
MyDreamland: opowieść o Uli, która szukała świata — i znalazła się w nim
Gdyby ktoś miał opisać Ulę jednym zdaniem, padłoby zapewne: „To osoba, która wierzy, że uśmiech to najpotężniejszy bagaż”. Nie dlatego, że życie ją oszczędzało — wręcz przeciwnie — ale dlatego, że od samego początku postanowiła, iż jej wybór to radość. Nie idealna, plastikowa, pozbawiona cieni, ale prawdziwa, czasem zmęczona, ale uparta. Ta sama, która pojawia się po trzęsieniu ziemi, po ukąszeniu psa, po rekordowo długim dniu marszu czy po siedzeniu w autokarze przez cztery godziny z wycieczką do lotniska. I właśnie z takich chwil zbudował się świat MyDreamland — miejsce, które z czasem przestało być tylko kanałem, a stało się chroniką jednej z tych rzadkich przygód, które nie są wymyślone, tylko przeżyte.
Początki Ulę były spokojne, polskie, domowe. Nic nie zapowiadało, że z czasem będzie się przenosić z jednej dżungli na drugą, z wioski rybackiej w Port Barton na farmę w Tajlandii, a potem prosto do serca Nowego Jorku. Pierwsze filmy, skromne i ciche, nosiły ślady introspekcji — „Idź dalej”, „Hongkong #1” — to zaproszenia do świata, który jeszcze się nie ułożył w całość. Wtedy jeszcze mówiła o sobie jak o zmarzluchu, który ledwo znosi wodę nawet latem, a kilka miesięcy później — jako pierwszy raz — wejdzie do lodowatej bańki i wyjdzie z uśmiechem, który służy za manifest: dałam radę, razem. To był początek transformacji — nie z zimnoustki w kimś odważnym, ale w osobę, która nauczyła się, że strach i radość mogą iść razem, jak para tańcząca w deszczu.
Hongkong stał się pierwszym punktem zwrotnym — nie tyle ze względu na filmy, co na ludzi. Krystian, wspomniany z wdzięcznością, był jednym z tych, którzy pociągnęli ją do świata. A ona poszła. Bez planów, z listą życzeń tak długą, że sama przyznaje: „Baardzo długa — czyli brak nudy”. Wkrótce pojawił się Camino de Santiago — nie jako turystyczna przygoda, ale rytuał. Dzień po dniu, 720 kilometrów pieszo, opowieść o zmęczeniu, żmudnych nocy w schroniskach, o przypadkowych spotkaniach, które potem stają się wspomnieniami — Luis, Basia, JP. Ale także o strachu, gdy po ukąszeniu psa w Hiszpanii zrozumiała, że „czasem jestem rozsądna” i kupiła bilet do Polski, by rozpocząć szczepienie przeciw wściekliźnie. To był moment, w którym MyDreamland przestał być tylko o przygodach — stał się też o odpowiedzialności, o granicach, o tym, że wolno się bać, ale nie wolno się zatrzymać.
Zmiana kierunku nadeszła wraz z Azją. Tajlandia, wolontariat na farmie — „workaway” — to nie był już tylko wypoczynek, ale pełnoprawny styl życia. Później Bali, Filipiny, Lombok. Miejsca, które zaczęła odkrywać nie jak turystka, ale jak osoba szukająca głębi. W Bali pojawili się nowi towarzysze: Dedok, który pomagał zorganizować wycieczki, Gede, Konrad, ale także Ignalin i Bartek — para, z którą dzieliła czas i przestrzeń w rajskich warunkach. To oni stali się nieoficjalnym echem jej podróży. Aż nadeszła marzec 2020 — i świat się zatrzymał. Filipiny, Port Barton, kwarantanna, „ujęzieni w raju”. Wtedy, gdy inni zapomnieli o kamerach, Ula kontynuowała. Nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że wierzyła: nawet w izolacji można dzielić się światłem. „Ewakuowali nas lotem ratunkowym”, „Wróciliśmy do domu” — te filmy nie są tylko o logistyce, ale o emocjonalnym chaosie, o pytaniu: „A czym w ogóle jest dom?”. Odpowiedź szukała przez 14 dni kwarantanny, w cichej naturze, ucząc się montażu i nie oglądając seriali. I właśnie wtedy MyDreamland stał się nie tylko o podróżach, ale o przetrwaniu — jakość, która przetrwała i po powrocie.
Po powrocie do Polski nie było pauzy. Wróciła do swoich korzeni — Karkonoszy, do świata, który znała, ale teraz patrzyła na niego inaczej. Zaczęła zbierać pieczątki Korony Gór Polski, wstawać o czwartej nad ranem, by zobaczyć wschód słońca, wspinać się na Śnieżkę, by odkryć, że „słonecznik to nie tylko kwiat”. To było przypomnienie: przygoda nie zaczyna się tylko za granicą. A potem — dron. Szkolenie, po które szła z ciekawością dziecka. Wyraźnie: nie po to, by robić lepsze filmy, ale by zobaczyć świat z innej perspektywy. I tak, stopniowo, z dziennikarki doświadczeń, stała się twórczynią technik — match cut, time lapse, kreatywne przejścia, porady dla innych. W jednej chwili była na dżunglowym śnieku w Bali, a w następnej pokazywała, jak zrobić „pro efekt” telefonem. Przeszła od opowiadania o sobie do wspierania innych — z pasją, z czułością, ale bez pretensji.
W Nowym Jorku, do którego trafiła najpierw przypadkiem, potem celowo, jej świat się ułożył. Tam, wśród wieżowców, maratonu, halloweenowskich defilad i Dnia Niepodległości, znalazła się. Zrobiła film, w którym mówi: „Trzeba uważać z marzeniami, bo lubią się spełniać”. I to właśnie jest sedno całej opowieści: Ula nie realizuje planu, tylko listę marzeń — małych, wielkich, śmiesznych, poważnych. A ich spełnianie to nie sztuka, ale sposób na bycie. Współtwórcy przychodzą i odchodzą — Krystian, Bartek, Ignalin, Konrad. Niektórzy pojawiają się regularnie, inni tylko kilkanaście dni, by zniknąć bez słowa. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że byli. I że razem z nią tworzyli to, co teraz nazywa się MyDreamland.
Największym sukcesem nie są liczne wyświetlenia filmu o uwięzieniu na Filipinach czy maratońskie porady z NYC. To nie statystyki, ale sposób, w jaki pokazuje, że życie może być pełne, nawet gdy jest trudne. Że kąpiel zimowa, trzęsienie ziemi, ukąszenie psa czy kwarantanna nie są przeszkodą dla uśmiechu, ale jego fundamentem. A największe potknięcie? Być może — to, że czasem pokazuje zbyt wiele piękna, pozostawiając w tle zmęczenie, które widać w jej oczach po 19 kilometrach. Ale chyba właśnie w tym jest jej siła — nie udaje, że wszystko jest łatwo. Po prostu mówi: to jest moje życie. I jest ono moje.
Filmy, które zdobyły największą popularność — „Uwięzieni w raju”, „Najlepsze lotnisko na świecie”, „Uśmiechnięci na Filipinach” — to nie przypadki. To historie, które łączą dramat z rtęcią humoru, który nie rozwala, ale tchnie ulgą. A dzisiaj, gdy nagrywa porady dla twórców, opowiada o „ninja walk” czy „match cut”, robi to z tą samą szczerością, z jaką kiedyś wspominała o bakłażanie po filipińsku. Bo to nie zmieniło się: nadal robi „to, co sprawia, że się uśmiecham”.
I tak, w końcu, MyDreamland przestał być tylko miejscem. To teraz sposób bycia. W ruchu, w zmianie, w podejmowaniu decyzji o kolejnym przystanku, w umiłowaniu szczegółów — zachodów słońca, przypadkowych rozmów, świnek na plaży. To historia o kobiecie, która nie uciekła od życia, ale weszła w nie z otwartymi rękami — i z telefonem w dłoni, by pokazać, że świat jest piękny, nawet gdy trzęsie się pod stopami.