz trudniejsze warunki. Rupununi Road czeka. Setki kilometrów przez dżunglę i sawannę. Bez telefonu, bez pomocy. I on wie, że to będzie ciężkie. Ale nie mówi „boję się”. Mówi „czy jestem gotowy?”. A widz wie, że tak. Nawet jeśli nie będzie.

JohnyTravel to nie tylko podróż motocyklowa, ale opowieść o człowieku, który nie ucieka od życia, tylko je przeżywa – z bliznami, błotem, zakazami wjazdu i przypadkowymi pumami.