
Kaszub w Kalifornii – opowieść o człowieku, który przeprowadził się do Google’a
Kiedy w 2007 roku pierwszy raz trzasnął mu gołąb przez okno prosto do garnka, nikt nie przypuszczał, że ten dziwny, domowy incydent zostanie pierwszym odcinkiem długiej przygody z kamerą. Filmik był krótki, bez kontekstu, ale pełen charakteru – jakby zapowiedzią nieco chaotycznej, a jednak uroczej podróży przez życie, technologię i amerykański fast food. Potem przez rok milczenie, a potem – Ursus C-330, czyli „Ciapek”, bo po co filmować coś innego, skoro traktor to i tak król pola? Później nagle skok wirtualny: uruchamia Windows 3.1 na Nokia E51 – nie po to, by imponować, ale by pokazać, że granice możliwe są do przekraczania. I tak, stopniowo, z małych eksperymentów i osobistych dziwactw, rodził się charakter kanału: ciekawski, lekko szalony, ale zawsze autentyczny.
Początkowo wyglądało to jak hobby kolekcjonera – ktoś, kto po prostu filmował to, co go interesuje: stare ciągniki, eksperymenty z telefonami, dziwne pomysły na balkonie. Ale to wszystko zmieniło się w 2016 roku, kiedy nagle klucz obrotu trzasnął w drzwiach GooglePlex. Mężczyzna, który miał na imię Kaszub – bo inaczej trudno byłoby nazywać twórcę kanału o tej nazwie – przeniósł się do Kalifornii i zaczął pracować w Google. Tam, gdzie inni mieli ambicje, on miał apetyt – na wiedzę, ale przede wszystkim na jedzenie. Jego nowe życie nie zakładało tylko testowania perkusów i pralni w Google, ale też przemierzenia Kalifornii w poszukiwaniu najgrubszego cheeseburgera, najpikantniejszego kurczaka i najdziwniejszych kombinacji smakowych, jakie tylko mogły powstać w głowie amerykańskiego fast foodu.
Z czasem jego kamera przestała kręcić tylko po korytarzach Google. Zaczęły się podróże – najpierw po Kalifornii, potem po całych Stanach, aż po Karaiby. Kaszub, razem z żoną Anią – która stopniowo stawała się cichym, ale stałym obecnością w tle – przekształcił swój kanał w coś w rodzaju kulinarnego dziennika emigranta: eksperymentował z Taco Bell, testował Popeyes, rozważał, czy KFC rzeczywiście smakuje lepiej niż polska knajpa, a potem robił coś całkiem szalonego – jak zjedzenie 18 cheeseburgerów w White Castle lub spróbowanie hamburgera z mięsem z mózgu. Jego kanał stał się mapą amerykańskiego smaku, którą każdy mógł śledzić, śmiejąc się, ale też ucząc się, jak wygląda życie po drugiej stronie oceanu.
To, co kiedyś było ciekawostkami technicznymi i chwilami z życia na wsi, stało się narracją o przeprowadzce, adaptacji i tożsamości. Kaszub nie ukrywał, że przyjechał do Stanów na wizie H1B, że pracuje w Google, że ma problem z prawem jazdy w Kalifornii – ale zawsze mówił o tym z lekkim rozbawieniem, jakby wiedział, że to wszystko jest tylko etapem. Jego filmy o procesie ubiegania się o zieloną kartę, o kosztach życia w Krzemowej Dolinie czy o życiu w Meksykańskiej dzielnicy w San Diego nie były nudnymi wykładami – to były opowieści z życia, z akcentem, z ironią, z Anią, która czasem pojawiała się po to, by tylko pokazać, że to nie tylko jego historia, ale ich wspólna przygoda.
Jego największymi sukcesami były oczywiście filmy, w których ryzykował życie (choć niekoniecznie świadomie): „Biją Kaszuba za niezjedzenie cheeseburgera” z Heart Attack Grill, gdzie naprawdę grożono mu karą fizyczną, czy „Zjadłem wszystkie amerykańskie dania!”, gdzie wyglądało to jak granica możliwości żołądka. Ale nie tylko one. Film o kupnie pierwszej działki w USA – „Kupiłem ziemię w USA! Ile kosztowała?” – stał się wyznacznikiem nowego etapu: z emigranta zrobił się osadnik. Potem kupił kolejną działkę – w Teksasie, a potem nawet na Puerto Rico. Zaczęły się filmy o sadzeniu drzew na pustyni, o życiu w dżungli, o jedzeniu z bananów – i nagle widać było, że jego misja się zmieniła: nie tylko pokazywać Amerykę Polakom, ale budować coś nowego.
Zniknęły bez słowa stare tematy – traktory, eksperymenty z telefonami, balkonowe awokado. Z czasem rzadziej pojawiały się filmy z Kaszubami – znajomymi z Polski, którzy przyjeżdżali na wizyty. Zniknęła wręcz sama Ania – nie z krzywdy, ale po prostu, bo życie się zmienia. Zamiast niej pojawiły się nowe postacie: sąsiedzi, lokalni handlowcy, strażnicy, inni właściciele ziemi. Zmienił się też ton – więcej refleksji, więcej polityki, więcej etyki. Film „Dlaczego nie chcieliśmy Obywatelstwa USA?” pokazywał wątpliwości, a „Zostałem Obywatelem USA” – ich rozwiązanie. Nie dlatego, że się przekonał, ale dlatego, że postanowił zostać.
W jego historii było wiele porażek – film o nieudanym egzaminie na prawo jazdy, czy o zimnej pizzy z Papa Murphy's – ale one właśnie nadawały autentyczności. Nie udawał, że wszystko idzie gładko. Jego największe potknięcia były też jego największymi sukcesami – bo ludzie wierzyli, że to prawda. Gdy pojawiał się w „Zwolnili mnie z Google. Co dalej?”, nie był zdruzgotany – był ciekawy. Gdy odszedł z Facebooka do Google, nie robił z tego tragedii, tylko nowego rozdziału. Gdy kupił ziemię, nie mówił „to mój dom”, ale „to początek”.
Najwyżej oceniane filmy – „Zajechaliśmy do Strefy 51”, „Heart Attack Grill”, „Kupiłem ziemię w USA”, „527 tys. wyświetleń za jednym cheeseburgerem” – to wszystko były chwile, w których połączyło się szaleństwo, szczerość i nieco amerykańskiego showbiznesu. Ale najważniejsze były te ciche – o napiwkach, o podatkach, o życiu w Teksasie, o kosztach mieszkania. Bo w nich właśnie był prawdziwy Kaszub: nie tylko kucharz, ale obserwator, nie tylko emigrant, ale człowiek.
A dziś, gdy kręci filmy o sadzeniu drzew w Arizonie, o emeryturze przed czterdziestką, o wyborach w USA – robi to z tym samym spokojem, z jakim kiedyś włączał Windowsa na telefonie. Z tą samą ciekawością, z tym samym lekkim rozbawieniem. I z tą samą wiernością – nie tylko kanałowi, ale sobie.
To historia człowieka, który zaczął od gołębia w garnku, a skończył na własnej ziemi w kraju marzeń – i robił to wszystko z miną, jakby to było najbardziej naturalne przejście świata.