Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Lecimy dalej

Lecimy dalej
500+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Lecimy dalej – opowieść o dwóch ludziach, które poszły za marzeniem

Byli parą, która pewnego dnia postanowiła, że nie będzie już tylko oglądać świata przez szybę telewizora. Maja i Grzegorz, twarze stojące za kanałem Lecimy dalej, wyruszyli w podróż, której początkowo nie planowali traktować jako zawód, ale raczej jako wielki eksperyment życiowy — sprawdzenie, czy da się żyć inaczej, wolniej, bliżej natury i ludzi.

Ich droga nie zaczęła się w wielkim mieście ani w biurze, ale raczej w głowie — tam, gdzie rodziły się marzenia o dżunglach, gdzie zamiast budzika śpiewają gibony, a piękno przyrody przychodzi z samego rana, bez zapowiedzi. W grudniu 2018 roku opublikowali pierwszy film z malezyjskiej dżungli, gdzie uczestniczyli w projekcie Workaway — wolontariacie w gospodarstwie na wzgórzu, wśród małp, wilgotnego powietrza i pracy przy ziemi. Tam, wśród kultury, która wydawała się im daleka, a jednocześnie bardzo autentyczna, zrozumieli, że chcą opowiadać o tym, co widzą.

Ich styl był od początku prosty i serdeczny, jak zaproszenie do domu. Nie chcieli być narratorami, tylko współtowarzyszami podróży. Gdy zaczęli publikować kolejne filmy, coraz częściej pojawiały się w nich imiona — Maja, która obchodziła urodziny na wyspie Koh Lanta, Grzegorz, który budował zamki z piasku i wciągał się w lokalne zwyczaje, jak konkurs śpiewu ptaków w Tajlandii. Razem przekraczali granice, nie tylko geograficzne, ale i kulturowe — od malezyjskiego Bukit Kayu po tajskie Hat Yai, gdzie pierwszym ich kulinarnym stanowiskiem był Ama Dimsum, a przygoda zaczęła się od przypadkowego zatrzymania.

Ich podróż była pełna przypadków, które traktowali jak prezent od losu. Nie mieli sztywnego planu, a raczej zasadę: skręcać tam, gdzie zaprasza serce, a czasem — gdzie nie ma autobusu. Tak trafiili do Sam Neua w Laosie, regionu, o którym w Internecie mówi się niewiele, a gdzie czas rzeczywiście wydawał się stawać. Tam, choć nie mieli za dużo do zjedzenia, mieli za to opowieści — o tradycyjnych domkach, o ludziach, którzy nie spieszyli się nigdzie, i o uczciwym głodzie, który przypominał im, że azjatycki raj to nie tylko jadłospisy i plaże.

W ich filmach nie było miejsca na luksus, ale za to było miejsce na ludzi. Spotykali mnichów, którzy subskrybowali ich kanał, tajskie rodziny zapraszające na lokalne święta, laotańską babcię Jubabę, wietnamską staruszkę z uśmiechem, który „nie sposób nie pokochać”, czy Freddiego — bankiera z Kuching, który przyjmował ich w muzułmańskich strojach. Każdy z nich zostawał częścią ich historii, choćby na kilka minut w filmie. Ci ludzie byli nie tylko tłem, ale prawdziwymi bohaterami ich opowieści.

Ich kanał rozwijał się niemal niepostrzeżenie, jak rosnące w dżungli drzewa — powoli, ale solidnie. Początkowo oglądano ich filmy z ciekawości, może nawet z uśmiechem: dwoje Polaków w dżungli, próbujących żyć bez prądu? Ale potem zaczęły się pojawiać inne liczby — tysiące odsłon, najpierw kilkaset, potem ponad cztery tysiące w przypadku filmu o wolontariacie we wschodniej Tajlandii. To właśnie tam, na wsi, wśród szczeniąt i baranków, wśród spokojnej pracy i duchowego odpoczynku, ich historia zdobyła najwięcej serc. Zdjęcia zachodów słońca na Koh Phangan, jazda motocyklem po Ha Giang z pięcioma awariami, sprzątanie zatłoczonych plaż na Borneo — to wszystko stało się ich znakiem firmowym: przygoda bez efektów specjalnych, ale z szacunkiem dla rzeczywistości.

Z czasem zaczęli zmieniać się i oni sami. Ich filmy, początkowo pełne entuzjazmu i niepewności, nabierały głębi. Zaczęli mówić nie tylko o tym, co widzą, ale o tym, co czują. W Filipinach, na wyspie Coron, po raz pierwszy wyznali, że to nie oni zmieniają świat, ale świat zmienia ich. To zdanie, skromne i prawdziwe, stało się kluczem do całej ich historii. Ich podróż przestała być tylko odkrywaniem Azji — stała się odkrywaniem siebie.

Zniknęły z ich narracji pewne tematy. Już nie wspominali o życiu przed wyjazdem, nie mówił o pracy, miastach czy dawnych obowiązkach. Te rzeczy po prostu się wymazały, jak ścieżki w dżungli po deszczu. Nie było też miejsca na złośliwość, ironię, czy krytykę. Nawet wtedy, gdy trafili do Brunei — kraju o wizerunku surowym i zamkniętym — nie przynieśli opowieści o ograniczeniach, tylko o ludziach, którzy uśmiechali się, pomagali, gotowali, bawili się przy budowie domeczków. Nawet wtedy, gdy w Siquijor zaczęły się dziać „nietypowe zbiegi okoliczności”, nie padły słowa strachu — tylko ciekawość i delikatny humor.

Ich najpopularniejsze filmy — ten o Tajlandii jako „ukrytym skarbie”, czy o pętli Ha Giang, czy o Brunei — nie były efektem marketingu, ale szczerości. Ludzie oglądali je, bo czuli, że to prawdziwe. Że to nie scena, tylko życie.

Ostatnio zaczęli mówić o Filipinach — o Wielkanocy na plaży, o Apo Island i jej podwodnym świecie, o prostym życiu na wyspie Coron. Tam, wśród hamaków i ryby z własnego połowu, wydawali się najbardziej spokojni. Ich kamera trzęsła się, ale nie z nieumiejętności — z emocji, z radości, z przekonania, że są tam, gdzie powinni.

Nie wiadomo, dokąd teraz zmierzają. Nie publikowali już od 2021 roku, ale to nie znaczy, że przestali lecieć. Może po prostu przestali pokazywać. A może właśnie teraz, gdzieś w nowej dżungli, budują kolejny domek, znowu z kimś, kto nie mówi ich językiem, ale uśmiecha się szeroko. I może właśnie teraz, po cichu, zapisują kolejny rozdział.

To historia o tym, jak dwoje ludzi postanowiło żyć inaczej — i żyje.