
Marek Kubiak: od Work and Travel po elektryczne marzenia
Marek Kubiak zaczął swoją przygodę z podróżą, jak wielu młodych Polaków — pełen entuzjazmu, z walizką i wizą do Stanów Zjednoczonych, by połączyć pracę i wypoczynek w jednym programie. Jego pierwszy film, który trafił na światło dzienne w czerwcu 2017 roku, był naiwny i szczery, jak początek każdej opowieści: „PIERWSZY RAZ W STANACH ZJEDNOCZONYCH!”, ogłaszał z radością, a w tle grała muzyka, którą sam stworzył i udostępniał na SoundCloudzie. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ten wlog — początkowo zaplanowany jako miesięczna seria — stanie się fundamentem dla kilkuletniej narracji, zmieniającej się wraz z nim samym.
Przez pierwsze miesiące Marek mieszkł w Connecticut, pracując w Mohegan Sun, jednym z największych kasyn w Ameryce. Dni były długie, a czasu na nagrania — niemal zerowy. W jednym z filmów żartobliwie wspominał, że wrócił pijany o piątej rano i przegapił wycieczkę do Nowego Jorku, a w innym relacjonował, jak jego telefon popełnił „samobójstwo” w trakcie podróży do Kanady, niszcząc trzy czwarte materiału. Pomimo tych potknięć, serię USA TODAY prowadził z uporem, dotarł aż do Biały Domu, Chicago czy Las Vegas, a w tle migały twarze znajomych: Filipa, Kasi, Michała — ludzi, którzy pomagali mu kręcić, ale z czasem zniknęli z kadrów, jak to często bywa w podróżach, gdzie spotkania są intensywne, a pożegnania — krótkie.
Po trzecim sezonie, który zapoczątkował w 2019 roku z Nowego Jorku i zakończył na Wall Street, Marek wyraźnie zaczął się zmieniać. Wciąż podróżował, ale jego narracja stawała się bardziej refleksyjna, mniej lżejsza. Zniknęły spontaniczne wycieczki do Supreme, a pojawiły się pyłki refleksji o systemie Work and Travel, o tym, czy to naprawdę przygoda, czy raczej obozy pracy. Jego film „Czy wyjazdy Work and Travel to tak naprawdę obozy pracy?” — z 2019 roku — to punkt zwrotny, w którym Marek przestaje być tylko relacjonistą i staje się komentatorem.
Następna przerwa — prawie dwa lata — była długa, ale nie pusta. Gdy w 2021 roku wrócił, zrobił to zupełnie inaczej. Teraz mówił o elektrycznych samochodach, o roadtripach po Włoszech w Kia E-niro. To była nowa era — nie tylko w jego filmach, ale w jego życiu. Zniknęły kwestie o stylu ulicznym i kasyna, zaczęły dominować ładowarki, zasięgi baterii i testy nowych modeli. Jego vlogi z podróży po Europie były pełniejsze technicznie, ale również bardziej osobiste. W tytule filmu nie było już „Nowy Jork”, tylko „OSZALAŁ! POJECHAŁ ELEKTRYKIEM DO WŁOCH…”, a w opisie — ostrzeżenie: „WŁOCH PORYSOWAŁ MI AUTO ELEKTRYCZNE!”, choć z lekkim uśmiechem w głosie.
Od tamtej pory Marek stał się kimś innym — ekspertem od elektryków, komentatorem rynku motoryzacyjnego, podróżnikiem z planem. Przejechał tysiące kilometrów, testując Kia EV6, Forda Mustanga Mach-E, a w końcu — spełniając marzenie — kupił Teslę Model Y. Jego film „TESLA MODEL Y - PIERWSZE WRAŻENIA” to nie tylko recenzja, ale prawdziwy moment porozumienia z technologią — z tym, co kiedyś było sci-fi, a dziś jest codziennością. Jego kamera pokazuje, jak gra w gry przez kierownicę, jak ogląda Netflix podczas ładowania, jak instaluje tryb wartownika, a potem — z lekkim westchnieniem — tłumaczy, że automatyczne wycieraczki w Tesli „są do dupy”.
W 2024 roku Marek był już nie tylko podróżnikiem, ale posiadaczem, eksperymentatorem. Testował gadżety z AliExpress, budował kemping w Tesli przy minus 12 stopniach, analizował mapy, które nie chcą wierzyć w realny zasięg, a potem — podczas lawiny nad Czarnym Stawem — filmował akcje GOPR, jakby chciał przypomnieć, że przyroda nie da się ujarzmić nawet przez najnowszy EV. Jego film „Lawina Czarny Staw” to nie tylko relacja z Tatry, ale cichy przypomnienie, że podróż to nie tylko komfort, ale też ryzyko.
W międzyczasie próbował studiować w USA — i nie dostał wizy. Film „ODRZUCILI MOJĄ WIZĘ DO STANÓW ZJEDNOCZONYCH” to jedno z najbardziej osobistych wideo na jego kanale — bez clickbaitu, bez efektów, tylko szczerość i smutek. To koniec pewnej ery: zakończenie marzenia o dłuższym pobycie w Ameryce, ale też początek nowej narracji — o tym, że nie wszystko musi się udać, by mieć coś do powiedzenia.
Jego największe sukcesy? To nie liczba wyświetleń, choć film „Realny zasięg Tesli w trasie” przekroczył 12 tysięcy, a „Budżetowy kemping w Tesli zimą” — prawie 11 tysięcy. To raczej jego transformacja — z chłopaka z workiem i pasją do hiphopu i streetwearu, w kompetentnego, spokojnego twórcę, który wie, jak przetestować ładowarkę, ale też jak opowiedzieć o rozczarowaniu.
Jego największe niepowodzenia? Przerwy, które trwały po dwa lata, wizy, które nie zostały przyznane, telefon, który zginął w Toronto, czy wycieczka do Miami, którą trzy razy przeszkadzał huragan. Ale to nie były porażki — to były sceny z życia, które dały mu materiał.
Obecnie Marek mieszka w Polsce, ale nie przestał podróżować. Jego kamera wciąż jeździ — do Słowenii, do Kanady, do Niagara Falls, do Mediolanu, gdzie relacjonuje, jak Fiat Topolino opanowuje miasto. Ale też wraca do Tatr, do Czarnego Stawu, do gór, gdzie testuje nie tylko baterie, ale wytrzymałość.
Jego filmy o największej oglądalności — „Realny zasięg Tesli w trasie”, „Prawdziwe oblicze Nowego Jorku” czy „Budżetowy kemping w Tesli zimą” — to nie przypadkiem materiały, które łączą technologię z emocjami, dane z przygodą.
A osoby, które przestały się pojawiać? To ci znajomi z pierwszych sezonów — ci, którzy kręcili z nim w Mohegan Sun, ci, którzy dzielili z nim mieszkanie w Lake Tahoe. Ich miejsce zajęły nowi współpracownicy: Michał Ryściuk, Mikołaj Kubiak, ekipa ByMan Production. Zniknęli też Kappa i Supreme z tytułów — dziś dominują EV, ładowanie i „protipy”.
Marek Kubiak to historia o tym, jak marzenie może się zmienić, ale nie zginąć. Jak z wloga o pijanych nocach w Connecticut można przejść do testów Tesli Model X Plaid, które przyspieszają do 100 km/h w 2,3 sekundy. Jak z wyjazdu typu Work and Travel może powstać kanal o przyszłości, o zrównoważonym życiu, o tym, że technologia nie musi odbierać przygody — może ją tylko zmienić.
To historia człowieka, który nie przestał podróżować — tylko zmienił pojazd.