
Michael Klein – podróżnik bez biletu powrotnego
Gdzieś pomiędzy lotniskiem w Barcelonie a pokładem statku wycieczkowego, gdzie kieliszki dzwonią jak w piekle, a horyzont tonie w świetlistej mgiełce Singapuru, zaczyna się historia Michaela Kleina – mężczyzny, który najwyraźniej wyrzucił z plecaka nie tylko paszport, ale i sztywną wizję tego, czym powinno być „normalne życie”. Jego kanał, początkowo skromny rejestr chwil podróży, z czasem staje się dziennikiem ruchomym, jakby ktoś włączył kamerę i po prostu przestał ją wyłączać, bo świat za oknem był zbyt ciekawy, by go przegapić.
Zanim zaczął krążyć po południowym globie jak magnes przyciągany do wszelkiego rodzaju ekscesów – od ladyboyów w Pattaya po leżaki w Mykonos za 150 euro – Michael był kimś, kogo trudno dziś odgadnąć. Początkowe filmy to jakby mgliste wspomnienia: krótkie wycieczki do Bangkoku, zimowy wyjazd na Stubaier Gletscher, niewinne vlogi z rejsów MSC, które brzmią jak zaproszenia do przygody, ale jeszcze brzmią jakby z rezerwacją. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jego życie wejdzie w fazę orbitalną, że co kilka miesięcy będzie zmieniał strefę klimatyczną, a jego towarzyszem po drodze stanie się irlandzka skóra wiatru i stukot kamerki w bagażniku.
Wszystko zaczyna się przekręcać w 2019 roku, kiedy trafia do Barcelony – nie po to, by oglądać Gaudí’ego, ale by utknąć na lotnisku przez sześć godzin z powodu katalońskich protestów. Tam pojawia się pierwszy przełom: zamiast frustracji, rodzi się vlog. Zamiast marudzić, Michael bierze kamerę, wychodzi na ulicę i idzie szukać tapas. To moment, w którym z turysty staje się podróżnikiem – ten, który patrzy nie na znaczniki na mapie, ale na to, co dzieje się między nimi. Barcelona zostaje zamknięta w trzech odcinkach, które razem tworzą nieplanowaną trylogię niecodzienności: chaos, kuchnia, rejs. I właśnie ten rejs – trzydniowy po Morzu Śródziemnym z costy Magica – wydaje się być iskrą, która zapala coś większego.
Następny skok to Azja – wielki, jakby wykupił bilet w jedną stronę i rzucił go za burtę. Seria „Asia Cruise” to prawdziwy przerysowny serial podróżniczy, pełen kontrastów: od rozkoszowania Singapurem po szok w Sihanoukville, gdzie biedy nie da się zignorować, nawet jeśli chcesz oglądać tylko wieżowce. W tych filmach widać, jak się zmienia – nie tylko obiektyw, ale i sposób patrzenia. Już nie tylko pokazuje, co widzi, ale pyta, co to znaczy. A kiedy jeździ po Phuket w tuk-tuku, mówi „dziś krótko”, jakby wiedział, że podróż nie wymaga komentowania, wystarczy ją przeżyć.
Największy skok w oglądalności przychodzi w styczniu 2020, kiedy wraca do Stubaiera Gletscher – ale nie po to, by narciarstwem, tylko by pokazać, jak wygląda stacja w sezonie. Film ma ponad 45 tysięcy wyświetleń, co wśród jego produkcji to jak wystrzał rakietowy. Potem jednak liczby spadają, jakby ta chwila świetności była tylko przypadem, ale to nie przeszkadza Michaelowi kontynuować. Wraca do Azji, do Singapuru na sylwestra, pokazuje, jak płaci w aplikacji, jak smakuje Pho, jak wygląda statek Norwegian Jade – i tu następuje kolejny zwrot: wydaje się, że to właśnie cruise stały się jego ulubionym motywem, a NCL jego ulubioną linią. Film z wycieczką po statku w 2020 roku ma ponad 6 tysięcy wyświetleń – dobry wynik w kontekście reszty jego produkcji.
Po pandemii – bo przecież i on, jak wszyscy, musiał na chwilę stanąć – wraca, ale inaczej. Już nie tylko jako pasażer, ale jako prowadzący. Mykonos pojawia się dwa razy: raz „w czasie Covid”, z pustymi plażami i ironicznym tonem, potem – w 2021 – z quadem, muzyką i nocnymi barwami. To miejsce, które wyraźnie mu służy: luksus, ekstrawagancja, lekka ironia – jakby znalazł swoje naturalne środowisko. I tu pojawia się nowa postać – Meeelka, kobieta, która regularnie gości w opisach, aż w końcu w 2022 roku zaczyna się pojawiać w filmach. Razem jedą do Livigno, włoskiego ośrodka narciarskiego, gdzie alkohol jest taniej, a sklepy bez VAT – i Michael, który kiedyś opowiadał o tequili w Meksyku, teraz prowadzi vlog jak lokalny przewodnik, z nutą zadowolenia z życia.
W 2022 roku pojawia się też nowy kanał – thecryptoklein – wspomniany w opisach. Związane? Prawdopodobnie. Ale na głównym kanale Michaela Kleina kryptowaluty nie ma, są za to skutery śnieżne, śnieżne polo w Saint Moritz i drogie hotele. Wygląda na to, że życie się rozgałęziło: jedna gałąź do finansów, druga do alpejskich luksusów.
A potem – Azja ponownie. Bali, w 2023, najpierw jako jednorazowa wizyta, potem jako 1,5-miesięczny wyjazd. To wyraźny przełom: nie krótki rejs, nie weekend w Mykonos, ale półtora miesiąca życia na tropikalnej wyspie. To nie jest już turystyka – to zmiana trybu bycia. Film z Ubud, lasem małp, polami ryżowymi i świątyniami pokazuje kogoś, kto najwyraźniej postanowił przestać przelatywać i zacząć mieszkac w świecie. I choć ostatni film ma zaledwie 364 wyświetlenia, to nie brzmi jak koniec – brzmi jak początek nowej serii.
W tle ciągle pojawia się m.niziolek – najpierw jako jedyna osoba w opisach, potem zanika, zastąpiony przez sir.klein i meeelka. Olcia Kazmierczak pojawia się raz, w Mykonos, i znika. To jakby kamera przechodziła z rąk do rąk, a świat przed nią się zmieniał. Najważniejszą postacią staje się sama podróż – nieustanna, niepoddająca się planom, czasem bez sensu, ale zawsze autentyczna.
Największym sukcesem Michaela Kleina nie jest żaden konkretny film, ale upór – by kontynuować, mimo niskich wyświetleń, mimo że nikt nie woła „jeszcze jedno!”, by się pojawiać z kamerą, nawet kiedy świat się zamyka. Największym potknięciem? Może to, że czasem brakuje głębi – że patrzy na biedę w Kambodży jak na scenografię, a nie jak na tragedię. Ale też nie udaje, że jest kimś innym – nie jest aktywistą, nie jest dziennikarzem. Jest kimś, kto po prostu pokazuje, co widzi.
A co widzi, to świat w ruchu – od lotniska po plaże, od alpejskich lodowców po azjatyckie świątynie. I choć nie mówi, skąd pochodzi, gdzie mieszka, czy w ogóle ma dom, to nie ma to znaczenia. Bo jego dom to pokład statku, pokój hotelowy, skuter na drodze do Nusa Penida.
Michael Klein to historia człowieka, który zamiast żyć przez ekran, postanowił żyć w kadrze.