Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Marta Niedziela - Blonde on the road

Marta Niedziela - Blonde on the road
4K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Marta Niedziela – z Szwajcarii na koniec świata

Gdzieś pomiędzy alpejskimi szczytami a białymi plażami Pacyfiku, pomiędzy surfem o poranku a narciarskim zjazdem pod wieczór, żyje kobieta, która postanowiła, że życie nie musi się ograniczać do jednego klimatu, jednej pracy ani jednego miejsca. Marta Niedziela — bo o niej mowa — to nie tyle podróżniczka, ile raczej osoba, która po prostu zdecydowała, że dom to nie budynek, lecz stan ducha. I że warto ten dom czasem przepakować i zabrać go ze sobą, nawet jeśli oznacza to, że trzeba będzie spać w hostelach, pić wino z butelki nad jeziorem, a kolejne ranki zaczynać z deską surfingową pod pachą.

Zaczęła od Szwajcarii, gdzie mieszkała latami, pracując ciężko i oszczędzając na coś, co inni nazwaliby szaleństwem, a ona — życiem. Ale zanim wyruszyła w podróż dookoła świata, spędziła pół życia w ruchu — najpierw w Grecji, gdzie zakochała się w Morzu Śródziemnym i w człowieku, a potem znowu w Szwajcarii, gdzie zakochała się w precyzji, naturze i frankach. Tam właśnie zarabiała, by móc potem wydawać — i to nie na luksusy, lecz na doświadczenia. Na język indonezyjski, na certyfikaty nurkowe, na noce w dżungli i na te kilka tysięcy dolarów, które kosztował jej roczny wyjazd poza strefę komfortu.

W 2019 roku wyruszyła sama, z plecakiem, z planem i z odrobiną szaleństwa. Świat, który miał się zamknąć kilka miesięcy później, był jeszcze otwarty — ale niedługo. Gdy pandemia spowolniła rytm świata, Marta znalazła się na Bali i, jak mówiła z uśmiechem, „utknęła” — choć nikt nie wyglądałby tak szczęśliwie w pułapce. Zamiast wracać, została. Zaczęła surfować. Płynęła z dżungli na plaże, z pilatesu na jogę, a z YouTube’a na ulice indonezyjskich wiosek. Tam, na wyspie, poznała Dominikę, z którą razem — jak z dwóch pól magnetycznych — zbudowały coś więcej niż kanał. Zbudowały biuro podróży „Polki w podróży”, które stało się mostem między marzeniem a rzeczywistością dla dziesiątek kobiet szukających nie tyle relaksu, ile przemiany.

Ich podróż dookoła świata trwała dwadzieścia miesięcy, objęła 24 państwa, sześć kontynentów i przyniosła więcej niż zdjęcia. Przyniosła spotkania — z plemionami Afryki, które patrzyły na nią jak na ducha z innego świata, z gorylami, których spojrzenie było cichsze niż szept, z ludźmi, którzy mieli niewiele, a dawali wszystko. W Etiopii tańczyła na weselu, gdzie została gwiazdą przypadkiem. W Kongo, mimo ostrzeżeń i rad, weszła do wioski, gdzie potrzebowała strażnika z karabinem — i gdzie najtrudniejszą częścią nie była groźba, lecz pokusa wystawiania cudzej nagości na pokaz w internecie. W Zanzibarze improwizowała kitesurf, a na Cook Islands przekonała się, że „raj” to nie metafora, lecz konkretny archipelag z lagunami koloru turkusu.

Wróciła do Szwajcarii — ale nie na stałe. Bo przecież dlaczego miałaby wybierać? Zaczęła pracować w kantonie Ticino, gdzie włoska pizza spotyka się ze szwajcarskim porządkiem, a zimą zjeżdżała z gór z deski, by latem znów pływać wśród ryb koralowych. Szwajcarię opowiadała nie jako kraj banków, lecz jako kraj wodospadów, jezior i alpejskich traktów — miejsce, które można pokochać nawet bez oceanu. Ale to Bali i Afryka ciągnęły ją z powrotem. Tam, gdzie ludzie mówią wolniej, śmieją się głośniej i żyją blisko ziemi.

Kanał, który zaczął się od prostego powitania — „Hej, jestem Marta i mieszkam na Bali” — szybko zmienił się w archiwum życia w pełnym wymiarze. Z czasem Marta przestała pisać o sobie tylko jako o samotnej podróżniczce. Pojawiała się z grupą „Polaków w podróży”, z Dominiką, z lokalnymi przewodnikami, z kobietami, które — jak ona kiedyś — wyruszyły, by sprawdzić, czy marzenie da się zrealizować. Zniknęły filmy o szwajcarskich śniegach, zastąpione relacjami z Raja Ampat, Sokotry czy Polinezji Francuskiej — miejsc, które dla większości ludzi istnieją tylko w snach. Zniknęły też wątpliwości. Została pewność: że warto ryzykować, że warto być samemu, że warto płacić za to, co się pamięta, a nie za to, co się posiada.

Jej największy sukces? Nie liczba subskrypcji, nie miliony odsłon (choć film „Jak to jest być drugą żoną w Afryce?” przekroczył 70 tysięcy), ale fakt, że ludzie zaczęli mówić: „Jeśli ona może, to i ja”. Jej największe potknięcie? Być może to, że czasem świat patrzył na nią jak na buntowniczkę, której brakuje powagi — choć to właśnie powaga wobec życia sprawiła, że zrzuciła kancelarię i wybrała ocean.

Dziś Marta nie tylko podróżuje — ona zaprasza. Na wyjazdy tematyczne, na safari w Botswanie, na ceremonie oczyszczania na Bali, na sylwestry na plaży. Jej kanał to nie tylko opowieści o miejscach, lecz także o zmianie — o tym, jak wyjść z domu i wrócić kimś innym. A tam, gdzie kiedyś była tylko jedna kobieta z deski surfingowej, teraz są setki kobiet, które razem — i każda po swojemu — decydują się na pierwszy krok.

Bo jak mówiła nie raz: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku — a jej historia to zbiór tysięcy takich kroków, które nigdy nie przestały padać.