
Margita – z sercem w Indiach
Margita to ta, która najpierw trzymała kamerę na koncercie metalowego zespołu w katowickim Mega Clubie, a potem, jakby nigdy nic, przeniosła się z tanecznych studiów we Wrocławiu prosto do świata jogi, mango i świętego Gangesu. Jej historia nie zaczynała się w Indiach – zaczynała się w Polsce, wśród fanów rocka, uczestników warsztatów tańca orientalnego i osób świętujących urodziny na żywo podczas koncertu. W 2012 roku Margita była kimś, kto nagrywał występ Anathemy, by podzielić się chwilą, kiedy fan wyznaje miłość i proponuje rękę i serce podczas ballady Are You There. To były czasy, gdy jej obecność w internecie wiązała się z muzyką, spontanicznością i najbliższym gronem – może przyjaciółmi, a może fanowską społecznością. Wszystko nagrywała z telefonu lub kamery trzymanej w ręku, a opisy były krótkie, niemal prywatne, jak notatki z wieczoru, który nie mógł zostać zapomniany.
Przez kolejne lata jej świat zaczął się przesuwać – stopniowo, bez gwałtownych ogłoszeń. W 2015 roku pojawia się pierwszy ślad czegoś innego: nagranie z występu American Tribal Style, zespołu tanecznego z wrocławskiego studia An Najma. Margita wciąż była w Polsce, ale już nie tylko o muzyce rockowej, lecz o ruchu, szacie, rytmie – o czymś, co łączyło ciała i kulturę. Tańczyła lub obserwowała, nagrywała lub współtworzyła – trudno powiedzieć dokładnie, ale widać, że zaczęła się zbliżać do form wyrażania, które miały związek z Azją, duchowością, innym czasem i przestrzenią. Jej obecność była już nie tylko na koncercie, ale na scenie tanecznej, w kostiumach, które przypominały o dalekich krajach.
W 2016 roku Margita znalazła się w Krakowie, by nagrać występ Colleena Shakti – wybitnej tancerki stylu tribalnego. Było to wydarzenie jubileuszowe: 10 lat tańca tribalnego w Polsce. Nagranie zdobyło ponad 60 tysięcy odsłon – więcej niż wszystkie inne razem wzięte z tamtego okresu. To był jej pierwszy przełom, choć może nie taki, o którym wiele osób wie. Wtedy jeszcze nie mówiła o sobie „indolożce”, nie zapraszała do Ryszikeszu, nie opowiadała o mango. Ale już wtedy jej kamera szukała czegoś głębszego niż tylko muzyka – szukała rytuału, przestrzeni duchowej, ciała jako języka.
Pomiędzy 2017 a 2022 rokiem cicho się zrobiło. An Najma, Sin Nombre Tribe, tańce pod muzykę Omar Faruka – to wszystko odchodziło powoli do tła. Margita przestała pojawiać się na scenach tanecznych, a jej obecność w mediach ustała na kilka lat. Co się działo? Trudno powiedzieć, ale widać, że coś się zmieniło. Gdzieś w tym czasie wyjechała – najpierw może na chwilę, potem na dłużej, aż w końcu zostało. W 2022 roku jej głos wrócił, ale z zupełnie innego miejsca: z Ryszikeszu, stolicy jogi, miasta nad Gangesem, świętego i gwarnego. Jej pierwszy film po przerwie to zaproszenie: „Welcome to Rishikesh”. Już nie mówiła tylko po polsku – mówiła po angielsku, jakby otwierała nowy rozdział dla szerokiego świata. Ale nadal zapraszała na Instagram, jakby YouTube był tylko wejściem, a prawdziwa opowieść toczyła się gdzie indziej.
Od tamtej pory Margita zaczęła pokazywać Indie bez cenzury, ale też bez sensacyjności. Nie pokazywała tylko świątyń i sadhu – pokazywała bazar kwiatów w Ghazipur, jeden z największych w Azji, miejsce, gdzie ulice toną w różowych płatkach i woni frangipanie. Pokazywała wąskotorówkę Kalka–Śimla, perłę inżynierii brytyjskiego imperium, wijącą się przez Himalaje, przez 102 tunele i ponad 900 mostów. Jej filmy stały się cichą manifestacją: „Indie to nie tylko brud i ubóstwo”. Chciała pokazać, że kraj można zobaczyć inaczej – przez radość, kolor, podróż, detale. W 2023 roku opowiedziała o Holi – nie tylko jako o imprezie, ale jako o święcie Hinduizmu, o symbolice, o wiośnie i odrodzeniu. Nagrania były krótkie, ale pełne serca.
Największym sukcesem jej kanału okazał się film o mango – tytuł „Czego nie wiesz o mango” zdobył ponad pół tysiąca odsłon, więcej niż większość poprzednich filmów razem wziętych. To był moment, gdy Margita z pozytywnej ekspertki od kultury zrobiła się przewodnikiem przez smaki, zapachy i sezonowość indyjskich owoców. To było dziwne i piękne – że coś tak proste jak mango stało się mostem do zrozumienia kraju.
Nie ma już śladu po koncertach Anathemy, nie ma więcej nagrań z warsztatów tańca. An Najma, Sin Nombre Tribe, Colleena Shakti – nikt z nich nie pojawił się ponownie. To, co kiedyś było centralne, teraz milczy. Margita mieszka – lub przebywa – w Indiach, choć dokładnie gdzie, nie mówi wyraźnie. Wiadomo tylko, że była w Ryszikeszu, w Deli, w Kalka, w Śimli, że podróżuje po Himachal Pradesh, że obserwuje, jak kwitnie sezam i jak ludzie płaczą podczas Holi.
Jej największe potknięcie? Może to, że jej filmy są zbyt krótkie, zbyt skromne, by zyskać naprawdę masowy rozgłos. Że YouTube nie stał się jej głównym medium, pomimo że ma coś ważnego do powiedzenia. Że wciąż odsyła do Instagrama, jakby nie ufała całkiem temu, co tworzy. Ale może to też jej siła – że nie goni za liczbami, tylko za prawdą spojrzenia.
Margita nie jest influencerką w typowym sensie – nie promuje produktów, nie organizuje konkursów, nie nakręca filmów „typu dzień z mojego życia”. Jest kimś, kto obserwuje, opowiada i zaprasza. Jej kamera nie szuka perfekcji – szuka duszy. I choć jej kanał to zaledwie kilkanaście filmów, rozrzuconych po latach jak kamienie na ścieżce, to każda z nich prowadzi w jedno miejsce: do Indii takich, jakie są – pełne hałasu, piękna, zapachu i życia.
To historia kobiety, która zaczęła od metalu, by znaleźć się wśród sadhu i mango – i która wciąż mówi: dil se desi, sercem dziadek.