
Mijin, czyli jak Koreanka pokonywała język, kulturę i YouTube
Jeśli ktoś kiedyś powiedziałby Mijin, że jej życie przemieni się w serię wesołych, kolorowych filmików o różnicy między polskimi i koreańskimi językiem migowym, była by pewnie pierwsza, kto roześmiałby się najgłośniej. A jednak właśnie to się stało — z postrzępionego początku na YouTube’a, gdzie próbowała wymówić „żółwia” w polskich łamańcach, aż po status twórcy, który tłumaczy światom polskim i koreańskim sens istnienia ciemnozielonego majonezu, Mijin z kanału Koreanka zbudowała rzecz, która przypomina most — nie tylko między krajami, ale i między ludzkimi doświadczeniami.
Początkowo mieszkała w Polsce jako studentka, a potem — coraz bardziej zawodowo — jako nauczycielka języka koreańskiego na uczelni. Wrocław stał się jej domem, miastem, w którym zamiast marznąć w koreańskim stylu „w czystej bieli” (czyli bez makijażu), nauczyła się cieszyć śniegiem, który kiedyś wydawał się jej jak obcy ląd. Przed wyjazdem, zanim w ogóle pomyślała o kamerze, studiowała, a potem przekazywała innym wiedzę o swoim kraju — najpierw w klasach akademickich, potem w internecie.
Pierwsze kroki na YouTube’u były nieśmiałe, pełen hałasu fonetycznego i przypadkowych konfliktów kulturowych. Jej pierwszy film — KONGLISH vs. PONGLISH — to była nie tyle refleksja, ile spontaniczna zabawa z chłopakiem, który wtedy jeszcze nie był mężem, a już był narzędziem do badań nad tym, czy „chips” brzmi podobnie w Seulu i w Warszawie. Szybko jednak okazało się, że jej głos, ciche zażenowanie i naturalna ciekawość są dokładnie tym, czego potrzebowali widzowie: kimś, kto nie udaje eksperta, ale jest osobą, która sama wszystko odkrywa.
Z czasem jej kanał zmienił się z serii improwizowanych vlogów o jedzeniu i łamańcach w coś znacznie bardziej złożonego. Zaczęła budować serię Koreania, w której uczyła alfabetu Hangeul, zadając widzom zadania domowe — aż robiło się to niemal jak prawdziwe zajęcia. Efekt był taki, że ludzie nie tylko oglądali, ale też... ćwiczyli. Potem przyszły wywiady — najpierw z koleżanką, która prowadziła kanał beauty, potem z polską influencerką Agnieszką Grzelak, a w końcu z samym Eric Nam, koreańskim idolem, któremu Mijin kazała spróbować polskich faworków i powiedzieć „siema” w języku polskim. To był moment, w którym jej projekt przestał być lokalnym eksperymentem i stał się czymś, co mogło nawiązać kontakt między dwoma całkowicie odmiennymi światami.
Kluczowym punktem przegięcia była decyzja o poślubieniu swojego partnera, Bartka. To nie był tylko dzień w kościele, ale początek nowej narracji — z pary międzynarodowej na ekranie zrobiło się małżeństwo, które rzeczywiście się kocha, kłóci o sposób gotowania pierogów i śmieje się, widząc, jak Google Tłumacz przetłumaczy „Ddu-du Ddu-du” na „Uderz, uderz, uderz”. Z czasem Bartek przestał być tylko „chłopakiem z Polski”, a stał się stałym towarzyszem filmowych przygód — nawet wtedy, gdy musiał jeść ośmiornicę prosto z miski, albo gdy Mijin zmusiła go, by odpowiedział, kto z Polaków i Koreańczyków jest „bardziej zdenerwowany w sklepie”.
Z biegiem lat zaczęły pojawiać się nowe osoby — Marysia z Ukrainy, Shuai z Chin, James z Wielkiej Brytanii — tworząc coś, co widzowie nazwali „ekipą Koreanki”. Razem testowali polskie słodycze, zgadywali tytuły bajek w różnych językach, mówili po koreańsku w polskich szkołach i porównywali gesty. Było to jak niewielki świat, w którym różnice były śmiechem, a nie barierą. Potem Shuai wyjechał — jego pożegnanie pokazano w filmie, który brzmiał jak koniec pewnej ery, nawet jeśli Mijin zapewniała, że to nie koniec.
Z czasem jej tematy zaczęły się pogłębiać. Przestała tylko pokazywać śmieszne różnice kulturowe i zaczęła mówić o rzeczach poważnych: o stereotypach, o kobietach w Korei, o służbie wojskowej, o tym, czy rzeczywiście jada się psy (odpowiedź: nie, ale było trudno). Jej film o kimchi, koreanizacji męża i szczepieniu przeciw COVID-19 pokazuje osobę, która stopniowo staje się nie tylko narratorką, ale także obserwatorem i mediatorem.
Nie wszystko szło jak po maśle. Były wpadki — takie jak dyktando, w którym nie wiedziała, jak napisać „przeciwlotniczy”, czy testy języka migowego, którymi się niemal udławiła. Były też filmy, które nie odniosły sukcesu — np. o modzie lat 80. w Polsce i Korei — ale Mijin nie uciekała. Wracała, czasem z srebrnym guzikiem na YouTube, czasem z książką, którą napisała po polsku, bo uznała, że jej historia warte jest opowiedzenia nie tylko w filmach, ale i w zeszycie.
Jej największe sukcesy? To nie tylko film o tym, co zaszokowało ją w Polsce, z ponad milionem wyświetleń, czy wywiad z Eric Nam. To raczej fakt, że tysiące ludzi zaczęło uczyć się koreańskiego dzięki jej serii Koreania, a polscy uczniowie śmieją się, słysząc, jak koreańskie dzieci mówią „kukuryku”. Jej największe niepowodzenie? Może to, że nie zawsze udawało się nagrać filmu — występowały długie przerwy, na przykład po operacji i pobycie w koreańskim szpitalu, albo podczas ciąży. Ale nawet te pauzy stały się częścią narracji.
Tematy, które zniknęły, to przede wszystkim spontaniczne vlogy z pierwszych miesięcy, ale także pojawianie się niektórych gości. Sol A, koreańska beauty youtuberka, która razem z Mijin pokazywała zawartość kosmetyczek, zniknęła bez słowa. Shuai też nie wracał długo. Z drugiej strony, nowi ludzie, jak Yukimi z Japonii czy Adrian z Meksyku, przyszli, by opowiedzieć, jak trudny jest język polski i dlaczego Polacy tak dużo narzekają.
Obecnie Mijin mówi nie tylko o różnicach, ale o tym, co łączy. Jej film o przesądach ciążowych, o ubrankach dla niemowląt (z metką na zewnątrz!) czy o tym, czy dziecko będzie mówić po polsku czy koreańsku, pokazuje osobę, która nie tylko pokonuje kulturę, ale ją tworzy — nową, mieszaną, pełną miłości.
Jej największe filmy to te, które łączą — Co zszokowało Koreankę w Polsce?, Obcokrajowcy oceniają życie w Polsce, Eryk Nam testuje polskie słodycze i ostatnio Metka po zewnętrznej stronie?!, który pokazuje, że nawet ubranko dla niemowlęcia może być kulturowym manifestem.
A więc — kim jest Mijin? To kobieta, która zaczęła od pokazywania, jak trudne są polskie łamańce, a skończyła na tym, że uczy świata, jak żyć między dwoma krajami, dwoma językami i dwoma sercami.
To historia o tym, jak pokój nie zaczyna się na naradach, ale w salonie, gdzie kobieta z Korei i mężczyzna z Polski próbują gotować pierogi i śmieją się, gdy wypadają zbyt twarde.