
Masa Perłowa: podróżnik na krawędzi świata
Nie ma go na zdjęciach, nie uśmiecha się do kamery, ale jego głos – spokojny, nieco sceptyczny, czasem zawieszony w zadumie – towarzyszy widzom od pierwszych kroków po Sewilli po najdalsze zakątki pustyni syryjskiej. To twórca kanału Masa Perłowa #podróże, mężczyzna, którego tożsamość nie została nigdy wyjawiona, ale którego obecność czuć w każdym kadrowi, w każdej rozmowie z przypadkowym przechodniem, w każdej chwili ciszy nad pustynią Erytrei. Jego historia nie zaczyna się w Afganistanie ani w Iraku, tylko znacznie bliżej – w Hiszpanii, gdzie w grudniu 2016 roku, z plecakiem na plecach i kamerą w ręku, postanowił sprawdzić, czy świat poza mapą turystyczną wciąż istnieje. Wtedy to, w ciepłym słońcu Andaluzji, zaczął się długi, nieoczekiwany ruch, który miał go zaprowadzić tam, gdzie inni nie śmieli – albo nie chcieli – iść.
Początkowo jego kroki były ostrożne, niemal turystyczne. Sewilla, Cypr, potem Pakistan – kraj po kraju, jakby testował, jak daleko może zajść. W 2018 roku był w Nikozji, nagrywając wirującego derwisza, którego szaleństwo ruchu kontrastowało z cichym, niemal ironicznym komentarzem o tym, że muezzin zagłusza muzykę. W Pakistanie w 2019 roku zafascynowała go psychodeliczna sztuka malowanych ciężarówek – nie tylko jako fenomen wizualny, ale jako sposób na życie, na zarobek, na przetrwanie. Wtedy zaczęło się coś zmieniać: z obserwatora stał się uczestnikiem, z turysty – badaczem. A potem – kimś, kogo nie dało się już nazwać tylko podróżnikiem.
Jego kamera zaczęła wchodzić w miejsca, gdzie większość ludzi nie wchodzi nawet myślą. W 2020 roku był w Iwano-Frankiwsku, a potem w Łańcucie, jakby szukając korzeni – nie swoich, ale regionu, który znał dobrze. Ale to, co wyraźnie zmieniło jego tor, to praca nad projektem Pszczoła Karpacka. W 2020 i 2021 roku powstał cykl filmów poświęconych hodowli pszczoły karpackiej, finansowanych z funduszy unijnych, zrealizowanych we współpracy z organizacjami polskimi i ukraińskimi. To były filmy o tradycji, o dziedzictwie, o ludziach, którzy w Bieszczadach i na Zakarpaciu wciąż żyją z natury, nie z turystyki. Wtedy jego styl stał się bardziej dokumentalny, mniej vlogowy – bardziej narracyjny, z głębszym oddychaniem. Zniknęły z kanału lekkie, beztroskie tonacje. Zaczęły pojawiać się pytania: kto jesteśmy, skąd to wszystko, co zostawimy?
A potem – wyjazd do Iraku. W 2021 roku, tuż po wizycie papieża Franciszka, kiedy władze irackie otworzyły drzwi dla turystów, on był jednym z pierwszych. Bagdad, Babilon, Basra – miasta, które przez dekady były tylko nazwami w wiadomościach, teraz stały się tłem dla jego narracji. Opowiadał o supermarkecie, w którym widział polskie produkty, o dzieciach grających wśród ruin, o muzeum, które przetrwało wojnę. To nie był reportaż z frontu, ale coś bardziej cennego – opowieść z życia, które się odbudowuje. I właśnie wtedy stał się tym, kim jest dziś: nie tylko twórcą treści, ale świadkiem czasu, który się odwraca.
Jego kamera przemierzyła świat: Armenię, Uzbekistan, Ukrainę, Egipt, Sudan, Bangladesz, Izrael i Palestynę, Kubę, Erytreję, Indie, Etiopię, Syrię. Ale to nie była kolekcja egzotycznych miejsc. To była mapa ludzkich granic – politycznych, kulturowych, psychicznych. W Afganistanie pytał, czy talibowie są problemem kraju. W Erytrei zastanawiał się, dlaczego ludzie uciekają z kraju, który wygląda jak zapomniany raj. W Kairze, zamiast tylko pokazywać piramidy, analizował, jak się tam żyje – i jak się przetrwa. W Kube pytał o czas, który się zatrzymał, ale i o to, jak on się porusza – powoli, w rytmie starych samochodów i czarnego rynku.
Jego największe sukcesy nie mierzy się liczbami – choć film z Kandaharu, z zaproszeniem na wesele, czy relacja z Lalibeli, z kościołami wyrąbanymi w skale, mają setki tysięcy wyświetleń – ale głębokością. To on pierwszy z polskich twórców pokazał Afganistan po przejęciu władzy przez talibów, nie jako scenę terroryzmu, ale jako miasto, w którym ludzie wciąż sprzedają latawce i chodzą do meczetów. To on zabrał widzów do Erytrei, kraju, który wielu nazywa „Korea Północna Afryki”, i pokazał, że za murami izolacji są targi, świątynie w baobabach, miasta pełne włoskiej architektury. To on, w czasie, gdy wojna w Syrii była już tylko wspomnieniem w mediach, wrócił tam – po obaleniu Assada – by zapytać, co się zmieniło, czy ludzie mają nadzieję, czy miasta się odbudowują.
Z czasem zniknęły z jego kanału lekkie tematy. Nie ma już filmów o rowerowych trasach w Kłodzku, nie ma przewodników po zamkach, nie ma długich opisów miast bez kontekstu. Zniknęli też ludzie, którzy kiedyś się pojawiali – lokalni przewodnicy, pasiecznicy, organizatorzy projektów. Teraz to on jest sam – z kamerą, z pytaniem, z cichym sarkazmem, z którym patrzy na świat. Nawet wtedy, gdy śmieje się z własnych potknięć – jak w filmie o kubieńskich sklepach, gdzie tłumaczy, dlaczego nikt nie robi zakupów w sklepach pełnych towaru – robi to bez ironii wobec innych, tylko wobec systemu.
Jego największe potknięcie? Być może to, że czasem wydaje się, jakby nosił ten świat sam. Że jego głos, choć pełen empatii, brzmi jak echo – jakby nikt już nie słuchał. Ale on nadal mówi. Nadal jedzie. Nadal pyta. I właśnie to – upór, ciekawość, odwaga – czyni go wyjątkowym.
Filmem o największej oglądalności był pewnie ten z Kandaharu, ale najważniejszy był ten z Lalibeli – gdzie, stojąc przed kościołem wyrąbanym w skale, mówił nie o historii, ale o ludziach, którzy wciąż tam modlą się, jakby czas się nie liczył. Albo ten z Syrii, gdzie, patrząc na ruiny Palmyry, zapytał: „Czy ktoś tu kiedyś znów będzie mieszkał?”.
I choć nie mówi o sobie, choć nie pokazuje twarzy, jego obecność jest nie do pomylenia. To nie jest influencer. To nie jest bloger. To człowiek, który wybrał patrzenie – głęboko, niepokojąco, czasem niegrzecznie – bo wierzy, że świat za murami wart jest opisania. I że ktoś musi to robić.
To historia o tym, jak ciekawość może stać się misją, a kamera – jedynym sposobem na powiedzenie: widzę, słyszę, pamiętam.