Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Kresy24

Kresy24
500+ subskrybentów
Obserwuj
historiapolitykaprzygoda

Kresy24: opowieść o pamięci, granicach i Tomku Grzywaczewskim

Gdzieś tam, na peryferiach Europy, tam gdzie dawna rzeczywistość Rzeczypospolitej splata się z cieniami totalitaryzmu, działa kanał, który przypomina, że niektóre rzeczy nie powinny być zapominane. Kresy24 to nie tylko nazwa, to przestrzeń pamięci – miejsce, gdzie szum historii nie ucichł, gdzie imiona poległych nie są tylko nutą w szarej pieśni archiwalnej. A za tą narracją stoi jedna postać, która stopniowo przenikła przez ekran: Tomasz Grzywaczewski – komentator, spowiadający się kierunkowi wschodniemu nie tylko geograficznie, ale i duchowo.

Początki kanału były ciche, jak odgłos kroków po cmentarzu przy świcie. Pierwsze filmy, datowane na jesień 2019 roku, to opowieści o ludobójstwie – Wielki Głód na Ukrainie, Katyn, Janowa Dolina. Ton był szacowny, ton dokumentu, ale nie suchy. Wideo o Wigilii w Kozielsku, tej ostatniej przed rozstrzelaniem oficerów, niosło w sobie prawdziwy dramat – nie przez efekty dźwiękowe, lecz przez prostotę relacji. Historie były opowiadane tak, jakby ktoś je właśnie odnalazł w starej paczce listów i teraz je odczytywał, bez przesady, bez sensacji – z godnością. W tle brzmiał cień przygnębienia, ale też upór: to musi zostać powiedziane.

Przez pierwszy rok tematy krążyły wokół wojny polsko-bolszewickiej, ofiar sowieckich represji, tych, których nazwisko padło w lesie, w więzieniu, na stepie. Bohaterami byli Konstanty Kalinowski, Józef Piłsudski, Witold Pilecki – wszyscy ci, których los łączy się z dawny Kresami. Szczególnie wyraźnie kanał wyłonił serię #Kresowiacy1920 – cykl opowieści o młodych ludziach, którzy, mając po dwudziestce, brali udział w bitwach, o których dziś mało kto pamięta. Byli to nie tylko Polacy, ale też Ormianie, Ukraińcy, osoby o wielokulturowym pochodzeniu – właśnie te, których tożsamość była rozstrzelana przez ideologie XX wieku. Ich historie były opowiadane z szacunkiem, ale bez mitologizowania – z podziwem, a nie z manierą kultu.

Jednak to nie tylko przeszłość kształtowała kanał. Z czasem zaczęły pojawiać się wątki współczesne – nie jako odstępstwo, lecz jako naturalne przedłużenie tej samej narracji. Film o pomocnikach Polski dla Ukrainy w czasie pandemii, o polskich seniorach na Ukrainie, o Bożym Narodzeniu we Lwowie – to nie były akcje charytatywne w formie relacji, lecz spojrzenie na ludzi, którzy mimo zmian granic, wojen i reżimów, nadal żyją w tym samym kulturowym obwodzie. To było coś więcej niż polskość – to była pamięć o miejscu, które raz miało nazwę „Kresy”, a dziś nie ma oficjalnej nazwy, ale ma duszę.

Zmiana nastąpiła w 2021 roku, kiedy pojawił się cykl Kierunek Wschód. To był moment przełomu – nie tylko dla kanału, ale dla jego twórcy. Tomasz Grzywaczewski, dotąd tylko głos w tle, staje się twarzą. Jego komentarze, pełne subtelnej ironii, ale bez żartobliwego lekceważenia, wyrażają stan rozterki i wściekłości. Mówi o Łukaszenku, jak o gangsterze, który „para się przemytem ludzi”, o Putina – jak o szantażystę, który grozi gazem i bombami, ale przede wszystkim – o narodzie, który zapomniał, że może myśleć inaczej niż władza. W tych odcinkach pojawia się nowy ton: nie tylko pamięć, ale też analiza. Grzywaczewski opowiada nie tylko o tym, co się stało, ale o tym, co się dzieje – i kogo to boli.

Znikły wątki o bohaterach 1920 roku – nie nagle, lecz powoli, jak światło gasnące nad horyzontem. Zamiast nich – analizy kryzysu migracyjnego, oceny zachowania Niemiec, oceny zachowania Unii. Pojawiła się seria o Kresowych Geniuszach – o Stefanem Banachu, Rudolfie Weiglu, Tadeuszu Sendzimierze – uczonych z tamtych ziem, których nazwiska zostały zatarte przez przemiany granic i ideologii. To było jak przypomnienie: Kresy to nie tylko pole bitwy, to także kraj myśli.

Ale to rok 2022 postawił wszystko na głowie. 24 lutego, kiedy Rosja najechała na Ukrainę, kanał zmienił się w żywy puls. Tomasz Grzywaczewski był w Donbasie – „niemalże na linii frontu”, jak sam powiedział. Jego głos zaczął brzmieć inaczej – nie tylko jako komentator, ale jako świadek. Kierunek Wschód przestał być analizą – stał się relacją z wojny. Charków, Chersoń, masowe groby, izby tortur – wszystko to było opowiadane z bliskości, z uczuciem, ale bez histerii. Było w tym coś dziwnie spokojnego: człowiek, który wie, że historia się powtarza, ale nie przestaje walczyć z zapominaniem.

Największe sukcesy kanału nie mierzy się tylko liczbą odsłon. Choć film Polskie Państwo Podziemne ma ponad 50 tysięcy wyświetleń, a Janowa Dolina blisko 30 tysięcy, to nie one definiują jego siły. To raczej sposób, w jaki te historie są opowiadane – zgodnie, bez kłamstw, bez retuszu. Największe niepowodzenia? Trudno powiedzieć – kanał nie robi nic dla popularności. Nie ma tu miejsca na przesadę, na tanie dramaty, na efekty specjalne. Jedyne, co można by nazwać potknięciem, to chwilami nieregularna produkcja – ale to nie wygląda na lenistwo, raczej na walkę o środki, o czas, o dostęp do miejsc, o bezpieczne przejście granicy.

Obecnie kanał skupia się niemal wyłącznie na wojnie na Ukrainie – ale nie jako na zdarzeniu oddalonym, lecz jako na kontynuacji długiej historii przemocy, oporu i pamięci. Osoby, które kiedyś się pojawiały – bohaterowie z dawnych czasów – dziś są wspominani jako przestrzeń, z której wyrosła ta wojna. A osoby, które przestały się pojawiać – wspomniane czasem jako „nasz wydawca” (Fundacja Wolność i Demokracja) – są teraz tylko cieniem w tle, wspomnieniem o tym, że kanał się rodził nie tylko z pasji, ale z projektu.

Tomasz Grzywaczewski mówi coraz częściej o Białorusinach, o tym, jak walczyli w 2020 roku, jak są torturowani, jak uciekają do Polski. Mówi o Ukrainie – nie tylko o jej heroizmie, ale o jej prawie do normalności. Mówi o Rosji – nie jako o narodzie, lecz o systemie, który traktuje ludzi jak materiał wybuchowy. I mówi o Europie – nie z pogardą, ale z rozczarowaniem, że nie wszystkie kraje potrafią zobaczyć, co się dzieje.

Największą siłą kanału jest jego spójność – nie techniczna, lecz moralna. To nie jest miejsce dla kompromisów. Historia nie jest tutaj tylko przeszłością – jest ona ostrzeganiem, bronią, pamięcią, która nie chce ulec. I choć formuła się zmieniła – od dokumentu historycznego po relację z wojny – sens pozostał ten sam: nie wolno zapominać, bo zapominanie to początek nowej tragedii.

To historia o człowieku, który zamiast czekać, wziął kamerę i poszedł tam, gdzie inne kamery się boją – i opowiada, że granice się zmieniają, ale odpowiedzialność pozostaje.