
Kawiak Jones: Opowieść o człowieku, który zaświtał w ciasnych dziurach
Gdzieś pośród lasów Zielonej Góry, dawno zanim stał się symbolem podziemnej ciekawości, chłopak z wątpliwą przyszłością otwierał drzwi do świata rozrywki laserowej. Uruchomił wówczas firmę Alien Arena, gdzie ludzie strzelali sobie po plastikowych labiryntach, a on stawał za kamerą, nagrywając, jak inne ciało niż jego własne przeżywa przygodę. Był to czas, gdy jego pasja jeszcze nie miała twarzy, ale już rzucała cień pod ziemię. Potem pojawił się Dzik 4x4 — terenowy patrol, który wyrzucał pasażerów w kałuże i błoto, a on, nie prowadząc, tylko obserwując, zaczynał chyba pojmować sens emocji od wstrząsów. Ale to nie one go przyciągały. To cisza, mrok, zapach wilgotnego betonu i opór ciasnoty — tam, w głębi, gdzie światło się kończy, on dopiero zaczynał żyć.
Z czasem, jakby ktoś przekręcił wyłącznik, wszystko się zmieniło. Zamiast reklamować paintballa, zaczął mówić o bunkrach. Na początku nie była to żadna seria, tylko pojedynczy, nieśmiały film, który brzmiał jak manifest: „sztuką jest pójść na bunkry i mieć z tego zajebistą pamiątkę”. I nagle, jakby zniknęła potrzeba tłumaczenia, co go ciekawi. On to wiedział. W 2016 roku — już jako Kawiak Jones — ruszył z ekspedycjami: najpierw do opuszczonej fabryki i składowiska odpadów nuklearnych, potem do wężowatych poziomów kopalni. Język filmów stał się międzynarodowym: angielski, niemiecki, czeski — jakby chciał, by nikt się nie czuł wykluczony z jego podziemnej wizji. A może raczej chciał, by nikt nie zrozumiał, że to nie tylko hobby, ale obsesja.
Jego przemiana była cicha, ale drastyczna. Znany był z dredów, których się pozbył po 2015 roku, jakby odrzucił ostatni ślad sceny, by oddać się całkowicie ciemności. Zaczęły się wyprawy do Izraela, gdzie pierwszą jaskinią, jaką zobaczył, była Fassuta — miejsce, które nazwał swoim „ulubionym dziurą”. Tam, wśród skalnych łuków i wydrążonych przez czas komór, coś w nim pękło. Nie strach, ale przeciwnie — pewność. Zrozumiał, że nie szuka przygody, ale tożsamości. I zaczął ją zginać w wąskich przesmykach, gdzie ciało przestaje być sobą, a człowiek staje twarzą w twarz z własnym oddechem.
Jego kanał przekształcił się w archiwum klaustrofobii. Pokazywał rzeczy, które inni omijają: zalane tunele, gdzie pływał deską jak surfer po betonowym oceanie, czy schrony z II wojny, gdzie węcheli kości i stęchlizny był częścią narracji. Ale prawdziwy przełom nadeszła w 2017 roku, gdy z okazji swoich 27. urodzin zjechał 100 metrów pod ziemię, by spędzić urodzinowy wieczór w zatopionym złomowisku. To była impreza dla jednego — dla niego. I dla kamery. Film, który powstał, nie był tylko dokumentacją. Był manifestem: „żyję tam, gdzie ty byś się bał wejść”.
A potem przyszły katakumby. Parę miesięcy w Paryżu, ponad 100 godzin pod ziemią, 20 odcinków serii, w których opowiadał nie tylko o kościach, ale o kulturze podziemnej — o kinach, które istniały tam pięć lat, zanim je odkryto, o polu z internetem na głębokości 20 metrów, o „podziemnej solidarności” między tymi, którzy zamiast święcić nad ziemią, odprawiają rytuały w salach z ludzkimi czaszkami. To była nie tylko ekspedycja, ale rodzaj poświęcenia. Jego głos, zawsze spokojny, wręcz ironiczny, zaczynał drżeć przy opowieściach o miejsach, gdzie człowiek może się zgubić na zawsze. A jednak mówił: „Chciałbym stąd wyjść... ale tylko na chwilę”.
Jego sukces nadszedł nie z dnia na dzień, ale z otchłani. „Nie chcesz się tu znaleźć — 5-kilometrowy podziemny labirynt” przekroczył pół miliona odsłon. „Najbardziej klaustrofobiczny film na YouTube” miał ponad 250 tysięcy. A rekord pobił „Szczęśliwe zakończenie po 100h akcji ratunkowej w jaskini w Kambodży” — ponad 980 tysięcy wyświetleń. Ludzie nie oglądali, by się bawić. Oglądali, by przeżyć lęk. A on był ich przewodnikiem — spokojnym, doświadczonym, ale nigdy nie przestawał być człowiekiem. Gdy w 2022 roku powiedział: „Ten zacisk mnie pokonał”, nie brzmiało to jak porażka, ale jak wyznanie. W końcu i on miał swoje granice.
Z czasem Kawiak Jones przestał być samotnikiem. Zaczęli się pojawiać inni — Janek z Dzikich Sudetów, Ania, która śpiewała pod ziemią, Marek „Adbuster”, który spadł z rowerka podczas penetrowania MRU. Byli też ci, którzy zniknęli — żołnierze, którzy utknęli w meksykańskiej jaskini, Floyd Collins, który umarł w ciasnotach, czy Tajowie, których uratowano po 17 dniach. On nie rozpaczał nad ich losem, ale go przedstawiał — z szacunkiem, z dystansem, ale też z jasnym przesłaniem: pod ziemią nie ma miejsca na amatorszczyznę.
Jego życie stało się cyrkulatorem doświadczeń: od organizowania legalnych wyjazdów do bunkrów, przez prowadzenie grupy fanów, aż po tworzenie serii edukacyjnych o historii speleologii. Rozmawiał z pisarzami, pokazywał, jak powstają jaskinie, badał rolę podziemi w mitologii Majów. A gdy w 2023 roku pojechał do Peru, zabierał ze sobą nie tylko kamerę, ale też tęsknotę za nowymi dziurami. Jaskinia na 4000 metrach nad poziomem morza, megality w Cusco, trawiasty most nad źródłem Amazonki — wszystko to było tylko nowym etapem tego samego: chęci dotknięcia dna, nawet jeśli znajduje się ono pod innym kontynentem.
Nie wszystko mu się udało. Były filmy o małej oglądalności, gdzie eksperymentował z formą — krótkie materiały, wywiady, filmy bez jego obecności. Czasem dźwięk był zły, czasem narracja się plątała. Ale on nie przestawał. Nawet gdy baterie się kończyły, gdy tłok go gubił, gdy policja patrolowała tunele — kontynuował. Bo wiedział: im ciaśniej, tym lepiej. I że to nie jest żart, ale definicja szczęścia.
Jego największe sukcesy nie mierzy się tylko liczbami. To setki ludzi, którzy dzięki niemu pierwszy raz zeszli pod ziemię. To film, w którym spędził 107 godzin w katakumbach. To impreza pod ziemią, ślub, który udzielił w sztolni. To sposób, w jaki z ludzkiego ciekawego zrobił się mistrz podziemia.
A najważniejsze osoby? To nie tylko ci, którzy pojawiali się w kadrze. To także ci, których nigdy nie widać: Philip Barta, który mówił za kadrą w serii Bunkiology, Patryk Puchniak, który robił miniaturki, Ania, która śpiewała w ciasnych tunelach. To społeczność, która pytała, komentowała, miała ataki paniki przy oglądaniu jego filmów — i mimo to włączała kolejny odcinek.
Tematy, których już nie porusza, są tak samo ważne jak te, które nadal śledzi. Nie ma już mowy o lasertrafie ani offroadzie. Nie robi filmów o.paintballu. One nie istnieją — jakby tamten czas był tylko błędem w kodzie, który został usunięty. Dziś mówi tylko o dziurach. O tych mokrych, ciasnych, pełnych historii i tajemnic. I o tym, że one czekają.
To historia człowieka, który znalazł siebie nie na powierzchni, ale pod nią — w miejscu, gdzie światło się kończy, a on dopiero zaczyna mówić.