
KASiA & PjOTER: Dwa życia, jeden kamper i koniec świata
Początkowo mogło się wydawać, że chodzi o przelotny kaprys, kolejny impuls zainspirowany kolorowymi zdjęciami z dalekich krajów i opowieściami znajomych, którzy „pojechali i już nigdy nie wrócili”. Ale Kasia i Pjoter zaczęli od czegoś zupełnie innego — od świąt, choć nie tych właściwie. Ich pierwszy film, pstryknięty w przesadnie kolorowej oprawie, był parodią Bożego Narodzenia, z przestronnym ostrzeżeniem, by nie oglądać go osobom zagrożonym bólem dupy. I choć ten ton nie przetrwał długo, w tej ironicznej lekkości kryła się już zapowiedź ich stylu: nie traktować świata ani siebie zbyt poważnie, ale też nie zmykać wzroku, kiedy coś naprawdę się dzieje. Już wtedy byli parą, choć jeszcze nie podróżnicy. Pjoter, który wtedy po raz pierwszy w życiu trzymał w ręku kamerę, opowiadał o Londynie, gdzie zaskoczył Kasię nadarzającą się sposobnością. Mieli tam dobre wspomnienia, dopóki nie przypomnieli sobie, że jedli kolację dziesięć minut od London Bridge w chwili ataku nożownika. Z tą historią nie śmiali, tylko się zatrzymali — po raz pierwszy pokazując, że potrafią mówić o rzeczach, które nie mieszczą się w formacie „wakacje bez trosk”.
Ich pierwsze wyjazdy — Hiszpania, Włochy, Szkocja — były jeszcze jakby próbą nóg. Filmowali po angielsku, jakby liczyli na światowy rynek, choć nikt ich nie znał, a filmy zbierały kilkadziesiąt wyświetleń. Zdjęcia z Majorki, San Marino czy Bolonii w upale przypominały raczej pamiątkowe montaży z telefonu niż poważny projekt. Ale w tych chwilach coś się budowało: sposób, w jaki Pjoter mówił o Edynburgu, jak Kasia eksperymentowała z sadzeniem pestki awokado, jak śmiech przechodził przez opowieści o uciekającym samolocie — to już był początek narracji. I właśnie narracja, a nie turystyka, stała się ich prawdziwym środkiem transportu.
Wszystko zmieniło się wiosną 2020 roku. Po dwóch próbach w końcu zdobyli wizę work and travel do Nowej Zelandii. To nie był tylko dokumentowany wyjazd — to była ucieczka do końca świata, jak sami ją nazywali. Ich kamper, Nissan Elgrand z 1998 roku, kupiony jak ślepej kurze ziarno, stał się nowym domem, studiem i modelem do eksperymentów. Początkowe dni w Auckland były nerwowe — bank, numer podatkowy, karta SIM — ale potem nadszedł luz. I przyroda. I jaskinie. I wodospady. I drzewa Kauri, które mają więcej tysięcy lat niż oni minut życia. Film o Tāne Mahuta, największym drzewie świata, był jednym z pierwszych, które przyciągnęły więcej niż sto tysięcy oczu — ale nie to było ważne. Ważne było, że po raz pierwszy naprawdę poczuli się w Nowej Zelandii, kiedy stali pod Whangarei Falls i nie chcieli odchodzić.
Ich podróż przekształciła się w rozwijającą się opowieść o codzienności w ekstremalnych warunkach — nie tylko geograficznych, ale i emocjonalnych. Pracowali: na farmach kiwi, na plantacjach borówek, na gospodarstwach w ramach workaway. Ich film o strzelaniu ze strzelby, zjeżdżaniu po zip line i ganianiu krów quadem nie był tylko zabawą — był dowodem, że przestali być tylko widzami. Zdobywali doświadczenie, ale też pokazywali, jak turysta może stać się częścią krajobrazu. A Kasia, rzucająca owcami jak w cyrku, stała się ikoną ich podejścia: nie udawaj, że jesteś kimś innym — po prostu baw się, nawet jeśli wyglądasz jak idiotka.
Ich największym sukcesem był film o hakie — tanecznej ceremonii Maori w Waitangi. Zbliżyli się do kultury, którą dotąd poznawali z książek i filmów, i zrobili to z szacunkiem, a jednocześnie z emocją. Zdjęcia z Rivendell, Shire czy Weta Workshop były dla nich punktami osobistego spełnienia — fanów Władcy Pierścieni, którzy teraz mogli powiedzieć: „byliśmy tam, gdzie zaczęło się wszystko”. Ale nie tylko fantazja przyciągała ich uwagę. Gdy stali na Tongariro Alpine Crossing, 20-kilometrowej trudnej trasie przez krajobraz jak z filmu, było widać, że zmienili się nie tylko geograficznie, ale i psychicznie. Tam, wśród wulkanów i jezior, byli najbardziej sobą — zmęczeni, zachwyceni, przekonani, że to warto.
Nie wszystko szło gładko. Cyklon FEHI zmusił ich do przetrwania nocy w kamperze, podczas której drzewa waliły się na drogę, a wiatr wył jak żywy. To nie był materiał do śmiesznych filmów — ale i tak go opowiedzieli. Nie udając, że to było łatwe. I właśnie w tych chwilach, kiedy mówili o strachu, o zmęczeniu, o pieniądzach, które się kończą, ich opowieść stała się autentyczna. A potem zdarzyło się coś, co nazwali najlepszą historią całej podróży: spotkanie z kimś, kto dał im pomoc bez żadnego powodu. Nie chcieli zdradzać szczegółów — po prostu powiedzieli, że dla takich rzeczy warto było wyjechać.
Ich kanal zmienił się wraz z nimi. Z turystycznych filmików przeszli do dokumentowania życia na granicy komfortu — z gotowaniem w kamperze, remontem wnętrz, sadzeniem roślinek w półkach IKEA. Temat pracy sezonowej stał się ich stałym motywem, podobnie jak kwestie przetrwania: jak zaoszczędzić, jak nie zepsuć się w zimie, jak żyć z małym budżetem. A potem nagle, po tylu filmach z Nowej Zelandii, pojawił się pomidorowy odcinek z IKEA. I kolejny, z ciskaniem kamieni na końcu świata. Jakby kończąc cykl, przypominając, że to nie tylko o krajobrazach, ale o dwóch ludziach, którzy uczą się być razem — w ciasnocie, w deszczu, w ciszy.
Ludzie, którzy byli z nimi na początku — rodzina, znajomi — przestali się pojawiać. Została tylko para: Kasia, z jej cierpliwością i kulinarnymi eksperymentami, i Pjoter, z marzeniem o nożu wykutym w kuźni i zawsze gotowy do działania. Ona unikała wielkich emocji, on mówił za oboje. Ale razem tworzyli równowagę — między realizmem a marzeniem, między pracą a przygodą.
Ich największe sukcesy nie były mierzone liczbami, choć film o hakie miał ponad tysiąc wyświetleń, a o Shire — blisko trzysta. Liczyło się, że ludzie wracali. Że nie tylko oglądali, ale też pisali, że dzięki nim postanowili wyjechać. A największe potknięcia? Były — uciekający samolot, porażki wizowe, cyklony, przerwy w produkcji, które trwały miesiące. Ale o nich nie mówili. Po prostu wracali.
Ostatni film, z kamieniem rzucanym w ocean, był jak punkt na końcu zdania. Nie epilog, nie pożegnanie — tylko kolejna chwila, uwięziona w kadrze. I tak, z ośmiooma filmami i trzema latami później, ich historia nadal brzmi jak początek.
To była opowieść o tym, jak dwoje ludzi wybrało się na koniec świata, by sprawdzić, czy da się żyć inaczej — i odkryło, że da, tylko trzeba mieć kamper i trochę odwagi.