Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Jorman coś kręci

Jorman coś kręci
3K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Jorman coś kręci: opowieść podróżnika z dronem i kamerą

Nie zawsze wiadomo, od czego zaczyna się przygoda, ale u Jormana wszystko ruszyło od prostego kroku — nagrania weekendowej wycieczki do skalnych miast na granicy Polski i Czech. Wtedy, w październiku 2021 roku, nie wiedział jeszcze, że to pierwszy krok w dłuższą podróż, nie tylko geograficzną, ale i życiową. Jego kanał, Jorman coś kręci, zaczął się od cichych kadrów Gór Stołowych i Błędnych Skał, od entuzjazmu turysty, który po prostu chciał pokazać piękne miejsca blisko domu. Ale z biegiem czasu widać było, że chodzi o coś więcej niż tylko o zdjęcia — chodziło o to, by pokazywać świat takim, jakim się go doświadcza: z wiatrem w twarz, z błędem w trasie i z momentami, w których dron leci, a serce wali jak oszalałe.

Początki były lokalne, skromne — Góry Sowie, Mazury, Jura Krakowsko-Częstochowska. To były wyjazdy typowe dla Polaka, który wie, że nie trzeba latać za ocean, by coś zobaczyć. Ale już w drugim roku działalności coś się zmieniło. Pojawiła się Chorwacja, a potem, jakby nagle korek pękł, Czarnogóra — kraj, który stał się przełomem. Film z podróży przez całą Czarnogórę w dziesięć dni eksplodował popularnością, docierając do blisko 60 tysięcy odsłuchań, a potem, niemal od razu, przyszedł kolejny przełom: wersja poradnikowa, w której Jorman tłumaczył, jak tam jechać, co zabrać, gdzie nocować. To były treści, które przyciągnęły widzów nie tylko z ciekawości, ale z intencją — ludzie nie oglądali tylko po to, by się zrelaksować, ale po to, by się przygotować. I właśnie wtedy kanał przestał być tylko vlogiem podróżniczym — stał się przewodnikiem.

Z czasem widać było, że Jorman nie tylko gdzieś jeździ, ale że robi to systematycznie, że planuje, że uczy się na błędach. Wiadomo, że woli podróżować samochodem, że najchętniej wynajmuje auto z automatyczną skrzynią — dowiadujemy się tego z krótkiego, ale bardzo wyrazistego filmiku, w którym z ulgą mówi, że dobrze, że zdecydowali się na automat. Wiadomo też, że ma ze sobą drona, model DJI Mini 2, z którym razem przeżywa emocje — i porażki. Jeden z filmów, w którym przyznaje się, że zapomniał zamknąć klapki baterii, stał się mini-sukcesem viralowym, bo było w tym tyle ludzkości: moment zakłopotania, gorąco w twarzy, śmiech, który maskuje przerażenie. To było coś, co przemawiało do innych podróżników — nie do perfekcyjnych influencersów, ale do ludzi, którzy też czasem zapominają założyć pokrywki.

Z Czarnogóry pojechał dalej — do Dolomitów, Wenecji, Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii. Każdy z tych wyjazdów był jak kolejna odsłona szkolenia: jak pokazać górę, jak opowiedzieć o historii, jak nie zasnąć nad montażem. Ale najbardziej radykalna zmiana przyszła latem 2023 roku, kiedy nagle zaczęły się pojawiać kadrze z Azji. Hong Kong. Tajfun. Monster Building. Pająki wielkości dłoni. To była zupełnie inna kategoria — nie tylko geograficznie, ale też tonem. W Hongkongu Jorman stał się nie tylko opowiadačem, ale obserwatorem. Pokazywał nie tylko widoki, ale życie — dziwne, gęste, pulsujące. I to, co najważniejsze — mówił o tym z humorem, ale bez kpiny. Gdy opowiadał o wysokich cenach, robił to z nutą rozbawienia, nie z oburzenia. Gdy pokazywał tytaniczny Buddę, nie mówił „to imponujące”, tylko „czuć tutaj klimat Azji” — subtelna różnica, ale istotna.

W międzyczasie zaczęły się pojawiać nowe postacie. Żona — najpierw jako cień w tle, potem jako aktorka mini-scenek, w których mówi, że ma zawsze rację, a on milknie. To były ulotne momenty, ale bardzo ludzkie — jak przerywnik w serio poważnej podróży. Pojawia się też Reni, współtwarzycielka innego kanału, z którą dzieli się kadrzami i doświadczeniami. A potem, w 2024 roku, nowa forma — kamper zbudowany z osobówki, wyprawa na Bałkany, seria z Albanii. To było coś więcej niż podróż — to był styl życia. Bałkany stały się obszarem eksperymentów: śpienie na dziko, urbexy w opuszczonych kurortach, rozmowy z lokalnymi, pływanie po Jeziorze Koman, wędrówki po Dolinie Theth. Pokazywał nie tylko atrakcje, ale też logistykę — ile kosztuje prom, jak działa system noclegów, czy warto wziąć przewodnika. I robił to coraz lepiej.

Z czasem widać było, co zniknęło. Już nie było tych bardzo krótkich, niemal amatorskich filmów o skalnych miastach. Już nie było tylko entuzjazmu turysty — pojawiła się refleksja, doświadczenie, wiedza praktyczna. Zniknęły też miejsca, które nie wytrzymały próby czasu — jak Bramy Pravcickiej po pożarze, którą odwiedził o rok za późno. To było bolesne, ale on nie uciekał — pokazał spalone lasy i powiedział wprost: spóźniliśmy się o rok. To była szczerość, której brakuje wielu.

Największe sukcesy? To nie tylko liczby — choć film o Czarnogórze z 2023 roku, z ponad 80 tysiącami odsłuchań, to przełom — ale raczej fakt, że ludzie zaczęli mu ufać. Pytali, co zobaczyć, jak dojechać, gdzie nie przepłacić. A on odpowiadał — w poradnikach, w krótkich filmach, w komentarzach. Największe potknięcia? To te chwile, gdy nie udało się nagrać Tre Cime di Lavaredo, bo pogoda nie pozwoliła. Gdy mówił „porażka… nie udało się”, nie brzmiało to jak porażka, tylko jak uczciwość.

A potem przyszło Maroko — rodzinna podróż, Afryka, pustynia, kasyna. I potem jeszcze dalej: Monako, Monte Carlo, Luiguria. Ale już nie tak intensywnie. Jakby energia się przesuwała — z ekspansji na konsolidację. Nadal kręci, ale inne filmy mają teraz więcej wagi. Więcej spokoju. Więcej refleksji.

Jorman coś kręci — bo kręci, owszem, ale coraz częściej robi to z myślą, że nie chodzi o ilość kadru, ale o jakość przeżycia. Że świat nie trzeba tylko pokazywać, ale też zrozumieć.

To historia człowieka, który zaczął od wycieczki do skalnych miast, a skończył na wizji, że świat to nie tyle cel, ile sposób bycia.