Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Just F.ucking Traveling

Just F.ucking Traveling
3K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodahistoriakultura

Opowieść o twórcach kanału Just F.ucking Traveling

Kim jest twórcą kanału

Zaczynał jako rozentuzjazmowany tester dziwnych produktów w małej miejscowości pod cieniem katedry, a skończył jako nieustępliwy podróżnik z kartą dojazdową do muzeów znaczących się piętnem wojen światowych. Nie było dla niego świętości — ani zupka chińska trzy lata po terminie, ani truciznowo ostra papryka Trinidad Scorpion, którą próbował z niepokojącą regularnością, jakby chciał sprawdzić, czy śmierć naprawdę boli. Przez pierwsze miesiące jego istnienia jako twórcy, pojawiał się w kadrze z wypiekami na twarzy, z zupą dobroczynnościowo ulokowaną w koncie na Facebooku, a potem zniknął — bez słowa, bez告别 — by odradzać się gdzieś nad Renem, jakby Niemcy wciąż były dla niego nieodkrytą krainą, a nie sąsiednim krajem z lepszymi autostradami.

Gdzie przebywa

Z czasem jego mapa mentalna skurczyła się do kilku punktów: Kolonia, Norymberga, Kalisz — miasto, które najpierw nazywał swoim rodinnym, by potem obwołać je przystanią szaranczy LGBT, a później po prostu przestać o nim wspominać. Jego świat stał się ciasny, ale intensywny — jak puszka gazowanego frugo, którą trzymał przed kamerą z niepokojącą powagą, jakby to była ostatnia rzecz, jaką zostawił ludzkości.

Czym zajmował się przed wyjazdem

Zanim zaczął oddychać historią, oddychał właśnie tym — testami. Testował, czy można jeść zupki z Chinę 15 miesięcy po terminie, czy Pepsi Blue to amerykański denaturat, czy marmite to coś, co wyprodukowano specjalnie, by sprawdzić granice ludzkiej odporności na smak. Był jak dziecko, które odkrywa kuchnię po raz pierwszy, tylko że jego eksperymenty nie kończyły się na przypalonym jajku, a na twarzy wykrzywionej ogniem z flaszkowego sosu.

Chronologia kluczowych wydarzeń

Zaczął w 2018 roku z testem zupki chińskiej, jakby chciał zadebiutować w świecie wideo od kwestii fundamentalnej: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Potem przyszły konkursy, magnesy z Moskwy, kebaby i meczki piłkarskie — wszystko zrobione w taki sposób, jakby rzeczywistość była tylko tłem, a on był gwiazdą serialu, którego odcinki wychodziły nieregularnie. W 2019 roku zaczął wyjeżdżać — Hiszpania, Holandia, Gibraltar, Niemcy — jakby uciekał przed własnymi filmami. Jego kamera trzęsła się, światło padało źle, ale on i tak opowiadał o malpach w Gibraltarze, które są zawsze głodne, jakby to była metafora jego własnej wewnętrznej próżni.

W 2020 roku coś się zmieniło. Zaczęły pojawiać się filmy o obozach koncentracyjnych — Dachau, procesy norymberskie, KL Sachsenhausen. Teraz mówił już nie o tym, czy można zjeść zupkę trzy lata po terminie, ale o tym, co ludzie robią innym ludziom, gdy nienawiść bierze górę. Jego ton nie stał się poważniejszy — wręcz przeciwnie, stał się jeszcze bardziej przesadzony. Jego emocje były jak eksplozja gejzera w Andernach: piękna, spektakularna, ale przez to jeszcze bardziej przerażająca.

W 2023 roku zaczął się przedstawiać jako RosTuS, co brzmiało jak przezwisko z kryminału, który rozgrywa się w nadmorskim kurorcie. Zrobił film o polskim pomniku Chrystusa Króla w Świebodzinie, potem o niemieckich mostach wiszących, a potem znowu o obozach. Jego świat stał się labiryntem: od kebabu Podolskiego po ślady Holocaustu, od testów ostrej kapusty po zdjęcia z cmentarzyska w Oświęcimiu.

Wydarzenia, które zmieniły kierunek

Przejście od testów kulinarnych do dokumentowania mocy zła było gwałtowne, ale nie było nagłe. Zaczęło się od filmu o marszu równości w Kaliszu, gdzie nazwał go „szaranczą LGBT” i mówił o chorobie, którą trzeba wyleczyć. To był moment, w którym zamiast dziennikarza podróży stał się głosem oburzenia, a potem, bez cienia ironii, głosem pamięci. Jego kamery, które kiedyś trzęsły się nad puszczaną zupą, teraz trzęsły się przy bramach Auschwitz. Nie było już żartów o „dupie od szczania”. Została tylko próżnia, którą próbował zapełnić filmem za filmem.

Co było w przeszłości, a obecnie nie występuje

Zniknęły konkursy, zniknęły żarty o Facebooku, zniknął entuzjazm młodego człowieka, który wierzył, że testując żurka amino, zmieni świat. Zniknął też jego poprzedni styl — zbyt radosny, zbyt pełen „subbów” i „lapek w górę”. Zostawił po sobie tylko archiwum filmów, które wyglądają jak wspomnienia kogoś, kto nagle doroślał — może zbyt szybko.

Jakich tematów unika

Nie ma więcej testów chińskich przekąsek po czasie pandemii. Nie ma więcej żartów o jedzeniu muchomora czerwonego, nawet z podtytułem „nie próbuj tego w domu”. Zniknął też Kalisz jako miasto, które kiedyś było dla niego wszystkim. Jego filmy o Polsce są teraz jak pamiątki — rzadkie, ostrożne, jakby bał się przekroczyć granicę, gdzie humor już nie chroni.

Najważniejsze osoby

Nie ma stałych towarzyszy. Nie ma przyjaciół w kadrze, ani rodziny, ani pasażerów. Jego towarzyszem była kamera, a jego głos — echo. Najbliższą osobą, której dotknął, był Łukasz Podolski, ale i to było z bezpiecznej odległości, przez kebab, który nazwał „pl10”. Najbardziej obecna postać to on sam — wielokrotnie przedefiniowany, od RosTka, przez RosTeKa, po RosTuSa, jakby chciał zagubić się we własnej historii, by ją lepiej opowiedzieć.

Osoby, które przestały się pojawiać

Nie ma już więcej wzmianek o Sarsku z Kalisza. Nie ma więcej wypowiedzi o „normalnych zdrowych ludziach”, którzy chodzą z tarczami. Nie ma więcej Facebooka jako źródła energii. Tam, gdzie kiedyś była namiętność do testowania, teraz jest tylko rutyna dokumentowania — jakby nie mógł już więcej patrzeć na kamerę z uśmiechem, bo widział już, co się dzieje tam, gdzie kamera nie dociera.

Największe sukcesy

Największy sukces to film o mostwie Geierlay, który przekroczył 50 tysięcy odsłuchań — moment, w którym uświadomił sobie, że ludzie oglądają nie tylko jego eksperymenty z jedzeniem, ale i jego próby dotknięcia piękna. Kolejnym był film o pomniku Chrystusa Króla, który przyciągnął uwagę nie tylko dlatego, że był wysoki, ale dlatego, że RosTus nazwał go „polskim Rio”. Aż do filmu o kebabie od Podolskiego, który porównał do reakcji „bez szans” — jakby nie był już tylko twórcą, ale komentatorem emocji.

Największe niepowodzenia

Niepowodzeniem było jego pierwsze doświadczenie z niemieckimi ostrymi sosami — nie dlatego, że były smakowe, ale dlatego, że wyznał: „najgorsze ostre sosy pod względem smaku jakie jadłem”. To było rzadkie — przyznanie się do błędu. Ale jeszcze większe niepowodzenie to jego film o Ghetto Reisholz w Düsseldorfie, który zebrał ponad 55 tysięcy odsłuchań — film, w którym mówił o degradacji, ale sam stał się częścią degradacji, przez sensacyjny ton, który przypominał raczej reportaż z wojny, niż próbę zrozumienia.

Filmy o największej oglądalności

Największą sławą cieszył się film o zjedzeniu muchomora czerwonego, który zebrał ponad 22 tysiące odsłuchań — film, który był jak manifest: ja mogę wszystko. Podobnie film o testach ostrej kapusty z serii Carolina Reaper, który traktował poważnie, jakby to była walka z samym sobą. Ale najwyższy sukces — poza filmem o Ghetto Reisholz — to jego film o Obozie Auschwitz-Birkenau, z napisami angielskimi, który przyciągnął uwagę nie tylko polskich, ale i zagranicznych widzów. To był moment, w którym nie był już tylko eksperymentatorem, ale świadkiem.

Zamknięcie opowieści

To historia człowieka, który zaczął od testowania zupek po terminie, by skończyć w cieniu komina krematorium — i najprawdopodobniej to właśnie był jego najbardziej spójny przekaz.