
Moja Kambodża i Nasz Madagaskar
Kim są twórcy i gdzie ich szukać
Historia zaczyna się w Azji, ale nie tam, gdzie można by się spodziewać. Nie w Tokio, nie w Singapurze, a w Kambodży – kraju, który dla większości przemija jako egzotyczny punkt na mapie, a dla nich stał się domem, biznesem i narracją. Początkowo chodziło tylko o podróż, o przygodę, o zanurzenie się w innym świecie. Ale jak to często bywa, świat nie dał się spakować do walizki i wrócić z nim do Europy. Został. I oni zostali. Najpierw jako turyści, potem jako obserwatorzy, a w końcu jako inwestorzy, a może nawet marzyciele z papierowymi planami i ziemią pod stopami. Przez pierwsze miesiące kamera służyła im do dokumentowania, ale szybko przekształciła się w narzędzie opowiadania – nie tylko o Kambodży, ale o tym, jak człowiek może się przesunąć z jednego kontynentu życia na drugi, nie zmieniając paszportu, ale zmieniając punkt odniesienia.
Zmiana kursu: od turystyki do ziemi
Początek był skromny – krótki trailer z 2019 roku, zapowiadający przygodę z Kambodżą, nastrojowy, nieco nieśmiały, jak pierwszy krok na scenę. Wtedy jeszcze nie było mowy o biznesie, o plantacjach, o dzierżawie. Chodziło o kulturę, rękodzieło, o spotkania z kobietami prowadzącymi własne inicjatywy. Było to coś na kształt podróży po ludziach, nie tylko po miejscach. Ale już w 2020 roku ton się zmienił. Zamiast wyłącznie opowieści turystycznych, zaczęły pojawiać się rozmowy o gospodarce, o perspektywach rozwoju kraju, o sektorach, które mogą się rozwijać. I wtedy – jakby znikąd – padło imię Marcina, wspólnotnika, który od lutego 2020 roku utknął w Azji. To on, choć nie zawsze na ekranie, stał się niewidzialnym współautorem tej historii. Jego obecność, nawet w formie telefonicznej, wprowadziła nowy wymiar: nie tylko patrzenie, ale działanie.
W 2020 roku, we wrześniu, padła decyzja, która zmieniła wszystko. Kupno 100 hektarów ziemi w prowincji Mandulkiri – dziś znanej jako Ratanakiri – pod plantację awokado. To był moment przełomu: z turystyki do agrobiznesu. Awokado, nazywane „zielonym złotem”, stało się symbolem nowej ery. Zaczęły się opowieści o glebie, o pszczółach, o dżungli, o tym, jak trudno jest wyhodować jedno zdrowe owoc w tropikach. Filmik po filmiku, zaczęła rodzić się inna narracja – nie o tym, co zobaczyć, ale o tym, co zbudować. I jak zarabiać, nie pracując od dziewiątej do piątej, tylko inwestując w ziemię, w przyrodę, w długofalowe projekty. Wtedy też pojawił się hotel – Ratanakiri Paradise Hotel & Restaurant – pierwsza inwestycja, która łączyła turystykę z nieruchomościami, a jednocześnie stała się punktem zaczepienia dla rozwoju całej działalności.
Pandemia jako przyspieszacz
Założyciele nie uciekali przed trudnościami – wręcz przeciwnie, wykorzystywali je. Pandemia, która dla wielu zamknęła granice i zatrzymała życie, dla nich stała się okazją do przemyślenia. Zamiast pytać, kiedy znów można będzie lecieć, pytali, co się dzieje z gospodarką Kambodży, jak przetrwają sektory, które zależą od turystów. Ich vlogi z tamtego okresu nie brzmiały jak lament, ale jak analiza – spokojna, rzeczowa, z nutą satysfakcji z własnej odporności. Bo skoro oni już byli tam, gdzie byli, to mogli obserwować, jak kraj się przekształca, i dostosowywać się szybciej niż ci, którzy tylko marzyli o powrocie.
W międzyczasie pojawiły się też publiczne wystąpienia – live z Polskiego Forum Nieruchomości, rozmowa z Michałem, która sugerowała, że ich działalność zaczyna być postrzegana jako cokolwiek więcej niż tylko prywatna przygoda. Zaczęli mówić językiem inwestorów, a nie podróżników. Ale nadal z nutą osobistą – o „naszej migracji na wschód kraju”, o „propozycji odnośnie hotelu”, o „horrorze z pestką awokado”, który zabrzmiał jak żart, ale pewnie był prawdziwym koszmarem w terenie.
Przeskok na drugą stronę świata
I nagle, po prawie pięciu latach Kambodży, cisza. Żadnych vlogów o awokado. Żadnych analiz gospodarczych z południowo-wschodniej Azji. Zamiast tego – Madagaskar. W 2024 roku wszystko się zmieniło. Zamiast dżungli Kambodży – afrykańskie wybrzeża. Zamiast plantacji – domy nad oceanem. Zamiast „Moja Kambodża” – „Nasz Madagaskar”. To nie był stopień rozwoju starego projektu, to był jego zakończony rozdział i początek nowego. Historia, która zaczęła się od jednej osoby („Moja Kambodża”), stała się historią wspólną („Nasz Madagaskar”). I nie była już tylko o jednym kraju – była o wizji, o ambicjach, o inwestycjach w nieznane.
W jednym z filmików padło pytanie: „Dlaczego zakochaliśmy się w tej wyspie?” – i odpowiedź brzmiała jak manifest: kultura, biznes, potencjał, demografia, zasoby naturalne. To już nie były emocje, tylko raport inwestycyjny w formie vloga. Ale nadal z duszą. I nadal z Marcinem – choć jego imię przestało padać, jego duch pozostał. Bo to on, razem z Justyną Gieletą, która zainicjowała pierwszy film, był twarzą początku. Teraz, gdy kamera przemieściła się do Afryki, a strony internetowe zapraszają na webinarze o nieruchomościach, trudno powiedzieć, czy to ciągłość, czy przerwa. Pewne jest jedno: nie ma powrotu.
Kto z kim i kto już nie
Justyna Gieleta – twórczyni pierwszego filmu – nie pojawiła się później w tytułach, ale jej duch pozostał w estetyce początkowych materiałów. Marcin, choć rzadziej pokazywany, był obecny w głosie, w decyzjach, w narracji. To on łączył Polskę z Azją, a potem, być może, Azję z Afryką. Ale od 2024 roku jego obecność stała się mglista. Zniknęły rozmowy telefoniczne, wspomnienia o Azji, nawet imię. Została tylko wspólnota – „my”, „nasz”, „razem”. A w tle – nowe miejsce, nowe cele, nowe twarze, których kamera jeszcze nie pokazała.
Sukcesy i milczenia
Największym sukcesem było nie tylko zbudowanie plantacji czy hotelu, ale stworzenie narracji, która przekonała innych do inwestowania. To nie była tylko historia o ucieczce od rzeczywistości – to była propozycja uczestnictwa w czymś większym. Filmik z 2021 roku o glebie, pszczółach i dżungli miał charakter edukacyjny, ale też marketingowy – pokazywał, że to nie jest fantazja, tylko praca. A potem, po przerwie, kampania promocyjna Madagaskaru – z filmikami trwającymi minuty, ale gęstymi jak raporty – pokazała, że ich wizja się powiększyła. Już nie chodzi o jeden kraj, ale o model: znaleźć miejsce z potencjałem, zbudować coś realnego, opowiedzieć o tym – i zaprosić innych.
Ale coś też zniknęło bez słowa. Awokado. Plantacje. Ratanakiri. Kambodża. Nie było żadnego pożegnania, żadnego podsumowania. Po prostu nowe tytuły, nowe lokalizacje, nowa strona. Jakby Kambodża została za nimi – nie jako porażka, ale jako etap. I to właśnie milczenie o końcu poprzedniej przygody było najgłośniejsze.
Co ludzie oglądali najchętniej
Najpopularniejsze materiały to te, które łączyły emocje z informacją – jak vlog o pięciu rzeczach, które zaskoczyły w Kambodży, czy film o gospodarce w czasie pandemii. Ale to właśnie krótki spot „20 wieków Madagaskaru w 60 sekund” wystrzelił jako zapowiedź zmiany – dynamiczny, pełen energii, jakby ktoś nacisnął przycisk restart. To on, mimo krótkości, oddawał nowy ton: szybki, pewny, ambitny.
Podsumowanie
To historia o tym, jak podróż może stać się inwestycją, jak pasja może się przekształcić w biznes, a „ja” w „my” – zanim ktoś zauważy, że stary świat został daleko w tyle, a nowy dopiero się rozgrywa.